sobota, 26 listopada 2016

Rozdział 7 Tajemnice widzących

                Kiedy Aria weszła, a raczej wbiegła, do mieszkania ciotka Telimena już tam była. Wyglądała jakby miała dwadzieścia lat. Szczupła, ale kobieca sylwetka z widocznym wcięciem w tali. Twarz miała bardzo podobną do Heleny, lecz jej oczy były fioletowe. Blond włosy spięte w luźny kok z paroma niesfornymi kosmykami. Jej mimika w tym momencie była znikoma. Spojrzała na Arię lustrując ją ciekawskim wzrokiem.
                -A więc Telimeno, to moja córka Aria. –Przedstawiła ją matka siedząca obok siostry przy stole.
                -Ma magiczne zdolności? –Zapytała bez ceregieli kobieta.
                -Posiadam. –Przyznała Aria –ale nad nimi nie do końca panuję.
                -Wnioskując po twojej wypowiedzi twoja matka chce, żebym nauczyła cię magii przez ten krótki okres czasu. –Stwierdziła Telimena.
                -Czasami żałuję, że masz dar widzenia przyszłości. –Wyznała Helena.
                -A ja nie, bardzo się przydaje. –Rzuciła Telimena. –Twój też jest przydatny –dodała po chwili. –Nie ma to jak wiedzieć co ludzie o tobie myślą nie?
                -Weź przestań. –Mruknęła ponuro Helena –najgorszy dar jaki mógł się trafić.
                -Dar? Jakaś może definicja? –Poprosiła Aria
                -Umiejętność czarowników, którą otrzymują na starcie, nawet jeśli jeszcze nie panują do końca nad swoimi właściwymi umiejętnościami. –Wyrecytowała fioletowooka. –Zapewne nie wiesz jaki masz dar, co?
                -A żeby ciocia wiedziała. –Przyznała Aria dosiadając się w końcu do stolika. Telimena ujęła jej dłoń w swoje ręce.
                -Widzisz dusze, zarówno żywych jak i martwych. Masz też trochę nad nimi władzy, w zasadzie nie nazywałabym tak tego, ale jednak coś tam jest.
                -Czuję się istnym wyjątkiem. Nie dość, że moje narodziny zaprzeczają logice to jeszcze kontroluję jakąś Zimową Włócznię i do tego widzę duchy. Czasami szkoda mi, że jednak nie jestem normalna. –Wyznała Aria przewracając oczyma.
                -Aria!
                -Oh, chcesz być normalna? Mogę ci to załatwić. Wystarczy jedno słowo, a postaram się zabrać ci calutką twoją moc. –Słowa Telimeny były chłodne i ostre niczym serafickie ostrza używane przez Łowców.
                -Nie no, czasami mi szkoda, ale jednak już przyzwyczaiłam się do tych mocy. –Usprawiedliwiała się nastolatka, jednak Telimena zaczęła się śmiać.
                -Przyzwyczajać się dopiero będziesz, uwierz mi. Chcesz poznać całą magię, która jest ci jak na razie potrzebna? –Zapytała poważniejąc.
                -Tak. –Odpowiedziała pewnie Aria zadziwiając samą siebie.
                -Świetnie. –Odparła Telimena wstając. –Daję ci dziesięć minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, jeśli wyruszymy dzisiaj wieczorem będziesz mogła wrócić do Warszawy w poniedziałek rano.
                Aria zniknęła za drzwiami swojego pokoju, a Helena popatrywała na Telimenę zdziwiona. Co ty planujesz siostrzyczko?
                -Nie nauczysz ją magii w jeden dzień. –Stwierdziła szeptem Helena.
                -Nie w sposób tradycyjny. Przekażę jej swoją wiedzę przy pomocy rytuału. –Wyjaśniła Telimena posyłając znudzone spojrzenie siostrze. –Co z jej ojcem?
                -Szef warszawskiego Instytutu. Wciąż zajęty, ale przynajmniej wreszcie ma świadomość tego, że jednak żyjemy. –Odpowiedziała Helena.
                -Przemów mu do rozumu w ten weekend. –Rozkazała Telimena.
                -Spróbuję. –Odrzekła wzruszając ramionami.
                Po chwili Aria stała u progu drzwi na klatkę schodową w towarzystwie nowopoznanej ciotki. Spakowana w torbę sportową żegnała się z matką. Już za parę godzin jej wiedza magiczna zostanie skompletowana.
***

                Spokojny niedzielny poranek przerwał krzyk. Początkowo Mieczysław tylko niemrawo zamrugał oczyma. Miało ochotę przewrócić się na drugi bok, ale leżący na jego nogach Rambo uniemożliwiał to. Kiedy jednak krzyk nie ustawał postanowił wstać. Przecierając oczy i szukając okularów wstał. Próbował się przecisnąć przez korytarz, ale Rambo, mały kudłaty shih tzu, plątał mu się pod nogami. W białej, troszeczkę zbyt sterylnej według Mieczysława, kuchni, na wysepce kuchennej stała Felicja.
                -Nie drzyj się. Ja jeszcze spałem. –Powiedział z wyrzutem do bliźniaczki przecierając szkła koszulką.
                -Jak mam się nie drzeć?! –Krzyknęła różowo włosa kuląc się coraz bardziej, drżącym głosem dodała –spójrz na to!
                Spokojnie zakładając okulary, beznamiętnie mrugając i na raz próbując złapać ostrość widzenia, Mieciu stał parę sekund na korytarzu. Gdy wreszcie zobaczył to co siostra zaczął się powoli wycofywać ciągnąc za sobą psa.
                -Ja pierdulululu…
                Że takie rzeczy muszą się przydarzać człowiekowi z samego rana. Gdyby nie zjawiły się demony może Feli zrobiłaby naleśniki. Wokoło blatów krążyła czwórka hybryd. Mało estetyczne połączenie szczura z jaszczurką w powiększonej wersji. Byle tylko Rambo się na to nie rzucił pomyślał chłopak wpychając psa do swojego pokoju. Gwałtownie palnął się w czoło i wrócił do pokoju. Przecież nie będę walczyć z szczurami bez broni. Wziął Ogniste Ostrze. Powoli wkroczył do kuchni. Ani jedna hybryda nie zaszczyciła go spojrzeniem. Lepiej dla niego. Bezszelestnie podszedł do jednej z nich i wbił ostrze w głowę. Krew wyciekła gejzerem brudząc podłogę wokoło. Pozostała dwójka w końcu zwróciła uwagę najgroźniejszą osobę. Chłopak posłał im uśmiech. Machnął przed sobą mieczem w nic nie trafiając. Hybrydy przybliżyły się wystawiając kły. Uśmiech wciąż błąkał się po obliczu szatyna mimo, że się cofał. Szare futro na tułowiach demonów zapaliło się żywym ogniem. Popiskując szybko skoczyły ku otwartemu na oścież oknie. Tak się tu dostały stwierdził idąc ich śladem. Potwory były już na trawniku pomiędzy blokami kiedy Mieciu wchodził na parapet. Skok z drugiego piętra był niczym wymagającym dla Nocnego Łowcy. Z niecodzienną dla okularnika gracją wylądował na ugiętych kolanach. Pewnie wszystkie okoliczne staruszki patrzyły na samo poruszające się skupiska ognia. Mieczysław szybko podjął akcję. Na prawo wysłał kolejną falę płomieni. Powinno to zająć na chwilę drugą hybrydę. W najlepszym wypadku ją spalić. Paroma susami długich nóg dopadł jaszczuro-szczura. Jednak potwór zareagował szybciej. Wbił zęby w łydkę chłopaka. Z grymasem na twarzy próbował wbić ostrze w ciało przeciwnika. Udało się. Ignorując ból nogi podszedł spokojnie do próbującego zgasić swoją sierść demona. Ciche popiskiwanie stawało się irytujące. Szatyn machnął złotym mieczem, a demon zajął się całkowicie ogniem. Smolisty dym wypełnił powietrze.
Chłopak zawrócił w stronę swojego bloku, ale zauważył biegnącą w jego stronę staruszkę.
                -Chłopcze! –Zawołała tęga kobieta.
                Sięgała mu może do połowy barku. Pani Grabska. Dość dewiacyjna staruszka z sąsiedztwa. Za każdym razem tylko czekała by zadzwonić po straż miejską.
                -Tak proszę pani? –Odezwał się przymilnie.
                -Co tu robiłeś? Chciałeś podpalić osiedle? –Zapytała gniewnie.
                -Nie proszę pani. Przygotowuję się na pokaz pirotechniczny na Placu Zamkowym. –Wytłumaczył pewnie uśmiechając się do sąsiadki.
                -Co za młodzież. –Rzuciła odchodząc w stronę swojego bloku.
                Mieczysław zrobił to samo. Wrócił do mieszkania gdzie zastał pobojowisko po małej walce. Podłoga umazana ciemną mazią, po przewalane sprzęty kuchenne i Felicja dalej stojąca na wyspie kuchennej. Wzdychając ciężko brat podszedł do niej wyciągając do niej rękę. Nie chwyciła jej.
                -Felicjo, czy możesz z łaski swojej zejść z blatu, przestać udawać, że jesteś wyższa i zrobić w końcu te naleśniki? –Zapytał Mieczysław starając się by brzmiał ciepło.
                -Nie zrobię żadnych naleśników. Chodź, idziemy do Instytutu. –Zarządziła dziewczyna zeskakując z półki.
                Mieczysław na chwilę się zatrzymał. Usłyszał ciche powarkiwanie shih tzu. Wolno podszedł do drzwi swojego pokoju. Otworzył je z głośnym skrzypnięciem. Jak to się tu dostało? Serio jeszcze jedna? Chyba muszę zmienić szkła w oksach pomyślał Mieczysław patrząc na jaszczuro-szczura i małego psa.
                -Jak ta menda tu weszła?! –Zastanawiał się na głos Mieciu.
                -Nie mów mi, że jest jeszcze coś… -jęknęła różowowłosa.
                -To ty Felicjo może poczekasz na korytarzu, windę zawołasz. –Zaproponował siostrze, która na te zdanie zareagowała od razu-wyszła.
                Mieczysław bez namysłu wszedł do pokoju. Jak niby miał skutecznie walczyć ogniem z demonem, a zarazem sprawić tak by nic nie zniszczyć? Może Aria zna jakieś zaklęcie na malowanie ścian pomyślał gdy podjął decyzję o niehamowaniu się. Pierwszym co zrobił to wypchnięcie psa z pokoju. Rambo mimo iż był waleczny, często jednak przeszkadzał zamiast pomagać. Jednak świetnie pomagał w odstresowaniu się. Gdy już został sam na sam z jaszczurką zobaczył co ona narobiła. Jego gitara… roztrzaskana…
                -Ty paszczurze…. Na twoim miejscu spierdzielałbym w podskokach przede mną… -wycedził przez zęby.
                Szybkim machnięciem ostrza wysłał parę ogników na futro demona, a następnie szybko natarł. Jednak miecz wbił się w ścianę, a przeciwnik zaszedł od tyłu Mieczysława. Kto by pomyślał, że ugryzienie szczura tak boli. Chociaż krzyk nie leżał w naturze chłopaka to wydarł się teraz odkopując potwora.  Dało mu to chwilę czasu na wyciagnięcie broni ze ściany, która miała teraz na sobie smugi sadzy. Kiedy tylko nastolatek się  odwrócił demon powalił go na ziemię. Skąd to ścierwo ma tyle siły? pytał sam siebie podczas dźgania na oślep w pysk jaszczuro-szczura. Mieczysław nigdy nie miał zapędów do czytania nudnych podręczników tworzonych przez Łowców, wolał uczyć się o demonach w praktyce. Z takimi jak te miał już do czynienia, tyle że tamte nie pluły kwasem. Wściekły i poparzony Mieczysław próbował znowu zrzucić z siebie to bydle.
                Nagle jaszczurzy demon zamarł w bezruchu, a szatyn patrzył jak wryty na czarny grot strzały wystającej z czoła przeciwnika. Mieczysław wstał z podłogi i rzucił spojrzenie w stronę drzwi. Stała w nich jego siostra z łukiem w ręku.
                -Zapomniałam łuku, a przy okazji zobaczyłam, że sobie nie radzisz. –Wytłumaczyła Felicja patrząc po pokoju. –Pewnie szkoda ci tych wszystkich plakatów.
                -Co tam z plakatami! Ty widzisz co to coś zrobiło z moją gitarą! –Wydarł się Mieczysław.
                -A może dam ci Meliski na uspokojenie? –Zaproponowała Feli uśmiechając się.
                -A druga sprawa, co z ciebie za debil, że strzelałaś do tego czegoś jak mogłaś strzelić we mnie?! –Zapytał kipiąc złością.
                -Przecież wiesz, że mam lepszego od ciebie cela, ślepoto. –Odgryzła się Felicja wystawiając język.
                -Przestań, minus trzy w prawym oku i minus trzy i pół w lewym to nie tak dużo. Zresztą sama też jesteś ślepa. –Wypomniał jej bliźniak.
                -Ale do tej pory jest to tajemnicą! Zresztą minus zero siedemdziesiąt pięć w prawym oku i minus jedne w lewym to prawie jakbym widziała. –Sparodiowała brata z uśmiechem.
                -To może już pójdziemy do tego Instytutu. –Zaproponował Mieciu wywijając się od dalszej sprzeczki o wadach wzroku.
                -Ok, tylko weź Rambo. Nie chciałabym, żeby został tu sam. –Nakazała różowowłosa.
                -Jakoś wcześniej się o niego nie martwiłaś. –Przypomniał.
                Rodzeństwo wyszło szybko z bloku z shih tzu na rękach. Mimo, że mogli użyć Steli by znaleźć się od razu w Instytucie, nie zrobili tego. Przyzwyczajeni do podwójnego życia, normalnych dzieciaków z gimnazjum i pogromców demonów, sztukę szybkiego poruszania się komunikacją miejską opanowali do perfekcji.
                Porą letnią w Instytucie większy ruch. Pojawiali się miejscowi Nocni Łowcy w wieku od siedmiu do dwudziestu czterech lat. Nie brakowało też dorosłych, w końcu były wakacje. Jednak większość Nefilim prowadziło tak jak bliźniaki Sława podwójne życie. Za dnia normalni uczniowie, studenci i pracownicy, a w nocy łowcy. Zazwyczaj w ciągu dnia odbywały się trening, lecz Felicja z Mieczysławem zgodnie stwierdzili, że to co stało się rano można uznać za trening. Równym krokiem weszli do kafejki.
                Mieciu niczym ofiara choroby sierocej usiadł skulony na krześle i przytulił się do Rambo. Niczym nie wzruszona Felicja wyjęła komórkę i zrobiła mu zdjęcie. Uśmiechając się pod nosem poszła po herbatę. Okularnik dalej myślał o zniszczonej gitarze. Nie potrafił wyrzucić tego z swojej głowy. Siostra postawił przed nim kubek i podjęła rozmowę.
                -A ty widziałeś w ogóle swoją twarz? –Zapytała lecz nie wywołała żadnej reakcji –weź nie dramatyzuj z tą gitarą. Masz kasę, żeby kupić nową, prawda?
                -Ale to nie zastąpi mi tamtej. –Burknął dalej głaszcząc psa.
                -Tylko tak mówisz, jak nową będziesz miał w swoich rączkach będziesz znowu cieszył się jak zasmarkany bachor, który dostał wymarzonego kucyka pony na gwiazdkę. –Stwierdziła Felicja rzucając Mieciowi spojrzenie wyrażające brak zrozumienia dla artystycznej duszy.

                Do kafejki weszła Nicole. Pewnym krokiem przeszła prawie całe pomieszczenie, lecz nagle się zatrzymała spostrzegając bliźniaki. Przysiadła się do nich.
                -Co ty, śniadania nie jadłeś? –Zapytała popatrując na Mieczysława, który się nie odzywał i tępo patrzył w przestrzeń.
                -Sprawa ima się tak, że z samego rana w naszym domu mieliśmy potyczkę z demonami w postaci jaszczuro-szczurów. –Na dźwięk słów o tych demonach Felicją wstrząsnęły dreszcze –no i Mieciu zrobił niezły pokaz pirotechniczny, ale okazało się, że jeszcze jedna hybryda jest u niego w pokoju. Dobrze, że Rambo to zauważył, bo inaczej po powrocie byśmy mieli powtórkę z rozrywki. Po tym starciu ucierpiała trochę kuchnia, ściany, trawnik, plakaty zespołów rockowych, może dywan, nie pamiętam…
                -Zapomniałaś powiedzieć o najważniejszym. –Mruknął Mieciu nie wychodząc z transu głaskania shih tsu.
                -A no tak. Ucierpiała jeszcze najukochańsza, najdoskonalsza i najlepsza gitara akustyczna Mieczysława. Na zawsze w naszych sercach. –Powiedziała Felicja pogrzebowym tonem.
                -Kto to jest Rambo? Jakiś wasz krewny? –Zapytała amerykanka.
                -To jest Rambo. –Odpowiedziała różowo włosa wskazując na psa, którego trzymał jej brat.
                -Rambo? –Powtórzyła z niedowierzaniem blondynka. Shih tzu spojrzał na nią brązowymi ślepkami i zamachał ogonem –kto nazywa shih tzu Rambo? Dla takiego pieska powinno być jakieś słodziaśne imię.
                -W sumie to jest związane z historią tego psa. Nie mogliśmy się pogodzić co do tego jaki ma być  ani jak go nazwać, więc rodzica rozstrzygnęli to tak, że ja miałam wybrać rasę, a Mieciu imię. Był pewny, że wybrałam husky’ego, a tu taki zong shih tzu! –Opowiedziała Felicja uśmiechając się.
                -A w ogóle to gdzie jest Aria? –Przerwała tą uroczą historię Nicole. –Mam jej wiadomość do przekazania.
                -A ona nie jest już w Instytucie? –Odezwał się Mieczysław, w końcu chociaż trochę pogodzony z losem swojego instrumentu.
                -Jeśli by była to bym już jej wszystko powiedziała. –Rzuciła Nicole.
                -Pisała mi wczoraj wieczorem, że jedzie do jakiejś ciotki, jakaś totalna wiocha nad Warszawą. –Wyjaśniła Felicja. –Podobno ma wrócić już w poniedziałek. Nie mówiła zbytnio o co chodzi.
                -Jestem ciekawa jak zareaguje na tą wiadomość. –Powiedziała Nicole jakby do siebie.
                -A możemy ją poznać? –Zainteresował się szatyn.
                -Wykłóciłam się z jej ojcem, żebym mogła pomagać Pierre’owi w treningach Arii, tyle, że nie wspomniałam, że zamierzam w całości przejąć część praktyczną… -zdradziła blondynka.
                -To ja już jej współczuję. –Skomentowała Felicja, a czując spojrzenie Nicole na sobie dodała –nie sądzę, żeby była zadowolona z ciężkich treningów.
                -Nie ważne, jeszcze musze pogadać z Pierre’em… ale to później.
                -O wilku mowa… -rzucił Mieczysław.
                Do pomieszczenia wszedł francuz. Ubrany w krótkie spodenki w kolorze piasku, biało-granatową bluzkę w paski, klapki i słomkowy kapelusz stracił cały wygląd Nocnego Łowcy. W ręku trzymał kubek ze Starbucksa. Przysiadł się do przyjaciół.
                -Cześć. –Przywitał się.
                -Czyżbym wyczuła kawę? –Zapytała Nicole patrząc na kubek ze znanym logo.
                -Może… -odpowiedział zdawkowo blondyn.
                -Był na kawie i nic nie przyniósł… -rzucił Mieczysław znowu zaczynając głaskać Rambo.
                -Łajdak. Jak tak można? –Stwierdziła z przekąsem Nicole wzdychając.
                -Normalnie, nie mam kasy na rozdawanie. –Odpowiedział spokojnie Piere.
                -Ja niby też nie mam, a jakoś coś czasem kupię. –Wypalił Mieciu wzruszając ramionami.
                -Nie liczcie na darmowy obiad w Taki. –Wypowiedziała amerykanka kręcą głową.
                -To po drugiej stronie oceanu, raczej tam nie pójdę jak będę głodny. –Odrzekł Piere nie przejmując się.
                -Wait… czy twoje nazwisko nie oznacza różowy? –Wtrąciła nagle pytanie Nicole.
                -Nie, już to tłumaczyłem. –Przypomniał francuz.
                -Chyba nie nam. –Rzucił Mieciu.
                -Cicho. Inna pisownia niż rogue, moje nazwisko pisze się Rogue. –Wytłumaczył Piere patrząc na Nicole.
                -Różowy łajdak z różowej rodziny! –powiedziała Nicole uśmiechając się.
                Beggin, beggin you , put your loving hand out baby rozległa się piosenka, która okazała się dzwonkiem telefonu Nicole.
                -Różowy łajdak… czemu ja? –Zapytał retorycznie Różowy Łajdak.
                -Mówi się dlaczego ja. Kto dzwonił? –Zaciekawił się Mieciu.
                -Halo? Oh shit. –Rzuciła do słuchawki i się rozłączyła. –To tylko pomyłka, nic ważnego.
                -Było powiedzieć, że to zakład pogrzebowy. –Stwierdził szatyn.
                -Aj tam zakład, lepiej powiedzieć, że Instytut. –Poprawił go blondyn.
                -Z kim ja się zadaję? –Zapytała samą siebie Nicole.
                -Z debilem i łajdakiem. –Odezwała się w końcu Felicja.
                -Nareszcie jakaś inteligenta osoba. –Pochwaliła amerykanka.
                -Nikt mi jeszcze tego nie powiedział. –Wyznała różowowłosa.
                -Jeśli Nicole kogoś chwali to wiedz, że coś się dzieje. –Bez namysłu stwierdził okularnik.
                -Mieciu, zrób dla mnie kawę rozpuszczalną z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru. –Poprosiła Nicole przewracając oczyma.
                -Klient nasz pan –wygłosił Mieciu kłaniając się.
                -A w ogóle widział ktoś Arię? –Zapytał Piere.
                -Przecież ona jest u ciotki w niewiadomogdziestanie. –Przypomniała Felicja.
                -Co ona tam robi?
                -A co francuz robił w Starbucks? –Felicja tyknęła kubek palcem.
                -Na pewno nie kupował nam kawy. –Rzuciła amerykanka. –A właśnie, Aria nic więcej nie mówiła?
                -Nie. –Odpowiedziała Felicja sprawdzając jeszcze raz telefon.
                -Normalnie jak tajemniczy S.. –Zaczął lecz nagle przerwał Piere.
                -Kim jest S? –Zainteresowała się różowowłosa.
                -Kawa. –Obwieścił okularnik. –Na czym stanęło?
                -Na tym, że Piere ma dziewczynę. –Palnęła młodsza z bliźniąt.
                -Tajemniczy, debile. To forma męska, a nie żeńska. –Poprawiła ich amerykanka. –A co do kawy to wyszła zaskakująco dobrze, ale za dużo mleka nalałeś.
                -Nołbady perfekt. –Odpowiedział na komentarz o swoich umiejętności barista amator. –Ja od początku wiedziałem, że Piere jest nie ten tego.
                -Idźcie, kurde, raz człowiek wyjdzie a tutaj już mu historię miłosną dokładają. –Oburzył się Piere.
                -To wszystko przez te książki Sparksa co czyta Felicja. –Wskazał przyczynę Mieczysław.
                -Twój angielski mnie rozwala. –Odezwała się Nicole patrząc prosto na Miecia.
                -Staram się jak mogę. –Odparł skromnie.
                -Nauczyć się angielskiego czy wykończyć mnie nim? Bo to są dwa odrębne tematy. –Zapytała ironicznie blondynka.
                -Dwa na raz. –Stwierdził po krótkim namyśle.
                -Już to widzę. –Skomentowała jego siostra.
                -Nie wiem czy płakać czy się śmiać… ale najpierw wyśmieję twoje ambicje, a potem będę płakać nad twoim kaleczeniem tego języka. –Postanowiła Nicole.
                -Lepiej dwa na raz, oszczędność czasu. –Poradziła Felicja. –A zresztą Mieciu nie jest taki zły jaki jest.
                -Jakoś mnie to nie przekonało. –Wyznała sceptycznie amerykanka upijając trochę kawy.
                -a szczury szczurami, nie Feli? –Wypalił nagle Mieczysław odsuwając się trochę w tył na krześle.
                -Nic nie mów –wycedziła tylko przez zęby.
                -Oj chyba ktoś tu się zaczął mnie obawiać. –Zauważyła z lekkim uradowaniem w głosie Nicole. –A tak poza tym, że ktoś się tu mnie boi to o co chodzi?
                -Chyba Felicja boi się szczurów. –Odgadł francuz.
                -Biedna. Ja bym powiedziała czego się boję, ale lepiej nie. –Powiedziała Nicole. –Felicja, chcesz na pocieszenie gorącą czekoladę z bitą śmietaną?
                -Nie trzeba. –Odmówiła grzecznie różowowłosa –i tak wyszłam lepiej z tej sytuacji niż Mieczysław.
                -A czemu? Kurcze chyba mam za dobry nastrój skoro proponuję gorącą czekoladę. –Zauważyła Nicole.
                -Bo to on zrobił rozróbę, będzie po tym sprzątał, nie dostał naleśników, a do tego stracił gitarę. –Wyliczała po kolej siostra poszkodowanego.
                -On gra na gitarze? –Zdziwił się Piere.
                -No, znaczy grałem, bo już nie mam gitary. –Przyznał Mieciu pociągając teatralnie nosem.
                -Nie wierzę, ty coś potrafisz. –Stwierdziła trochę złośliwie Nicole.
                -Jeszcze umiem oddychać i tym podobne rzeczy –pochwalił się okularnik.
                -Brawo, nie jesteś ofiarą życiową! –Zaśmiała się blondynka.
                -Też jestem zaskoczony. –Wyznał francuz. –W ogóle to, że Mieczysław umie podstawy i zabijać demony jest oszałamiające! Ale najbardziej podziwiam Felicję, że z nim wytrzymuje.
                -Idę do Taki, ktoś chce iść ze mną? –Zaproponowała Nicole.
                -Ja nie idę. –Rzekł Mieciu.
                -Wyczuwam tu obrazę majestatu. –Felicja lekko walnęła brata w ramię.
                -Mam dzisiaj dobry nastrój, więc Mieczysławie… -zaczęła Nicole –wybaczysz mi moje naśmiewanie się z ciebie?
                -Chyba mi się to śni. –Stwierdził szatyn znowu wchodząc w tryb tępego wzroku. Na unieważnienie swoich słów dostał w ramię do amerykanki. – Czyli jednak was opętało…
                -Dzwonić po egzorcystę? –Zapytał uśmiechając się wrednie Piere.
                -Cicho bądź Różowa Rodzino! –Podniosła lekko głos blondynka. –Debile, wszędzie debile.
                -Jestem sam! –Stwierdził twardo starszy chłopak –przynajmniej wszyscy tak myślą.
                -Pogrążasz się. –Powiedziała Felicja uspokajającym tonem. W tym czasie Nicole wyszła.
                -Nasza głupota ją dobiła. –Odezwał się Mieczysław po chwili ciszy.
                -Nie wiem czemu ale chcę ci przybić piątkę. –Wyznała siostra robiąc to co powiedziała.
                -To było celowe czy zamierzone? –Piere rzucił im zdziwione spojrzenie.
                -Przypadek. –Rzuciła Felicja.
                -Nie sądzę –dodał do wypowiedzi siostry Mieciu.
                -A tak dla waszego przypomnienia –nagle Nicole wychyliła się zza drzwi. –Ja idę do Taki, a potem na bijatykę.
***

                Rada na przyszłość Aria, nigdy więcej nie słuchaj się obcych ciotek gdy twój instynkt przetrwania mówi ci, że coś się święci pomyślała Aria prowadzona przez ciemne korytarze gotyckiej posiadłości ciotki Telimeny.
                Okazało się, że ta cała wieś nad Warszawą nie jest aż taka odcięta od świata. Są pociągi, dwa sklepy, nawet kapliczka i mały cmentarz. Sielska okolica otoczona gęstym lasem. Po prostu wieś idealna. Tyle, że Telimena nie pasowała tu. Niestarzejąca się kobieta mieszkająca w gotyckim dworku. Nikogo pewnie by to nie ciekawiło aż tak gdyby nie jeden fakt. Telimena nie mieszkała sama. Mieszkała z dwudziestką nastolatek, które miały Wzrok. Od razu zobaczyły, że Aria nie jest kolejną z nich.
                Aria oczywiście zapytała ciocię po co to robi. Odpowiedziała, że zazwyczaj osoby posiadające Wzrok mają też trochę umiejętności magicznych. W zasadzie było lepszym uświadomić człowieka o jego losie i nauczyć go jak z nim żyć niż trzymać to w tajemnicy i liczyć, że się nie wyda.
Aria nie do końca wiedziała co planuje ciotka. Podświadomie czuła, że nie nauczy jej magii w jeden wieczór. Było to zwyczajnie niemożliwe. Jakieś trzy godziny temu Telimena nakazała jej spróbować pozbyć się wszelkich sił. Jedynym jej wytłumaczeniem na temat tego było ułatwienie w tajemniczym rytuale. Chociaż nastolatka nie była pewna czy to bezpieczne zrobiła to co jej kazano. Nie sądziła jednak, że jest w tym aż tak dobra. Teraz słaniając się na nogach szła w asyście dwóch trochę niższych od niej dziewczyn. Śliczne blade twarze były jak wyrzeźbione z marmuru. Niczym nie wzruszone. Puste oczy spoglądające przed siebie. O dziwo obie nie miały butów i szły ubrane w te same białe proste sukienki. W rękach miały grube świece, jedyne źródło światła.
                Na kamiennym placyku za posiadłością stała reszta dziewcząt. Tworzyły niedomknięte koło. Aria została wprowadzona w jego środek gdzie już była Telimena w czerwonej zwiewnej szacie. Krąg został domknięty.
                Wszystko odbywało się bez słów. Pomimo tego, że Aria nigdy nie miała okazji brać udziału w czymś takim, jej ciało automatycznie podeszło przed oblicze ciotki. Dopiero zauważyła, że  wokoło nich był mniejsze koło stworzone z świeczek. Instynktownie dziewczyna uklękła pochylając głowę. Równy szept dwudziestu głosów zgrał się idealnie. Aria przymknęła oczy i poczuła dotyk drobnych dłoni na swojej głowie.
                Nagłe przybycie siły zatrzęsło nią. Nie mogła opanować drżenia ciała. Pod powiekami tańczyły jej fragmenty tekstów, w głowie huczały fragmenty zdań, urywki słów. Na skórze czuła na przemian ciepło i zimno. W końcu wygrał chłód. Obrazy zgasły, znowu było ciemno, ale tylko na moment. Teraz widziała parę kolorowych ogników, wyczytała z nich podenerwowanie, ekscytację i strach. Co się tu dzieje? Pewnie zapytałaby tak samą siebie gdyby nie to, że nie była w stanie myśleć.
Kiedy przeczuwała już koniec ukazała jej się wizja jak z teatru cieni. Białe tło i dwie czarne postacie. Jedna stała, druga klęczała. Ona i Telimena? Nie. To nie były kobiety. Zanim zdążyła rozpoznać postacie sceneria się zmieniła. Tym razem czarna postać miała sztylet w ręku. Szybkim ruchem się odwróciła i przebiła nim osobę obok.
                -Aria?
                Głos ciotki obudził ją. Szybko zamrugała oczyma. Już po wszystkim. Powoli wstała i spojrzała na ciotkę, która ruchem ręki odesłała swoje podopieczne. Ból przeszył czaszkę dziewczyny, a ona delikatnie pomasowała skronie opuszkami.
                -Boli, co? –Odezwała się ciotka, lecz Aria usłyszała nutę uradowania w jej głosie.
                -I to bardzo.
                -Znaczy, że się udało. –Stwierdziła Telimena udając się w stronę domu. Aria udała się za nią. –Masz całą moją wiedzę. Może trochę przesadziłam, jednak jest jej większość.
                -A można wiedzieć kiedy minie mi ból głowy? –Poprosiła niebieskooka. Fioletowe oczy zabłysły na chwilę.
                -Już za godzinę będzie dobrze. –Oznajmiła ciotka –już jutro możesz wracać do stolicy.
                -Telimeno, mam pytanie. –Rzekła Aria.
                -Ty masz tylko same pytania. –Odcięła się blondynka.
                -W zasadzie to tak. –Przyznała dziewczyna nie przejmując się złośliwą uwagą. –Czemu jesteś taka?
                -W sensie, że zimna? Czy zamknięta? Wiem, że powiesz: oba. Ponieważ wiem więcej, widzę przyszłość. A ona nie koniecznie podoba się wszystkim. Szczególnie Clave się to nie podobało, ale teraz gdy mnie nie ma, jest im lżej w niewiedzy.
                Aria postanowiła tego nie komentować. Było to bardzo filozoficzne, jednak całkowicie prawdziwe. Wiedza jest czymś ciężkim. Jest jak brzemię. Każdy ma swoje. Ja akurat mam brzemię niewiadomej przepowiedni przypomniała sobie w duchu Aria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz