poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 3 Powitalny dramat

Kiedy Helena wstała jak zwykle miała blond kołtuny zamiast porządnej fryzury. Jako tako zaścielając swoje posłanie wyszła pokoju prosto do kuchni. Na chromowym wysokim stołku siedziała Aria z kubkiem w dłoni. Miętowe wysokie naczynie z szmaragdowymi wzorami oznaczało tylko jedno. Kawa.
-Kawa z rana? –Rzuciła z dezaprobatą.-Nie spałam. –Wytłumaczyła córka. –Wiesz co wczoraj robiłam?-Jak do ciebie weszłam na chwilę to spałaś. –Odparła siadając obok. Dla niej też stał kubek tyle że z herbatą.
-Tak, ale to była chwila. -Tylko nie mów, że aby przekonać się czy to wszystko jest prawdą wyszłaś w nocy ubrana jak Nocny Łowca i szukałaś demonów z tą swoją włócznią. –Poprosiła upijając trochę gorącego naparu. Herbata z biedronki. –Która to twoja kawa?
-Dzisiaj dopiero trzecia. –Wyznała dziewczyna ostawiając kubek. –A jeśli chodzi o to co robiłam to tak, właśnie poszłam szukać demonów w stroju Nocnego Łowcy. Sama żadnego nie spotkałam, ale spotkałam Mieczysława i Felicję walczących z takim jednym co wyglądał jak Slender.
-O matuchno! –Wydukała Helena podpierając głowę rękami. –To teraz powiedz co zrobisz w całej tej sytuacji. Nie mieszamy się w to, prawda?
-Rozczaruję cię. Dzisiaj idę tam powiedzieć, że jednak mogę być tym całym Nefilim i niechaj zaczynają cały cyrk.
-Tak po prostu?
-Och mamo! Przecież jak nie włączę się do tej chorej organizacji to będzie nam tu co jakiś czas wbijał jakiś popapraniec z zamiarem wyrwania mi flaków, a przy okazji załatwi ciebie, bo jeszcze pójdziesz do Instytutu i doniesiesz na niego. –Mówiła Aria z pełną szczerością.
-No dobrze. –Zgodziła się Helena, ale po chwili dodała –ale idę z tobą.
-Po co? Jak w nocy nic mnie nie zjadło to za dnia nie powinno być gorzej.
-Chcę się spotkać z moim mężem. –Wyznała, a córka zmierzyła ją zdziwionym wzrokiem. –Wiesz, trzeba wyjaśnić mu to i owo. Oczywiście muszę mu powiedzieć na jakich warunkach będziesz z nim współpracować. –W tym momencie Aria zamierzała przerwać matce, lecz ta uciszyła ją gestem wypielęgnowanej dłoni. –Posłuchaj do końca. Nie jesteś dorosła, więc ja za ciebie odpowiadam, nie uśmiecha mi się wysyłanie ciebie w paszczę lwa, ale nie będę ci bronić. W końcu też masz wolną wolę i potrzeby.
-No dobrze, ale masz iść do pracy tak za piętnaście minut.
Na te słowa Helena wstała i weszła na chwilę do swojego pokoju. Po chwili wróciła z telefonem w dłoni. Był to stary smartphone Arii, oddała go matce kiedy kupiła sobie nowy. Dynamicznie wybrała numer do swojej pracy i zapowiedziała, że bierze jeden dzień urlopu na żądanie. Nie przejmując się tym jak zareaguje osoba z drugiej strony słuchawki rozłączyła się.
-To co? Ubieramy się, ogarniamy i idziemy z wizytą do staruszka. –Oświadczyła Helena znikając za drzwiami łazienki.
Aria nie chętnie wróciła do swojego pokoju. Chwilę spędziła rozczesując włosy. Tak jak Helenie jej włosy zawsze plątały się po wstaniu z łóżka. Ubrana już zupełnie nie jak Nefilim wyszła na korytarz, teraz trzeba czekać z trzydzieści minut zanim blondynka opuści łazienkę. Piętnastolatka rozsiadła się na kanapie i włączyła telewizję, akurat leciały wiadomości.
-Przed świtem na Placu Zbawiciela znowu spłonęła tęcza. –Odezwała się fachowym głosem spikerka. Sztywno ułożone miedziane włosy trzymały się w wysokim koku. –Trójka młodych ludzi została zauważona na nagraniu z miejsca katastrofy. –Właśnie zostało pokazane nagranie jak Mieczysław leciał z Ognistym Ostrzem prosto w tęczę. Zero śladu demona. Zaraz spadł i podbiegła do niego Felicja i Aria. Potem cała trójka uciekła. Na szczęście całe nagranie było w bardzo słabej jakości.  –Jak widać sprawcy zbiegli z miejsca zdarzenia. Każdego kto ich widział prosi się o kontakt z policją.
Aria szybko wyłączyła telewizor. A więc została odkryta, kolejny powód dla którego powinna iść do tego całego Instytutu.

Nagle Helena wyszła z łazienki. Wyglądała jakby miała iść na przyjęcie, nie poważną rozmowę z ojcem swojego dziecka. Proste blond włosy zostały zebrane w luźny kok z splecionych w warkocz włosów. Kocie oczy podkreślone eyelinerem i delikatnym beżowym smoky eyes. Żadnej zmarszczki, brak niedoskonałości na skórze. Ubrana w przylegającą niebieską bluzkę z bufiastymi rękawkami i czarną spódniczką, która układała się uroczymi falami. Do tego wysokie, czarne i błyszczące buty na obcasach.
-Mamo… -Zaczęła powoli Aria –nie przesadziłaś troszeczkę?
-Nie. Czemu tak myślisz? Trzeba pokazać twojemu tatusiowi co stracił, ale również to, że bez niego wciąż radzę sobie świetnie. –Odparła Helena mierząc córkę obojętnym wzrokiem. –Ślicznie wyglądasz złotko.
-W porównaniu z tobą to raczej biednie. –Rzuciła Aria. Ubrana była w cienką koszulę w fioletowo-żółtą kratę, srebrny wisiorek wyglądający jak łańcuch i czarne przylegające spodnie.
-Wiesz, ja mam być elegancka i poważna, często nie wychodzi. Ty jesteś młoda i za dwa dni możesz ubierać się jak gwiazda rocka a kolejnego dnia możesz być cała w pastelach. –Wytłumaczyła matka.
-Za dwa dni to będę chodzić cała na czarno jak w żałobie. –Ironicznie sprostowała.
-„Czerń do polowań w nocy, na śmierć i żałobę-biel” –Zaintonowała Helena. –Kiedyś znałam to całe, teraz mi się urywa, coś tam było że czerwień do zaklęć, a wolałam ubrać się wtedy na niebiesko. Podkreśla mi oczy.
-Czyli do nauki nowe zwyczaje… szkoda, że nie lubię chodzić w czarnym. –Wyżaliła się brunetka.
-Ładnemu we wszystkim ładnie. –Skwitowała.
-A rodzice nie są obiektywni. –Rzuciła Aria.
Obie wyszły z mieszkania, ale Helena zatrzymała córkę. Stwierdziła, że nie będą łazić przez całą Warszawę, szczególnie iż na tak wysokich szpilkach prawie nie dało się chodzić. Aria jak na normalną nastolatkę przystało miała na sobie czarne trampki, bez rewelacji, kupione w jakimś mało znanym obuwniczym. Matka wzięła córkę za rękę i wyszeptała jakieś tajemnicze słowo, to była chyba łacina. Świat przed oczyma Arii znowu zawirował, a gdy przestał stała w windzie.

Nie była to ta stara winda jaką jechało się na różne dostępne pietra. Była to srebrna, nowoczesna, oczywiście z lustrami. Nie były w windzie same, była tam też dość niska jak dla Arii dziewczyna. Mogła mieć tyle lat co ona. Dziecięca twarz z zarysowanymi kośćmi policzkowymi była pozbawiona emocji. Pełne usta, szare, właściwie srebrne, duże oczy. Żółtawe blond włosy układały się w nienaganne loki. Obok niej stała czarno-czerwona walizka.
-Fajna opcja poruszania się, prawda? –Zapytała Helena Arii. Dziewczyna przytaknęła, a obca przewróciła oczyma.  
Ubrana jak rasowa Łowczyni miała na jasnej skórze parę run. Czy ja też będę musiała je mieć? pomyślała Aria. Jeśli ma być szczera nie uśmiechało jej się zdobić swojego ciała czarnymi znakami. W końcu dojechali na trzydzieste piętro i drzwi otworzyły się ukazując schludną recepcję. Dziewczyna pewnym krokiem podeszła do biurka i zaczęła coś tłumaczyć po angielsku. Pani Halinka przerwała jej włączając interkom.
-Stefan Kruczyński wzywany do recepcji.
Po chwili zjawił się wcześniej wspomniany człowiek. Jego zmęczona twarz spojrzała z obojętnością na nową przybyszkę, ale gdy dostrzegł Arię jego oblicze lekko się rozjaśniło.
-Nic się tu nie zmieniło odkąd odeszłam. –Stwierdziła Helena przyglądając się wnętrzu. –Ściany są takie same, podłoga też. Halinka może ma trochę lat do przodu, ale prezentuje się dalej świetnie.
-Helena? Co ty tu robisz? –Powiedziała zdziwiona Halinka. –Po trzynastu latach postanowiłaś wrócić?
-Właściwie czternastu. Dzisiaj rocznica. –Poprawiła ją. –A i nie wracam. Chciałam porozmawiać z Gabrielem na temat moje córki, jednak mam jeszcze trochę do powiedzenia w jej sprawie. –Aria wymownie przewróciła oczyma.
-Gabinet szefa tam gdzie był ostatnio. –Poinstruowała Halinka.
Matka i córka zgodnie ruszyły w tamtą stronę. Bez precedensu weszły do pokoju. Gabriel siedział przy jakiś papierach i początkowo nie zwrócił na nie uwagi.
-Zupełnie jak czternaście lat temu, mój drogi. –Odezwała się Helena splatając ramiona na piersi.
Gabriel oderwał wzrok od papierów i spojrzał na swoją żonę. Ze zdumienia otworzył usta.
-Helena… -Wydusił z siebie te imię, lecz po chwili podjął pewnym tonem –młodsza niż powinna być w rzeczywistości.
-A i tak zrezygnowałam z nieśmiertelności.
-Nie rymujcie. –Rzuciła Aria, ale została zignorowana.
-Więc po co do mnie przyszłaś? –Zapytał szczerze ciekawy Gabriel.
-Chcesz zrobić z mojego dziecka Nocnego Łowcę.
-Naszego dziecka.  Jednak ja też coś dołożyłem w tym dziele. –Poprawił jej mąż.
-Uparta jest tak samo jak ty. –Rzuciła Helena. –Ohhh nie rozmawiajmy o tym. Przyszłam omówić warunki współpracy.
-Raczej nie ma tu nic do omówienia. –Stwierdził chłodno Gabriel.
-Jest. Uwierz mi.
-Przecież Nocni Łowcy działają głównie na własną rękę, wyjątek stanowią członkowie Czarnej Gwardii. –Zakwestionował.
-Ale ona nie będzie Gwardzistką. Zresztą pełnoprawnym łowcą też nie będzie. Najpierw szkolenie. –Syczała przez zęby Helena. –Proszę cię tylko o jedno, staraj się by unikała Vivian i jej bandy.
-Co już ci nagadała Telimena o przyszłości Arii? –Zapytał ostro Gabriel.
-Oooo ciekawe rzeczy. –Odpowiedziała ironicznie Helena  groźnie na niego patrząc. –Gdybyś może trochę bardziej interesował się rodziną a nie tymi zabaweczkami to byś wiedział!
-To nie moja wina, że mnie zaangażowali! Wiesz co potem było. –Tłumaczył się podniesionym głosem. Aria miała ochotę wyjść z pokoju, kto wie jak ułoży się ta awantura.
-Aż za dobrze! Siedzenie po nocach w Instytucie i próby łączenia magii z bronią. Mówiłam ci kiedyś, że to nie wyjdzie na dobre? –Aria pierwszy raz widziała swoją matkę tak zdenerwowaną. Nawet nienaganny wygląd matki nie poprawiaj jej wyglądu.
-NIC SIĘ DO TEJ PORY NIE STAŁO! –Wykrzyczał Gabriel. Na chwilę zamilkł i chwilę głęboko oddychał. Helena miała zmieszaną minę. Chyba zaczynała żałować, że się tu zjawiła. –I nic się nie stanie, rozumiesz Heleno? Mamy świetne zabezpieczenia i nie ma mowy, żeby ktoś zabrał nam te bronie.
-No dobrze, ale ja wiem że to co mówisz i tak nie jest prawdą. –Powiedziała nabzdyczając się blond włosa kobieta.
-Jak zwykle trzyma się swego. –Stwierdził Gabriel. –Za to cię uwielbiałem, zresztą dalej uwielbiam.
-Co? –Powiedziała zdezorientowana Helena.
-Stara miłość nie rdzewieje, czy jak to tam było. –Powiedział powoli Gabriel.
-Jak macie zamiar robić tu sobie dramat miłosny to może ja wyjdę, co? –Zaproponowała Aria dyskretnie wycofując się w stronę drzwi.
-No dobrze. –Powiedziała jej matka, ale w oczach miała wyraz nie zostawiaj mnie z nim!
-Gdzieś w pobliżu powinien być twój trener, jak będziesz miała problemy z jego znalezieniem to zwróć się o pomoc do recepcji –wytłumaczył Gabriel.
Chyba chciałeś powiedzieć zwróć się o pomoc do Stefana pomyślała Aria wychodząc z pomieszczenia. Jak na jej nieszczęście kiedy tylko się odwróciła i podjęła marsz w poszukiwaniach swojego trenera od razu wpadła na kogoś. Walnęła komuś czołem w nos. Odstąpiła o krok by zobaczyć kto jest jej ofiarom. Przed nią stał o pół głowy wyższy od niej chłopak. Mógł być w jej wieku ewentualnie trochę starszy. Jak na chłopaka miał dość dziewczęcą urodę. Delikatne rysy twarzy, zielone oczy, wąski nos. Roztrzepane włosy w kolorze przyćmionego złota były spięte spinkami, o dziwo, w kolorze różowym. Smukłe ręce trzymały nos jakby miał się rozlecieć w milion małych kawałeczków.
-Przepraszam, że na ciebie wpadłam. –Odezwała się w końcu Aria wlepiając wzrok w podłogę. –Niezdara ze mnie straszna.
-Gdybym był kłamcą powiedziałbym, że nie. –Delikatnie ujął sprawę. –Ale jak już na ciebie wpadłem to mam pytanie. Widziałaś dziewczynę mniej więcej twojego wzrostu. Szczupłą z niebieskimi oczyma, takimi podobno świecącymi w ciemności. Włosy jak dobrze pamiętam miała mieć brązowe… -na chwilę umilkł i przyjrzał jej się dokładnie. –Aria Szumańska Nightray?
-Tak, to ja. –Przyznała Aria wyciągając rękę na przywitanie. –A ty?
-Pierre Rogue. –Przedstawił się ściskając jej dłoń. –Twój nauczyciel.
-Rouge? –Zapytała Aria niepewnie.
-Nie. Rogue, nie Rouge. Rouge oznacza róż, a moje nazwisko, Rogue, oznacza łajdak. –Wyjaśnił.
-Nie zbyt dobrze to brzmi.
-Ale jak potem zaskakuje, że wcale taki nie jestem! –Wyjaśnił Pierre z dumą. –No dobrze, koniec przechwałek. Pewnie mogę ci oszczędzić wstępu o Nefilim i rzeczach, którymi się zajmujemy?
-Tak, już zdążyłam wypytać Stefana o takie rzeczy. –Odpowiedziała dziewczyna.
-Ten to ma ciężko, cała czarna robota na niego. –Rzucił poprawiając spinki. –Nie chciałbym być na jego miejscu. Chodź, sala treningowa czeka.
Aria przełknęła ślinę trochę za głośno. Sala treningowa nie brzmiała zbyt optymistycznie. Nigdy nie lubiła sal, hal sportowych, przywoływały złe wspomnienia szkolnych zajęć sportowych. Niby nie miała problemów, ale nienawidziła tych lekcji. Nakazywanie, nieludzkie wymagania i niechęć do nauczycielki. Aria nie lubiła siatkówki, biegów, skoków przez płotki, skoków wzwyż i w dal. A szczerze nienawidziła gimnastyki, niby była dobrze rozciągnięta, ale w tych zajęciach chodziło o skoki przez przeszkody. Jedyne sporty, które dawały jej radość to jazda na rowerze i pływanie, oba nie praktykowane w szkole. Tutaj zapewne umiejętność rozwinięcia prędkości trzydziestu kilometrów na godzinę pedałując też się nie przyda.
Sala okazała się szarym i wysokim wnętrzem w większości wyłożonym matami i materacami do ćwiczeń. Obok przejście do, jak wytłumaczył jej Pierre, zbrojowni. Przez okna wpadało bardzo mało światła, więc zazwyczaj było oświetlane zimnym światłem jarzeniówek. Parę manekinów treningowych w stanie nienaruszonym stało dość upiornie w kręgach do ćwiczeń. Może wcale nie będzie tak źle jak wydawało się Arii.

-Dzisiaj nie powalczymy, bo musimy narysować ci podstawowe runy. –Wyjaśnił Pierre. –Zresztą jak wpadnę w bitewny szał to nie byłoby ci łatwo, a jednak wolę ci nic nie zrobić.
-Po twoich słowach mam ochotę się wycofać. –Wyznała Aria na co roześmiał się.
-Nie martw się, nie jestem okropny. –Pocieszył. –Gorszy jest mój brat, ten to był niecierpliwy.
-A… -Aria właśnie miała się zapytać o jego brata, ale powstrzymała się widząc wyraz jego oczu. Stracił go, to było jasne. Postanowiła zgrabnie obrócić pytanie  –a jakie są te runy, które będziemy rysować?
-Znak widzenia i runa anielskiej mocy. –Wytłumaczył pokazując znak oka na jego dłoni.  –Akurat znak widzenia ma konkretne miejsce, wierzch dłoni, z anielska moc ma totalną dowolność.
-Z tego co wiem, dobrze jest rysować runy blisko serca, najlepiej wtedy działają. –Wtrąciła dziewczyna.
-Stefan wszystko ci powiedział. –Stwierdził z uśmiechem. –Ta w ogóle to trzeba ci Stelę skombinować. Chodź ze mną.
Znowu razem przemykali ciemne korytarze Instytutu. Aria zbytnio nie zwracała uwagi na otoczenie jednak zauważyła tą samą dziewczynę, z którą jechała w windzie. Stała na środku korytarza z komórką przy uchu. Mówiła tym razem w innym języku, z brzmienia przypominał hiszpański.
-Izzy, cobertura perder. –Rzuciła do słuchawki, jak Aria się domyślała chodziło o zasięg. Sama go tu nie miała.
Pierre minął ją obojętnie jak nieznajomą osobę. Po chwili otworzył przed Arią drzwi do ciemnego pomieszczenia. Oszczędzają na prądzie? przeszło przez głowę brunetki, ale zaraz pokój wypełnił się ciepłym światłem z szklanych gablot. Wokoło niej było pełno Steli. Metalowe, kryształowe, drewniane. O najróżniejszych kształtach i kolorach. Ozdobne i minimalistyczne. Taki wybór sprawiał, że Aria czuła się jak w sklepie z butami. Wszystkie miały w sobie to coś, ale nie wszystkie pasowały do niej.
-Jeśli mam być szczery nie znam się na doborze Steli do użytkownika w ogóle. –Wyznał Pierre –więc będziemy testować wszystkie po kolej.
-Więc chcesz mieć cały dzień głowy przez wybór jakiegoś badyla do rysowania? –Zapytała krytycznie.
-To nie jest jakiś tam badyl do rysowania. –Rzucił gniewnie Pierre –kiedyś ten oto badyl może uratować ci życie.
-Dobra, rozumiem. Badyl ważna rzecz. –Powiedziała Aria przy tym mimowolnie przewracając oczyma.
Pierre zaczął wywód o Stelach. Aria w ogóle go nie słuchała. Wolnym krokiem przechodziła koło wystawy z Stelami. Czuła, że coś ciągnie ją dalej, żadna z tych półek nie była idealna. Przechodziła dalej, aż dotarła do ostatniej ściany. To była ta. Z szafirowym kryształem ażurowo otoczonym ciemnym srebrem. Delikatnie po nią sięgnęła. Świetnie leżała w jej dłoni. Poczuła, że ciepły prąd przepływa łagodnie przez jej ramię, była idealna.

 -Pewnie mnie nie słuchasz co? –Zapytał retorycznie Pierre. –Lepiej chyba zdać się na twoją magiczną intuicję.
-A żebyś wiedział. –Przyznała podrzucając Stelę w powietrze z zręcznie łapiąc. –Może się to popsuć?
-Jak połamiesz to będzie zepsute, ale raczej takie przypadki są sporadyczne. –Odpowiedział. –Trzeba teraz ci narysować znaki. –Mówiąc to wyszedł z pokoju zagaszając za sobą światło. –Naprawdę świecą ci się oczy.
-Wszyscy się temu dziwią, ale wy chyba nie powinniście. –Stwierdziła Aria podążając za blondynem.
Znowu znaleźli się na sali treningowej, znów była pusta. Czyżby Łowcy mieli dzisiaj wolne? Aria i jej nauczyciel rozsiedli się na materacach. Pierre poprosił ją żeby podała mu dłoń. Delikatnie podtrzymując ją od spodu przytknął do niej swoją Stelę. Była prosta i minimalistyczna, srebro i jasny kryształ na końcu. Powoli przesuwając po białej skórze magiczne narzędzie pojawiał się znak widzenia. Nie było to przyjemne przeżycie. Jeszcze niebieski znak zaraz zmienił barwę w głęboką czerń, jeszcze czuła jak bolała ją skóra. Szczypało jakby po poparzeniu.
-Teraz twoja kolej. –Oznajmił radośnie.
-Serio? –Zapytała z niedowierzaniem.
-Im szybciej zaczniesz ćwiczyć rysowanie run tym lepiej. Poczekaj chwilę. –Nakazał a sam wyszedł. Gdy wrócił niósł opasłe szare tomiszcze. –To Szara Księga, w niej są wszystkie runy.
Wskazał runę anielskiej mocy. Aria po chwili zastanowienia jak i gdzie ją narysować zaczęła rozpinać koszulę. Pod nią miała cienką koszulkę na ramiączka z dużym dekoltem. Im bliżej serca tym lepiej rzuciła do siebie dla otuchy. Przytknęła koniec niebieskiego kryształu i powoli nakreśliła znak. Pierre patrzył z rozbawieniem kiedy trzymała Stelę jak ołówek. Piekący ból przeszył całą jej klatkę piersiową. Uznała, że jak na pierwszy raz wzór wyglądał dobrze.
Chwilę jeszcze Pierre poopowiadał jej co będą jutro robić. Podstawy walki, parę run do poznania i parę demonów do bliższych oględzin. Miała stawić się jutro w Instytucie o jedenastej. Chłopak oddalił się zostawiając Arię samą. Jedyną drogą jaką pamiętała była ścieżka do kafeterii, więc tam się udała. Przez przeszkloną ścianę ujrzała Mieczysława rozmawiającego z jakąś dziewczyną w blond lokach. Znowu ta sama niska dziewczyna z windy. Kiedy do nich podeszła dziewczyna obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem, a Mieciu przedstawił brunetkę.
-Ah to ty jesteś córeczką szefuńcia. Jeśli myślisz, że będziesz specjalnie traktowana to nie licz na to. Jesteś na tą chwilę całkowicie bezużyteczna. Żegnam. –Powiedziała wyraźną polszczyzną i wstała od stołu przy, którym siedzieli.
-Wiem, że jestem beznadziejna! –Krzyknęła za nią Aria, po chwili zwróciła się do okularnika. –I tak pewnie mnie nie usłyszała… tak w ogóle to kto to był?  
-Nicole Winters, taka amerykanka co do nas przyjechała. –Wytłumaczył Mieciu mieszając swoją herbatę. –Dość szczera, prawda?
-Aż zbyt. –Przyznała Aria. –Poczekaj pójdę po kawę.
-A kto jest twoim nauczycielem? –Zapytał kiedy jego przyjaciółka wróciła do stolika z filiżanką w rękach. –A jeszcze pytanie z typu troska przyjaciela, która to już kawa?
-Gadasz jak moja matka. –Powiedziała Aria. –Dzisiaj czwarta i tak to mało jak na mnie. A moim mentorem jest Pierre Rogue.
Mieczysław zachłysnął się swoim napojem. Chwilę kasłał aż w końcu zapytał ze zdziwieniem.
-Ta pierdoła ma ciebie uczyć?
-Nie sprzeczam się, przydzielili mi go, więc… -brunetka próbowała bronić  swojego nauczyciela.
-Nie wierzę, że ci go przydzielili. Co prawda ma doświadczenie, ale nie ma jakiś specjalnych umiejętności. –Przerwał jej Mieczysław poprawiając okulary. –Powinni przydzielić ci kogoś kto zna się na magicznych broniach.
-Masz na myśli siebie? –Rzuciła z nutką ironii w głosie.
-Nie, nie mam podejścia pedagogicznego, przecież wiesz. –Opowiedział chociaż wcześniejsze pytanie miało charakter retoryczny. –Jesteś niezwykła, więc powinnaś mieć specjalny program nauczania. Powinni szkolić cię w magii, walce i innych pierdołach, jeden żabojad Pierre Pierdoła sobie z tym wszystkich nie poradzi.
Aria chciała zaprzeczyć jego wypowiedzi, ale w tym momencie do kafeterii weszła Felicja. Różowowłosa miała włosy ułożone w kok.
-Wiecie, że jesteśmy w telewizji? –Rzuciła zamiast powitania.
-Tak wiem. –Odpowiedziała Aria –na szczęście jakość w jakiej nas pokazują pozostawia wiele do życzenia.
-Byle, żeby pieprzone Clave się nie dowiedziało. –Stwierdził okularnik opierając twarz na rękach.
-Pewnie już wiedzą, znowu nigdzie nie wyjdziesz przez dwa tygodnie i będziesz miał trzymiesięczny zakaz polowań na Śródmieściu. –Powiedziała niby pocieszająco Felicja. –Kto jest twoim nauczycielem, Ario?
-Pierre Pierdoła Rogue. –Odpowiedział za nią Mieciu.
-Nie będzie źle. –Stwierdziła Felicja. –Parę razy z nim współpracowałam…
-Czemu nic o tym nie wiem? –Zapytał przerywając jej. –Przecież to ja jestem twoim Parabatai!
-Czasami się rozdzielamy, nie debilu? Wtedy się spotyka różnych ludzi. –Wytłumaczyła mierząc barta zabójczym wzrokiem. –Wracając do tematu Pierre’a to jest zdolny, nawet bardzo. Jedyną jego wadą jest dość częste rozkojarzenie, jakby nie przybył tu by zabijać demony…
-Taki z niego tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców. –Jak zwykle Mieczysław dołożył coś od siebie.
-Szkoda, że wy mnie nie trenujecie. –Wyznała Aria.
-Doczytałam się w regulaminie, nie ma opcji, za młoda jestem. –Powiedziała Feli po czym wskazała na Miecia. –On też mimo, że jest starszy o jakąś godzinę.
-Czyli ile trzeba mieć lat?
-Szesnaście aby można było zajmować nowymi.
***

Wysoki na sto siedemdziesiąt dziewięć centymetrów ciemny brunet o roztrzepanych włosach z grzywką szedł szybko po schodach do piwnicy jednej z Praskich kamienic. Już był spóźniony. Ściągnął z głowy czarny kaptur bluzy. Serce biło mu szybciej ze zdenerwowania, a w szmaragdowych oczach czaił się lęk. Gdy w końcu dotarł do odpowiednich drzwi wiedział, że jeszcze ma trochę do przejścia. Mroczny korytarz wydawał się taki długi. Gdy w końcu dotarł do końca był w wielkiej sali. Ah ta magia wymiarowa. Z małego wnętrza mogła zrobić gigantyczne pomieszczenie.
Wysoka na dwie kondygnacje mroczna sala była wypełniona delikatnym światłem zachmurzonego dnia wpadającym przez ciemne witraże zajmujące całą przeciwległą do niego ścianę. Podłoga z czarnego marmuru odbijała wszystkie postacie będące w pokoju, byli to głównie słudzy i wojownicy, ale znajdowała się tam też ona. Siedziała na czarnym masywnym tronie wyłożonym fioletowym atłasem.
Vivian. Wysoka kobieta o bardzo kobiecej sylwetce. Twarz miała trójkątną o delikatnym nosie. Duże oczy w kolorze purpury jarzyły się w mroku i spoglądały prosto na niego. Karminowe usta były lekko rozchylone a zarazem uśmiechnięte. Włosy ułożone w luźny, ale szykowny niski kok z wolnymi pasmami czarnych falowanych kosmyków. Ubrana w ozdobną suknię z rubinowego materiału. Smukłe i białe dłonie delikatnie głaskały równie czarne jej włosom pasma. Na jej kolanach leżała głowa Fryderyka, nic dziwnego. To była w końcu jego matka. Miłował ją i czcił.
-Shane Rogue. –Odezwała się aksamitnie miękkim tonem Vivian. Wiedział, że zazwyczaj nie używa takiego głosu. –Podejdź, Fryderyk opowiada mi właśnie o tym co widział dzisiejszej nocy.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jestem taka leniwa! Miał być specjal świąteczny, ale uznałam, że jest on bezsensu... może jeszcze do gwiazdki mi przejdzie i zobaczycie co ja wymyśliłam, ale ilustracja będzie, bo już ją zrobiłam ^^
Ten pies oddaje moje uczucia co do zobowiązań: "ja miałem coś zrobić? ja? ale ja jestem tylko pieskiem..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz