środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!


Święta wesołego
Renifera uśmiechniętego,
Grzejnika ciepłego,
Karpia martwego,
Aj łisz ju e mery krismas
End hapi niu jir
Życzy wam epika Nocnych Łowców z Warszawy, ale najbardziej Mieczysław ;)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 3 Powitalny dramat

Kiedy Helena wstała jak zwykle miała blond kołtuny zamiast porządnej fryzury. Jako tako zaścielając swoje posłanie wyszła pokoju prosto do kuchni. Na chromowym wysokim stołku siedziała Aria z kubkiem w dłoni. Miętowe wysokie naczynie z szmaragdowymi wzorami oznaczało tylko jedno. Kawa.
-Kawa z rana? –Rzuciła z dezaprobatą.-Nie spałam. –Wytłumaczyła córka. –Wiesz co wczoraj robiłam?-Jak do ciebie weszłam na chwilę to spałaś. –Odparła siadając obok. Dla niej też stał kubek tyle że z herbatą.
-Tak, ale to była chwila. -Tylko nie mów, że aby przekonać się czy to wszystko jest prawdą wyszłaś w nocy ubrana jak Nocny Łowca i szukałaś demonów z tą swoją włócznią. –Poprosiła upijając trochę gorącego naparu. Herbata z biedronki. –Która to twoja kawa?
-Dzisiaj dopiero trzecia. –Wyznała dziewczyna ostawiając kubek. –A jeśli chodzi o to co robiłam to tak, właśnie poszłam szukać demonów w stroju Nocnego Łowcy. Sama żadnego nie spotkałam, ale spotkałam Mieczysława i Felicję walczących z takim jednym co wyglądał jak Slender.
-O matuchno! –Wydukała Helena podpierając głowę rękami. –To teraz powiedz co zrobisz w całej tej sytuacji. Nie mieszamy się w to, prawda?
-Rozczaruję cię. Dzisiaj idę tam powiedzieć, że jednak mogę być tym całym Nefilim i niechaj zaczynają cały cyrk.
-Tak po prostu?
-Och mamo! Przecież jak nie włączę się do tej chorej organizacji to będzie nam tu co jakiś czas wbijał jakiś popapraniec z zamiarem wyrwania mi flaków, a przy okazji załatwi ciebie, bo jeszcze pójdziesz do Instytutu i doniesiesz na niego. –Mówiła Aria z pełną szczerością.
-No dobrze. –Zgodziła się Helena, ale po chwili dodała –ale idę z tobą.
-Po co? Jak w nocy nic mnie nie zjadło to za dnia nie powinno być gorzej.
-Chcę się spotkać z moim mężem. –Wyznała, a córka zmierzyła ją zdziwionym wzrokiem. –Wiesz, trzeba wyjaśnić mu to i owo. Oczywiście muszę mu powiedzieć na jakich warunkach będziesz z nim współpracować. –W tym momencie Aria zamierzała przerwać matce, lecz ta uciszyła ją gestem wypielęgnowanej dłoni. –Posłuchaj do końca. Nie jesteś dorosła, więc ja za ciebie odpowiadam, nie uśmiecha mi się wysyłanie ciebie w paszczę lwa, ale nie będę ci bronić. W końcu też masz wolną wolę i potrzeby.
-No dobrze, ale masz iść do pracy tak za piętnaście minut.
Na te słowa Helena wstała i weszła na chwilę do swojego pokoju. Po chwili wróciła z telefonem w dłoni. Był to stary smartphone Arii, oddała go matce kiedy kupiła sobie nowy. Dynamicznie wybrała numer do swojej pracy i zapowiedziała, że bierze jeden dzień urlopu na żądanie. Nie przejmując się tym jak zareaguje osoba z drugiej strony słuchawki rozłączyła się.
-To co? Ubieramy się, ogarniamy i idziemy z wizytą do staruszka. –Oświadczyła Helena znikając za drzwiami łazienki.
Aria nie chętnie wróciła do swojego pokoju. Chwilę spędziła rozczesując włosy. Tak jak Helenie jej włosy zawsze plątały się po wstaniu z łóżka. Ubrana już zupełnie nie jak Nefilim wyszła na korytarz, teraz trzeba czekać z trzydzieści minut zanim blondynka opuści łazienkę. Piętnastolatka rozsiadła się na kanapie i włączyła telewizję, akurat leciały wiadomości.
-Przed świtem na Placu Zbawiciela znowu spłonęła tęcza. –Odezwała się fachowym głosem spikerka. Sztywno ułożone miedziane włosy trzymały się w wysokim koku. –Trójka młodych ludzi została zauważona na nagraniu z miejsca katastrofy. –Właśnie zostało pokazane nagranie jak Mieczysław leciał z Ognistym Ostrzem prosto w tęczę. Zero śladu demona. Zaraz spadł i podbiegła do niego Felicja i Aria. Potem cała trójka uciekła. Na szczęście całe nagranie było w bardzo słabej jakości.  –Jak widać sprawcy zbiegli z miejsca zdarzenia. Każdego kto ich widział prosi się o kontakt z policją.
Aria szybko wyłączyła telewizor. A więc została odkryta, kolejny powód dla którego powinna iść do tego całego Instytutu.

Nagle Helena wyszła z łazienki. Wyglądała jakby miała iść na przyjęcie, nie poważną rozmowę z ojcem swojego dziecka. Proste blond włosy zostały zebrane w luźny kok z splecionych w warkocz włosów. Kocie oczy podkreślone eyelinerem i delikatnym beżowym smoky eyes. Żadnej zmarszczki, brak niedoskonałości na skórze. Ubrana w przylegającą niebieską bluzkę z bufiastymi rękawkami i czarną spódniczką, która układała się uroczymi falami. Do tego wysokie, czarne i błyszczące buty na obcasach.
-Mamo… -Zaczęła powoli Aria –nie przesadziłaś troszeczkę?
-Nie. Czemu tak myślisz? Trzeba pokazać twojemu tatusiowi co stracił, ale również to, że bez niego wciąż radzę sobie świetnie. –Odparła Helena mierząc córkę obojętnym wzrokiem. –Ślicznie wyglądasz złotko.
-W porównaniu z tobą to raczej biednie. –Rzuciła Aria. Ubrana była w cienką koszulę w fioletowo-żółtą kratę, srebrny wisiorek wyglądający jak łańcuch i czarne przylegające spodnie.
-Wiesz, ja mam być elegancka i poważna, często nie wychodzi. Ty jesteś młoda i za dwa dni możesz ubierać się jak gwiazda rocka a kolejnego dnia możesz być cała w pastelach. –Wytłumaczyła matka.
-Za dwa dni to będę chodzić cała na czarno jak w żałobie. –Ironicznie sprostowała.
-„Czerń do polowań w nocy, na śmierć i żałobę-biel” –Zaintonowała Helena. –Kiedyś znałam to całe, teraz mi się urywa, coś tam było że czerwień do zaklęć, a wolałam ubrać się wtedy na niebiesko. Podkreśla mi oczy.
-Czyli do nauki nowe zwyczaje… szkoda, że nie lubię chodzić w czarnym. –Wyżaliła się brunetka.
-Ładnemu we wszystkim ładnie. –Skwitowała.
-A rodzice nie są obiektywni. –Rzuciła Aria.
Obie wyszły z mieszkania, ale Helena zatrzymała córkę. Stwierdziła, że nie będą łazić przez całą Warszawę, szczególnie iż na tak wysokich szpilkach prawie nie dało się chodzić. Aria jak na normalną nastolatkę przystało miała na sobie czarne trampki, bez rewelacji, kupione w jakimś mało znanym obuwniczym. Matka wzięła córkę za rękę i wyszeptała jakieś tajemnicze słowo, to była chyba łacina. Świat przed oczyma Arii znowu zawirował, a gdy przestał stała w windzie.

Nie była to ta stara winda jaką jechało się na różne dostępne pietra. Była to srebrna, nowoczesna, oczywiście z lustrami. Nie były w windzie same, była tam też dość niska jak dla Arii dziewczyna. Mogła mieć tyle lat co ona. Dziecięca twarz z zarysowanymi kośćmi policzkowymi była pozbawiona emocji. Pełne usta, szare, właściwie srebrne, duże oczy. Żółtawe blond włosy układały się w nienaganne loki. Obok niej stała czarno-czerwona walizka.
-Fajna opcja poruszania się, prawda? –Zapytała Helena Arii. Dziewczyna przytaknęła, a obca przewróciła oczyma.  
Ubrana jak rasowa Łowczyni miała na jasnej skórze parę run. Czy ja też będę musiała je mieć? pomyślała Aria. Jeśli ma być szczera nie uśmiechało jej się zdobić swojego ciała czarnymi znakami. W końcu dojechali na trzydzieste piętro i drzwi otworzyły się ukazując schludną recepcję. Dziewczyna pewnym krokiem podeszła do biurka i zaczęła coś tłumaczyć po angielsku. Pani Halinka przerwała jej włączając interkom.
-Stefan Kruczyński wzywany do recepcji.
Po chwili zjawił się wcześniej wspomniany człowiek. Jego zmęczona twarz spojrzała z obojętnością na nową przybyszkę, ale gdy dostrzegł Arię jego oblicze lekko się rozjaśniło.
-Nic się tu nie zmieniło odkąd odeszłam. –Stwierdziła Helena przyglądając się wnętrzu. –Ściany są takie same, podłoga też. Halinka może ma trochę lat do przodu, ale prezentuje się dalej świetnie.
-Helena? Co ty tu robisz? –Powiedziała zdziwiona Halinka. –Po trzynastu latach postanowiłaś wrócić?
-Właściwie czternastu. Dzisiaj rocznica. –Poprawiła ją. –A i nie wracam. Chciałam porozmawiać z Gabrielem na temat moje córki, jednak mam jeszcze trochę do powiedzenia w jej sprawie. –Aria wymownie przewróciła oczyma.
-Gabinet szefa tam gdzie był ostatnio. –Poinstruowała Halinka.
Matka i córka zgodnie ruszyły w tamtą stronę. Bez precedensu weszły do pokoju. Gabriel siedział przy jakiś papierach i początkowo nie zwrócił na nie uwagi.
-Zupełnie jak czternaście lat temu, mój drogi. –Odezwała się Helena splatając ramiona na piersi.
Gabriel oderwał wzrok od papierów i spojrzał na swoją żonę. Ze zdumienia otworzył usta.
-Helena… -Wydusił z siebie te imię, lecz po chwili podjął pewnym tonem –młodsza niż powinna być w rzeczywistości.
-A i tak zrezygnowałam z nieśmiertelności.
-Nie rymujcie. –Rzuciła Aria, ale została zignorowana.
-Więc po co do mnie przyszłaś? –Zapytał szczerze ciekawy Gabriel.
-Chcesz zrobić z mojego dziecka Nocnego Łowcę.
-Naszego dziecka.  Jednak ja też coś dołożyłem w tym dziele. –Poprawił jej mąż.
-Uparta jest tak samo jak ty. –Rzuciła Helena. –Ohhh nie rozmawiajmy o tym. Przyszłam omówić warunki współpracy.
-Raczej nie ma tu nic do omówienia. –Stwierdził chłodno Gabriel.
-Jest. Uwierz mi.
-Przecież Nocni Łowcy działają głównie na własną rękę, wyjątek stanowią członkowie Czarnej Gwardii. –Zakwestionował.
-Ale ona nie będzie Gwardzistką. Zresztą pełnoprawnym łowcą też nie będzie. Najpierw szkolenie. –Syczała przez zęby Helena. –Proszę cię tylko o jedno, staraj się by unikała Vivian i jej bandy.
-Co już ci nagadała Telimena o przyszłości Arii? –Zapytał ostro Gabriel.
-Oooo ciekawe rzeczy. –Odpowiedziała ironicznie Helena  groźnie na niego patrząc. –Gdybyś może trochę bardziej interesował się rodziną a nie tymi zabaweczkami to byś wiedział!
-To nie moja wina, że mnie zaangażowali! Wiesz co potem było. –Tłumaczył się podniesionym głosem. Aria miała ochotę wyjść z pokoju, kto wie jak ułoży się ta awantura.
-Aż za dobrze! Siedzenie po nocach w Instytucie i próby łączenia magii z bronią. Mówiłam ci kiedyś, że to nie wyjdzie na dobre? –Aria pierwszy raz widziała swoją matkę tak zdenerwowaną. Nawet nienaganny wygląd matki nie poprawiaj jej wyglądu.
-NIC SIĘ DO TEJ PORY NIE STAŁO! –Wykrzyczał Gabriel. Na chwilę zamilkł i chwilę głęboko oddychał. Helena miała zmieszaną minę. Chyba zaczynała żałować, że się tu zjawiła. –I nic się nie stanie, rozumiesz Heleno? Mamy świetne zabezpieczenia i nie ma mowy, żeby ktoś zabrał nam te bronie.
-No dobrze, ale ja wiem że to co mówisz i tak nie jest prawdą. –Powiedziała nabzdyczając się blond włosa kobieta.
-Jak zwykle trzyma się swego. –Stwierdził Gabriel. –Za to cię uwielbiałem, zresztą dalej uwielbiam.
-Co? –Powiedziała zdezorientowana Helena.
-Stara miłość nie rdzewieje, czy jak to tam było. –Powiedział powoli Gabriel.
-Jak macie zamiar robić tu sobie dramat miłosny to może ja wyjdę, co? –Zaproponowała Aria dyskretnie wycofując się w stronę drzwi.
-No dobrze. –Powiedziała jej matka, ale w oczach miała wyraz nie zostawiaj mnie z nim!
-Gdzieś w pobliżu powinien być twój trener, jak będziesz miała problemy z jego znalezieniem to zwróć się o pomoc do recepcji –wytłumaczył Gabriel.
Chyba chciałeś powiedzieć zwróć się o pomoc do Stefana pomyślała Aria wychodząc z pomieszczenia. Jak na jej nieszczęście kiedy tylko się odwróciła i podjęła marsz w poszukiwaniach swojego trenera od razu wpadła na kogoś. Walnęła komuś czołem w nos. Odstąpiła o krok by zobaczyć kto jest jej ofiarom. Przed nią stał o pół głowy wyższy od niej chłopak. Mógł być w jej wieku ewentualnie trochę starszy. Jak na chłopaka miał dość dziewczęcą urodę. Delikatne rysy twarzy, zielone oczy, wąski nos. Roztrzepane włosy w kolorze przyćmionego złota były spięte spinkami, o dziwo, w kolorze różowym. Smukłe ręce trzymały nos jakby miał się rozlecieć w milion małych kawałeczków.
-Przepraszam, że na ciebie wpadłam. –Odezwała się w końcu Aria wlepiając wzrok w podłogę. –Niezdara ze mnie straszna.
-Gdybym był kłamcą powiedziałbym, że nie. –Delikatnie ujął sprawę. –Ale jak już na ciebie wpadłem to mam pytanie. Widziałaś dziewczynę mniej więcej twojego wzrostu. Szczupłą z niebieskimi oczyma, takimi podobno świecącymi w ciemności. Włosy jak dobrze pamiętam miała mieć brązowe… -na chwilę umilkł i przyjrzał jej się dokładnie. –Aria Szumańska Nightray?
-Tak, to ja. –Przyznała Aria wyciągając rękę na przywitanie. –A ty?
-Pierre Rogue. –Przedstawił się ściskając jej dłoń. –Twój nauczyciel.
-Rouge? –Zapytała Aria niepewnie.
-Nie. Rogue, nie Rouge. Rouge oznacza róż, a moje nazwisko, Rogue, oznacza łajdak. –Wyjaśnił.
-Nie zbyt dobrze to brzmi.
-Ale jak potem zaskakuje, że wcale taki nie jestem! –Wyjaśnił Pierre z dumą. –No dobrze, koniec przechwałek. Pewnie mogę ci oszczędzić wstępu o Nefilim i rzeczach, którymi się zajmujemy?
-Tak, już zdążyłam wypytać Stefana o takie rzeczy. –Odpowiedziała dziewczyna.
-Ten to ma ciężko, cała czarna robota na niego. –Rzucił poprawiając spinki. –Nie chciałbym być na jego miejscu. Chodź, sala treningowa czeka.
Aria przełknęła ślinę trochę za głośno. Sala treningowa nie brzmiała zbyt optymistycznie. Nigdy nie lubiła sal, hal sportowych, przywoływały złe wspomnienia szkolnych zajęć sportowych. Niby nie miała problemów, ale nienawidziła tych lekcji. Nakazywanie, nieludzkie wymagania i niechęć do nauczycielki. Aria nie lubiła siatkówki, biegów, skoków przez płotki, skoków wzwyż i w dal. A szczerze nienawidziła gimnastyki, niby była dobrze rozciągnięta, ale w tych zajęciach chodziło o skoki przez przeszkody. Jedyne sporty, które dawały jej radość to jazda na rowerze i pływanie, oba nie praktykowane w szkole. Tutaj zapewne umiejętność rozwinięcia prędkości trzydziestu kilometrów na godzinę pedałując też się nie przyda.
Sala okazała się szarym i wysokim wnętrzem w większości wyłożonym matami i materacami do ćwiczeń. Obok przejście do, jak wytłumaczył jej Pierre, zbrojowni. Przez okna wpadało bardzo mało światła, więc zazwyczaj było oświetlane zimnym światłem jarzeniówek. Parę manekinów treningowych w stanie nienaruszonym stało dość upiornie w kręgach do ćwiczeń. Może wcale nie będzie tak źle jak wydawało się Arii.

-Dzisiaj nie powalczymy, bo musimy narysować ci podstawowe runy. –Wyjaśnił Pierre. –Zresztą jak wpadnę w bitewny szał to nie byłoby ci łatwo, a jednak wolę ci nic nie zrobić.
-Po twoich słowach mam ochotę się wycofać. –Wyznała Aria na co roześmiał się.
-Nie martw się, nie jestem okropny. –Pocieszył. –Gorszy jest mój brat, ten to był niecierpliwy.
-A… -Aria właśnie miała się zapytać o jego brata, ale powstrzymała się widząc wyraz jego oczu. Stracił go, to było jasne. Postanowiła zgrabnie obrócić pytanie  –a jakie są te runy, które będziemy rysować?
-Znak widzenia i runa anielskiej mocy. –Wytłumaczył pokazując znak oka na jego dłoni.  –Akurat znak widzenia ma konkretne miejsce, wierzch dłoni, z anielska moc ma totalną dowolność.
-Z tego co wiem, dobrze jest rysować runy blisko serca, najlepiej wtedy działają. –Wtrąciła dziewczyna.
-Stefan wszystko ci powiedział. –Stwierdził z uśmiechem. –Ta w ogóle to trzeba ci Stelę skombinować. Chodź ze mną.
Znowu razem przemykali ciemne korytarze Instytutu. Aria zbytnio nie zwracała uwagi na otoczenie jednak zauważyła tą samą dziewczynę, z którą jechała w windzie. Stała na środku korytarza z komórką przy uchu. Mówiła tym razem w innym języku, z brzmienia przypominał hiszpański.
-Izzy, cobertura perder. –Rzuciła do słuchawki, jak Aria się domyślała chodziło o zasięg. Sama go tu nie miała.
Pierre minął ją obojętnie jak nieznajomą osobę. Po chwili otworzył przed Arią drzwi do ciemnego pomieszczenia. Oszczędzają na prądzie? przeszło przez głowę brunetki, ale zaraz pokój wypełnił się ciepłym światłem z szklanych gablot. Wokoło niej było pełno Steli. Metalowe, kryształowe, drewniane. O najróżniejszych kształtach i kolorach. Ozdobne i minimalistyczne. Taki wybór sprawiał, że Aria czuła się jak w sklepie z butami. Wszystkie miały w sobie to coś, ale nie wszystkie pasowały do niej.
-Jeśli mam być szczery nie znam się na doborze Steli do użytkownika w ogóle. –Wyznał Pierre –więc będziemy testować wszystkie po kolej.
-Więc chcesz mieć cały dzień głowy przez wybór jakiegoś badyla do rysowania? –Zapytała krytycznie.
-To nie jest jakiś tam badyl do rysowania. –Rzucił gniewnie Pierre –kiedyś ten oto badyl może uratować ci życie.
-Dobra, rozumiem. Badyl ważna rzecz. –Powiedziała Aria przy tym mimowolnie przewracając oczyma.
Pierre zaczął wywód o Stelach. Aria w ogóle go nie słuchała. Wolnym krokiem przechodziła koło wystawy z Stelami. Czuła, że coś ciągnie ją dalej, żadna z tych półek nie była idealna. Przechodziła dalej, aż dotarła do ostatniej ściany. To była ta. Z szafirowym kryształem ażurowo otoczonym ciemnym srebrem. Delikatnie po nią sięgnęła. Świetnie leżała w jej dłoni. Poczuła, że ciepły prąd przepływa łagodnie przez jej ramię, była idealna.

 -Pewnie mnie nie słuchasz co? –Zapytał retorycznie Pierre. –Lepiej chyba zdać się na twoją magiczną intuicję.
-A żebyś wiedział. –Przyznała podrzucając Stelę w powietrze z zręcznie łapiąc. –Może się to popsuć?
-Jak połamiesz to będzie zepsute, ale raczej takie przypadki są sporadyczne. –Odpowiedział. –Trzeba teraz ci narysować znaki. –Mówiąc to wyszedł z pokoju zagaszając za sobą światło. –Naprawdę świecą ci się oczy.
-Wszyscy się temu dziwią, ale wy chyba nie powinniście. –Stwierdziła Aria podążając za blondynem.
Znowu znaleźli się na sali treningowej, znów była pusta. Czyżby Łowcy mieli dzisiaj wolne? Aria i jej nauczyciel rozsiedli się na materacach. Pierre poprosił ją żeby podała mu dłoń. Delikatnie podtrzymując ją od spodu przytknął do niej swoją Stelę. Była prosta i minimalistyczna, srebro i jasny kryształ na końcu. Powoli przesuwając po białej skórze magiczne narzędzie pojawiał się znak widzenia. Nie było to przyjemne przeżycie. Jeszcze niebieski znak zaraz zmienił barwę w głęboką czerń, jeszcze czuła jak bolała ją skóra. Szczypało jakby po poparzeniu.
-Teraz twoja kolej. –Oznajmił radośnie.
-Serio? –Zapytała z niedowierzaniem.
-Im szybciej zaczniesz ćwiczyć rysowanie run tym lepiej. Poczekaj chwilę. –Nakazał a sam wyszedł. Gdy wrócił niósł opasłe szare tomiszcze. –To Szara Księga, w niej są wszystkie runy.
Wskazał runę anielskiej mocy. Aria po chwili zastanowienia jak i gdzie ją narysować zaczęła rozpinać koszulę. Pod nią miała cienką koszulkę na ramiączka z dużym dekoltem. Im bliżej serca tym lepiej rzuciła do siebie dla otuchy. Przytknęła koniec niebieskiego kryształu i powoli nakreśliła znak. Pierre patrzył z rozbawieniem kiedy trzymała Stelę jak ołówek. Piekący ból przeszył całą jej klatkę piersiową. Uznała, że jak na pierwszy raz wzór wyglądał dobrze.
Chwilę jeszcze Pierre poopowiadał jej co będą jutro robić. Podstawy walki, parę run do poznania i parę demonów do bliższych oględzin. Miała stawić się jutro w Instytucie o jedenastej. Chłopak oddalił się zostawiając Arię samą. Jedyną drogą jaką pamiętała była ścieżka do kafeterii, więc tam się udała. Przez przeszkloną ścianę ujrzała Mieczysława rozmawiającego z jakąś dziewczyną w blond lokach. Znowu ta sama niska dziewczyna z windy. Kiedy do nich podeszła dziewczyna obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem, a Mieciu przedstawił brunetkę.
-Ah to ty jesteś córeczką szefuńcia. Jeśli myślisz, że będziesz specjalnie traktowana to nie licz na to. Jesteś na tą chwilę całkowicie bezużyteczna. Żegnam. –Powiedziała wyraźną polszczyzną i wstała od stołu przy, którym siedzieli.
-Wiem, że jestem beznadziejna! –Krzyknęła za nią Aria, po chwili zwróciła się do okularnika. –I tak pewnie mnie nie usłyszała… tak w ogóle to kto to był?  
-Nicole Winters, taka amerykanka co do nas przyjechała. –Wytłumaczył Mieciu mieszając swoją herbatę. –Dość szczera, prawda?
-Aż zbyt. –Przyznała Aria. –Poczekaj pójdę po kawę.
-A kto jest twoim nauczycielem? –Zapytał kiedy jego przyjaciółka wróciła do stolika z filiżanką w rękach. –A jeszcze pytanie z typu troska przyjaciela, która to już kawa?
-Gadasz jak moja matka. –Powiedziała Aria. –Dzisiaj czwarta i tak to mało jak na mnie. A moim mentorem jest Pierre Rogue.
Mieczysław zachłysnął się swoim napojem. Chwilę kasłał aż w końcu zapytał ze zdziwieniem.
-Ta pierdoła ma ciebie uczyć?
-Nie sprzeczam się, przydzielili mi go, więc… -brunetka próbowała bronić  swojego nauczyciela.
-Nie wierzę, że ci go przydzielili. Co prawda ma doświadczenie, ale nie ma jakiś specjalnych umiejętności. –Przerwał jej Mieczysław poprawiając okulary. –Powinni przydzielić ci kogoś kto zna się na magicznych broniach.
-Masz na myśli siebie? –Rzuciła z nutką ironii w głosie.
-Nie, nie mam podejścia pedagogicznego, przecież wiesz. –Opowiedział chociaż wcześniejsze pytanie miało charakter retoryczny. –Jesteś niezwykła, więc powinnaś mieć specjalny program nauczania. Powinni szkolić cię w magii, walce i innych pierdołach, jeden żabojad Pierre Pierdoła sobie z tym wszystkich nie poradzi.
Aria chciała zaprzeczyć jego wypowiedzi, ale w tym momencie do kafeterii weszła Felicja. Różowowłosa miała włosy ułożone w kok.
-Wiecie, że jesteśmy w telewizji? –Rzuciła zamiast powitania.
-Tak wiem. –Odpowiedziała Aria –na szczęście jakość w jakiej nas pokazują pozostawia wiele do życzenia.
-Byle, żeby pieprzone Clave się nie dowiedziało. –Stwierdził okularnik opierając twarz na rękach.
-Pewnie już wiedzą, znowu nigdzie nie wyjdziesz przez dwa tygodnie i będziesz miał trzymiesięczny zakaz polowań na Śródmieściu. –Powiedziała niby pocieszająco Felicja. –Kto jest twoim nauczycielem, Ario?
-Pierre Pierdoła Rogue. –Odpowiedział za nią Mieciu.
-Nie będzie źle. –Stwierdziła Felicja. –Parę razy z nim współpracowałam…
-Czemu nic o tym nie wiem? –Zapytał przerywając jej. –Przecież to ja jestem twoim Parabatai!
-Czasami się rozdzielamy, nie debilu? Wtedy się spotyka różnych ludzi. –Wytłumaczyła mierząc barta zabójczym wzrokiem. –Wracając do tematu Pierre’a to jest zdolny, nawet bardzo. Jedyną jego wadą jest dość częste rozkojarzenie, jakby nie przybył tu by zabijać demony…
-Taki z niego tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców. –Jak zwykle Mieczysław dołożył coś od siebie.
-Szkoda, że wy mnie nie trenujecie. –Wyznała Aria.
-Doczytałam się w regulaminie, nie ma opcji, za młoda jestem. –Powiedziała Feli po czym wskazała na Miecia. –On też mimo, że jest starszy o jakąś godzinę.
-Czyli ile trzeba mieć lat?
-Szesnaście aby można było zajmować nowymi.
***

Wysoki na sto siedemdziesiąt dziewięć centymetrów ciemny brunet o roztrzepanych włosach z grzywką szedł szybko po schodach do piwnicy jednej z Praskich kamienic. Już był spóźniony. Ściągnął z głowy czarny kaptur bluzy. Serce biło mu szybciej ze zdenerwowania, a w szmaragdowych oczach czaił się lęk. Gdy w końcu dotarł do odpowiednich drzwi wiedział, że jeszcze ma trochę do przejścia. Mroczny korytarz wydawał się taki długi. Gdy w końcu dotarł do końca był w wielkiej sali. Ah ta magia wymiarowa. Z małego wnętrza mogła zrobić gigantyczne pomieszczenie.
Wysoka na dwie kondygnacje mroczna sala była wypełniona delikatnym światłem zachmurzonego dnia wpadającym przez ciemne witraże zajmujące całą przeciwległą do niego ścianę. Podłoga z czarnego marmuru odbijała wszystkie postacie będące w pokoju, byli to głównie słudzy i wojownicy, ale znajdowała się tam też ona. Siedziała na czarnym masywnym tronie wyłożonym fioletowym atłasem.
Vivian. Wysoka kobieta o bardzo kobiecej sylwetce. Twarz miała trójkątną o delikatnym nosie. Duże oczy w kolorze purpury jarzyły się w mroku i spoglądały prosto na niego. Karminowe usta były lekko rozchylone a zarazem uśmiechnięte. Włosy ułożone w luźny, ale szykowny niski kok z wolnymi pasmami czarnych falowanych kosmyków. Ubrana w ozdobną suknię z rubinowego materiału. Smukłe i białe dłonie delikatnie głaskały równie czarne jej włosom pasma. Na jej kolanach leżała głowa Fryderyka, nic dziwnego. To była w końcu jego matka. Miłował ją i czcił.
-Shane Rogue. –Odezwała się aksamitnie miękkim tonem Vivian. Wiedział, że zazwyczaj nie używa takiego głosu. –Podejdź, Fryderyk opowiada mi właśnie o tym co widział dzisiejszej nocy.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jestem taka leniwa! Miał być specjal świąteczny, ale uznałam, że jest on bezsensu... może jeszcze do gwiazdki mi przejdzie i zobaczycie co ja wymyśliłam, ale ilustracja będzie, bo już ją zrobiłam ^^
Ten pies oddaje moje uczucia co do zobowiązań: "ja miałem coś zrobić? ja? ale ja jestem tylko pieskiem..."

czwartek, 4 grudnia 2014

Spóźnione dzień dobry

 Ehhh jestem takim cioteksem, że nawet zapominam się przywitać... a więc nadrabiając zaległości:

WITAM!

Ok, formalności załatwione. Przejdźmy do konkretów.
Jak już pewnie się zorientowaliście to blog z fanfickiem, cóż za nowość. Podstawą jest seria Dary Anioła, od razu zaznaczę iż nie przeczytałam całej serii (zazwyczaj jak tak zrobię to już niczego z niej nie piszę, taka ironia).

O czym to w ogóle jest? A jest sobie Aria, no i jest Nocnym Łowcą, a rzecz się dzieje w Warszawie. A o głównej intrydze dowiecie się już niedługo z treści kolejnych rozdziałów.

Czemu w pasku jest więcej rozdziałów niż jest na blogu? Żebyście mogli wiedzieć jak mi idzie z pisaniem. Zasada jest prosta: kolejne rozdziały napisane i wypisane w pasku obok=kolejne odpowiednie rozdziały na stronie. Zawsze trzeba mieć jakiś zapas gdy nastaną mroczne czasy braku weny...

Co ile rozdziały? Dwa razy w miesiącu, może być? Postaram się ogarnąć i jakoś zebrać do pisania. Uwierzcie, to nie jest takie "ałs wajs" żeby napisać dobry rozdział. Trzeba włożyć serduszko, czas i kreatywność, nie wszystko tak łatwo od razu przychodzi.

Będą tylko rozdziały? Ten post jest dowodem na to, że nie. Od czasu do czasu walnę jakąś luźniejszą notkę z informacjami czy jakimś bonusem. W ogóle to pracuję nad kartami postaci...

Kim jesteś, czy ja cię skądś nie kojarzę?
Mnie? Pewnie nie. A jeśli chodzi o to kim jestem to nie jest ważne. Ważna jest opowieść. Ale ze mnie tajemniczy Don Pedro *śmieje się* a jeszcze jedno. Możecie mnie kojarzyć z Wing of Freedom-Inne wieki, z tym też powinnam się ogarnąć...



TYLE SŁOWEM SPÓŹNIONEGO WSTĘPU! Ja się tym czasem odmeldowuję, do kolejnego rozdziału lub luźnej notki, bajo!  

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 2 Zraniona dusza

-Wróciłam! –Krzyknęła Aria od progu.
Cicho zamknęła za sobą drzwi i ściągnęła buty. To był jej dom. Pamiętała go od zawsze. Małe mieszkanie z dwoma pokojami, salonem z aneksem kuchennym, łazience i mikroskopijnym holu. Korytarz był słabo oświetlony, lecz jego ściany były jasne, pełne zdjęć i obrazków z Ikei. Podłoga była wykonana z matowych brązowych płytek. Nastolatka szybkim krokiem przeszła do salono-kuchni. Te wnętrze też było jasne, miało przyjemny pistacjowy kolor. Kuchenne blaty były śnieżnobiałe, a szafki w kontrastującym ciemnym fiolecie. Srebrzyste stołki takie jak w barze postawione na granicy czarnych płyt i jasnych paneli. Salon był małym pomieszczeniem w tym samym kolorze co kuchnia oraz wzorami w kolorze ziaren kawy. Ciemny puchaty dywan stanowił tło dla kremowej kanapy i jasnego stolika do kawy, naprzeciwko których stał telewizor. Obok stał stół z ciemnego drewna razem z dopasowanymi krzesłami. Biało-fioletowy storczyk właśnie kwitł, aż dziwne, że wytrzymał w takim nasłonecznieniu. Pod ścianą z dwójka dębowych drzwi stał regał z różnymi bibelotami, przez książki do pamiątek z wakacji przechodząc. Przypomniała sobie jak razem z mamą malowały ściany, ubaw i nie dokładność. Poszło pięć puszek farby zanim zrobiły to porządnie. Wiedziała, że nie przykładały się wtedy do pracy, a efekt był powalający. Czyżby to zasługa jakiegoś zaklęcia? Runa idealnego malowania ścian?
-Gdzie byłaś? –Zapytał się przyjazny głos. Nie było słychać w nim pretensji, jedynie troskliwą ciekawość.
To właśnie była jej matka, Helena Szumańska. Czyste usposobienie matczynej miłości. Spokojna, szczupła kobieta, która była o pół głowy niższa niż jej córka. Twarz w kształcie serca z delikatnym małym nosem i pełnymi wargami jakby zawsze miała przyjaznym wyraz. Jakby uwielbiało się całe życie, mimo że tak się nie da. W końcu kto by kochał życie z pracą jako sekretarka w korporacji gdzie często trzeba było zostawać po godzinach. Ciekawe czym naprawdę zajmuje się ta korporacja, wynajdowanie run? Proste blond włosy były dzisiaj ułożone w luźny niski kok, parę kosmyków wydostało się spod gumki utrzymującej misterną konstrukcję. Oczy tak samo niebieskie jak u Arii wpatrywały się w dziewczynę. Powiedzieć jej całą prawdę czy poczekać z tym? zapytała samą siebie piętnastolatka patrząc na domowy strój mamy, stare czarne dresy i jej dziecięca koszulka z W.I.T.C.H., szczerze zdziwiła się gdy ją zobaczyła. Myślała, że już dawno leży w koszu, lub jest oddana jakiejś córce znajomych mamy. Raz kozie śmierć.
-W Pałacu Kultury. –Rzuciła siadając na chromowym krześle. Helena spojrzała na nią pytającym wzrokiem.
-Felicja miała dzisiaj występ?
-Nie. Felicja poszła normalnie na zajęcia. –Wytłumaczyła przyjmując z wdzięcznością kubek herbaty. Upiła łyk. Dzika róża, truskawka i rabarbar, jedyne takie połączenie herbaty ekspresowej z pobliskiej Biedronki. –Miałam ją też z nich odebrać, ale nie odebrałam.
-Bo? –Pociągała ją dalej za język matka.
-Bo spotkałam niejakiego Shiona z Czarnej Gwardii, który stwierdził, że mój ojciec się chce ze mną spotkać –powiedziała jakby była to najnormalniejsza rzecz w świecie. Helena zakrztusiła się wodą, którą właśnie zaczęła pić. Gdy skończyła jej córka dalej kontynuowała. –Początkowo pomyślałam, że to żarty, ale on mnie porwał i jakimś magicznym sposobem znaleźliśmy się na trzydziestym piętrze Pałacu. Ciekawe, nie?
-Powiedz mi, że żartujesz. –Odezwała się poważnie. Aria pierwszy raz od niepamiętnych czasów zobaczyła, że matce rzednie mina i robi się nader skupiona oraz poważna. –Ario, powiedz mi, że wymyśliłaś to wszystko. Wiem, że masz bujną wyobraźnię. Powiedz, że to nie prawda.
-Dobra. To nie prawda. –Zgodziła się dziewczyna. –Sama w to nie wierzę. Wiesz spotkałam tam niejakiego Stefana Kruczyńskiego, powiedział mi to i owo o tym całym zamieszanie. Nefilim, Nocni Łowcy, jakieś wypasione bronie. Nawet tatuś dał mi jedną.
Na dowód zdjęła wisiorek. Chwile potrzymała go w dłoni po czym pojawił się jasny kontur trzonu włóczni. Z błękitnym światłem pojawiła się w jej dłoni w całej krasie. Wysoka na metr osiemdziesiąt, z kryształu i metalu. Malowana szronem.
Helena patrzyła na to z przerażeniem. Powoli uniosła dłoń z paznokciami pomalowanymi na żółto do ust, na których utrzymywało  się wspomnienie różowo-pomarańczowej szminki.
-Cholera. Ale dlaczego? Czemu ten palant przypomniał sobie o swoim dziecku po trzynastu latach? –Zapytała, najprawdopodobniej, retorycznie mierząc wzrokiem piękną broń.
-Powiedział, że jacyś Cisi Bracia popełnili błąd przy ocenie kim jestem. Zaskoczyłam ich. –Odpowiedziała Aria. Wypuściła powietrze i kontynuowała –tak właściwie nie obchodzi mnie to, że nie jestem kimś za kogo się uważałam. Najbardziej interesuje mnie to dlaczego mi nie powiedziałaś kim jestem. Zawsze było cudne dziecko, utalentowana dziewczynka, mój słowik, normalna nastolatka, porządna dziewczyna, ale nigdy wiedźma, Nefilim czy Nocny Łowca. –Czuła, że głos jej coraz bardziej drżał. –Powiedz mi dlaczego?
-Bo świat nadprzyrodzony wcale nie jest cukierkowo słodki jak mówi się w bajkach, opowieściach czy nawet w mediach. –Wytłumaczyła patrząc w okno, słońce było jeszcze dość wysoko na horyzoncie. –Świat pełen magii, zła, rywalizacji. Jeśli nie skupisz się na swoim celu nic z tego nie wyjdzie. Inni próbują podciąć ci skrzydła, a każde działanie jest oceniane. Dura lex, sed lex. Clave nie dało mi łatwego życia, byłam wybrykiem, czymś co nie powinno się nigdy pojawić. Nie rozumiałam ich sztywnych zasad. Odeszłam, odeszłam razem z tobą. Zamierzałam uchronić cię przed złym światem.
-Mamo, przecież wszędzie świat jest zły. –Zauważyła Aria. –Nie ma miejsca gdzie nie byłoby ani jednej zranionej duszy.
-Wiem, ale nie chciałam, żebyś ty była tą zranioną duszą. –Powiedziała patrząc z troską na swoje dziecko, lecz ono nie odwzajemniało obecnych uczuć. –Pewnie ojciec sprzedał ci już uroczą historię, że żałuje swoich czynów. Zresztą ta włócznia była pierwszym projektem nad jakim pracował dla Instytutu. W pewnym momencie, kiedy już było wiadomo, że jesteś, był mu tak oddany, że nie zwracał na mnie uwagi. Wracał późnymi wieczorami, wręcz w nocy, brał prysznic, szedł spać, a bladym świtem znów zmierzał na trzydzieste piętro Pałacu Kultury.
-To czemu z nim byłaś?
-Bo miałam nadzieję. Miałam nadzieję, że przejrzy na oczy. Nie przejrzał. Potem dawny szef Instytutu został zabity przez jakiegoś demona. Od razu zaproponowano mu to stanowisko. –Przerwała na chwilę. Ciszę przerywał jej szybki oddech. Podjęła znów –wtedy już wiedziałam, że moje nadzieje były jak pajęczyna, jeden ruch je przerwał. Miałam pieniądze, więc pewnego dnia nic nie mówiąc spakowałam nas w jedną walizkę, wzięłam ciebie na ręce i wyszłam bez słowa.
-Szukał nas?
-Tydzień. Tyle nas szukał. Ukryłam się u mojej siostry Telimeny. Bardzo mi wtedy pomogła. Powiedziała mi, że jeśli nie chce być odnaleziona muszę przestać być tym kim nie jestem. Jednym rytuałem zdjęła ze mnie wszystkie runy i wyeliminowała krew Razjela. –Powiedziała, znowu nastąpiła krótka pauza. Jej błękitne oczy były teraz szkliste i zachmurzone. –Spotkałam go potem, powiedziałam, że nie jest w stanie naprawić błędów przeszłości i żeby się do ciebie nie zbliżał.
-Mamo. Mówiłaś, że nie chciałaś bym była zranioną duszą. –Zaczęła Aria, słowa te płynęły z serca –ale ja nią jestem. Właśnie dzisiejszego dnia nią zostałam. Nie wiem już czy mam wierzyć sobie, tobie czy może niejakiemu Gabrielowi Nightray, który jest zwany również moim ojcem. Naprawdę nie wiem. Albo okłamywaliście mnie całe życie, lub ktoś postanowił nagle urządzić ten cały cyrk by wpędzić mnie w jakąś psychozę.
Dziewczyna powoli podniosła się z stołka. Czuła, że cała się trzęsie i obraz przed jej oczami zamazuje się przez łzy. Helena już otwierała usta by coś powiedzieć, ale pierwsza zrobiła to jej córka.
-Martwi mnie jedno. Czemu ukrywaliście przede mną fakt, że nie jestem zwykłym szarym człowiekiem? Rozumiem, we wczesnych latach dzieciństwa by dziecko nie wygadało czegoś ważnego nieodpowiednim osobom, ale kiedy jestem świadoma, naprawdę można było mi to powiedzieć. Jakoś bym to zniosła.
Otworzyła pierwsze drzwi po lewej i zatrzasnęła je z hukiem. Ustała na chwilę zaciskając mocno powieki i pięści. Powoli wycofała się do wejścia, oparła o dębową powierzchnię i osunęła na podłogę. Lekko wilgotnymi oczyma spojrzała na swoje królestwo.
Mały pokój, dwa metry szerokości na cztery długości. Zimna podłoga z jasnych paneli podłogowych przykrytych w jednym miejscu puchatym kremowym dywanem. Pod ścianą, na której były okna i kamienny stary parapet, stało łóżko z szarą błyszczącą ramą. Wokół niej zawinęła lampki z choinowe by nadać trochę magicznego nastroju. Starannie ułożona pościel w vintage'owy czarno-biały wzór była przytrzaśnięta błękitnym poduszkami, jedne miały nadruki, inne były gładkie. Koło jej posłania stał mały stolik nocny. Leżała na nim książka, którą obecnie czytała. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Czy to też okaże się prawdą? Przeniosła zmęczony wzrok na ścianę poobklejaną jej rysunkami. Zazwyczaj były to postacie z anime lub ulubieni aktorzy, nie zawsze udawało się ich dobrze odwzorować. Ciężkie biurko z ciemnego drewna było miejscem sztuki i jej liliowego laptopa. Na przeciwko niego stała szafa o minimalistycznym wyglądzie, przynajmniej nie przyszła jej Narnia na myśl kiedy na nią spojrzała.
Bliska płaczu z poczucia bezsilności opuściła głowę na podciągnięte do piersi kolana. Czemu ukrywali tą prawdę? Co im to dało? Myślałam, że wybuchnę przy ojcu, ale jednak układność przy obcych ludziach wygrała. Czemu muszę być taka grzeczna i ułożona? No tak mama taką mnie stworzyła. Żebym była tajemnicza wśród ludzi obcych i nowopoznanych, a otwarta i zabawna w zaufanym kręgu. Przy niej już nie wytrzymałam, okazałam to co było prawdziwe. Zapewne zraniłam. Oni też zranili, zadali cios tej osobie, za którą się uważałam. Tej spokojnej, ułożonej, zabawnej dziewczynie, której czasami zdarzało się podśpiewywać pod nosem, a potem za to się wstydzić. Teraz została obca osoba, która jest czarownicą i aniołem na raz. Czy to siebie nie wyklucza? Przecież anioły są boże, a ludzcy słudzy Boga palili czarownice na stosie. Nie powinnam istnieć? Chyba tak. Ciekawe jak to całe Clave zareagowało na mnie. Co? Może to zamknąć? Ewentualnie możemy pobawić się z badaniami genetycznymi, może to ulepszy naszą rasę? Może to przed tym mama chciała mnie ochronić? Powinnam być jej wdzięczna, że nie uczestniczyłam w tym dziwacznym przedstawieniu.
 A może to jakaś sekta? Wymyślili, że świat jest pełen demonów i magicznych stworzeń oraz nadali sobie misję chronić przed nimi Warszawę? Ohh dlaczego mnie w to wciągnięto? Ale chwila, chwila… oznaczało by to, że Felicja i Mieciu też są w tej sekcie. Miecia nie da się pomylić z inną osobą, nie wykonalne. Widziałam go tam, a ślepa nie jestem.  Czy to oznacza, że moi przyjaciele też mnie okłamywali? On nie miał żadnych problemów zdrowotnych, a Feli nie uczestniczyła w żadnych zajęciach artystycznych w domu kultury? A to wszystko przez jakieś nierealne batalie z wymyślonymi stworami.
Czarne myśli kłębiły się w jej głowie. Przychodziły coraz to głupsze pomysły. Iluminaci, kosmici, politycy, tajne stowarzyszenia pragnące władzy nad światem, despotyczni przywódcy. Ale w końcu odezwał się jeden dość nieracjonalny, w jej ocenie, głos w głowie.
A co jeśli to wszystko jest prawdziwe? Może jednak istnieją demony, czarownice, wilkołaki, wampiry? Te tatuaże na serio działają? A ja mam jakieś umiejętności, dzięki którym mogę zrobić co tylko będę chciała? Sama ta włócznia już jest pojechana. Zimowa włócznia, tak? Przywołuje zimę? A może tworzy lód? Byłabym wtedy jak Elsa z Krainy lodu, niezrozumiana, żyjąca w ciągłym strachu, z wielkim pragnieniem wolności. Tylko czemu Stefan trzymał ją w rękawiczkach żaroodpornych? Przecież jest lekko chłodna, to przyjemne uczucie. A może tylko dla mnie taka jest?
Piękny przejaw nagłego niczym nie uzasadnionego optymizmu, kochana. Jak przekonasz się czy to wszystko jest prawdą?
Zaczęła prowadzić ze sobą dialog. Optymistyczna Aria kontra Aria, ironiczny sceptyk.
No jak to jak? Praktycznie.
Co masz na myśli mówiąc praktycznie?
Z moich obserwacji wynika, że ci cali Nocni Łowcy chodzą ubrani cali na czarno. Ubiorę się jak jeden z nich i wyjdę na miasto z tą oto włócznią. Nie może być trudno się nią posługiwać.
Bardzo głupi, samobójczy plan. Nie sądziłam, że kiedykolwiek wpadniesz na coś takiego. Wydawałaś się rozsądną osobą.
Wiesz, wydawałam się. Mój świat runął jak domek z kart szarpnięty nagłym podmuchem wiatru. Teraz już nic nie jest takie samo.
Rób jak chcesz, ja za to nie odpowiadam.
Ocierając resztki łez z policzków powoli wstała. Nie słyszała nic poza cichym pobrzękiwaniem radia w kuchni. Albo  Helena próbowała coś ugotować lub po prostu zapomniała o nim. Aria podeszła do szafy i gwałtownym ruchem ją otworzyła. Miała bardzo mało czarnych ubrań. Dwie pary czarnych dżinsowych spodni, jakiś o dwa rozmiary za duży T-shirt oraz czarna bluza z kapturem i ciemnoszarymi wstawkami. Jednak powinno się nadać. Dziewczyna dopiero teraz pomyślała iż może być za wcześnie dla realizacji jej planów. Wyciągnęła z kieszeni szortów smartphone’a. Dwudziesta piętnaście. Słońce chyliło się ku zachodowi barwiąc niebo na różowo, liliowo z złotymi przebiciami. Mało już pozostało z pięknego błękitu takiego samego jak w jej oczach. Jednak było za jasno. Powinna poczekać aż ulice się wyludnią. Druga czy też trzecia powinny być odpowiednią porą na ten szalony plan.  Teraz powinna odpocząć by być przytomną w tamtym czasie. Zaciągnęła turkusowe zasłony odcinając częściowo dopływ światła do pokoju. Może nie było to tym samym co w nocy, ale tak też dało się usnąć. Ustawiła alarm na drugą trzydzieści, podłączyła słuchawki i wcisnęła je do uszu. Plan ku poznaniu prawdy można było uznać za rozpoczęty.
Obudziła się ponownie przez jazgotliwy pisk. No tak budzik. Co ona miała? A no tak, samobójczy plan. Zauważyła, że jest opatulona szaro-różowym kocem w sowy. Mama. No tak, wiecznie martwiąca się kobieta. Nie zostawiłaby tak łatwo sprawy, ale zobaczyła iż jej najukochańsze, a zarazem jedyne, dziecię śpi i postanowiła przełożyć sprawę na jutro. Przynajmniej nikt nie przeszkodził jej z realizacją tego beznadziejnie głupiego zamiaru. Szybko przebrała się w czarny strój. Jak zauważyła w lustrze na korytarzu nie wyglądała w nim aż tak źle. Na chwilę jeszcze wróciła do kuchni po klucze do drzwi i wyruszyła na swoje pierwsze polowanie na demony.
Opustoszałe ulice Mokotowa nie wydawały jej się pod żadnych względem straszne. Jej codzienna okolica, którą znała jak własny pokój. Idź prosto, skręć w lewo, prosto. Jeszcze parę takich manewrów i wyjdzie z strefy gdzie każdy ją zna, chociażby z widzenia. Teraz był idealny moment aby pokazać się z bronią. Teraz używając długiej laski jako podparcia zmierzała w stronę Śródmieścia. Jak na razie ani widu ani słychu dziwacznych istot.
Znudzona już monotonnym przemieszczaniem się po niezbyt czystych chodnikach Warszawy pomyślała, że czas wypróbować co w ogóle może zrobić tym mroźnym cacuszkiem. Niezdarnie wdrapała się na dach. Brak jej było gracji ruchów jaką widziała u Shiona. Ten pewnie serią pięknych akrobacji znalazłby się na dachu w jakieś trzy sekundy. Może i Aria była w tym momencie zazdrosna, lecz starała sobie radzić z tym co teraz miała. Z niebyt dobrą kondycją zaczęła przebywać dachy. Gdy odległości między nimi nie przekraczały dwóch metrów, spokojnie dawała radę to przeskoczyć, jednak nie zawsze tak było. Coraz większe odległości stawały się przeszkodą. Czemu nie zastosujesz tej swojej magii, kochana? Między kolejnymi budynkami przerwa była około pięciometrowa. Brunetka spokojnie ruszyła przed siebie, a kiedy poczuła, że spada skierowała grot broni w dół. Wystrzeliły z niego kryształy lodu, od którego zgrabnie się odbiła. Cicho wylądowała na płaskim podłożu i obróciła się by ujrzeć co się stało. Niebiesko-biała platforma na cienkim trzonie. To coś naprawdę zdołało wytrzymać jej ciężar? Jakby na zaprzeczenie tym słowom konstrukcja rozpadła się w deszcz lodowych kryształków. Czyli jednak jak Elsa!
Uśmiechnęła się promiennie i udała się dalej bawić nieprzeciętną umiejętnością. Podczas skoków połączonych z tworzeniem lodu miała ochotę krzyczeć, jednak wrodzona moralność nakazywała ciche delektowanie się chwilą. Jednak o trzeciej nad ranem wciąż trwa cisza nocna. Z niewiarygodną szybkością tworzyła i niszczyła pomosty, kładki i platformy. Kiedy już się zmęczyła przystopowała. Nawet nie zauważyła, że już była na Marszałkowskiej. Zjechała ze ślizgiem po mroźnej poręczy, która tak jak wszystkie inne zniknęła roztrzaskując się. Czuła bicie swego serca, zmęczenie i podekscytowanie dało swój upust. Czyli to jednak jest prawda. Przynajmniej ta część o magii się sprawdza. Jedyną wątpliwością są demony, wampiry, wilkołaki, no i w zasadzie też Nocni Łowcy… myśli mieszały się z dudnieniem płynącej krwi w jej uszach. Niewiele czasu zajęło sercu ustabilizowanie tętna, a płuca zaraz wyrównały oddech. Wracać już do domu? Ta myśl nie pojawiła się w umyśle Arii. Usłyszała jakąś wiązankę przekleństw i śmiech szaleńca. Skoro umiem jako tako posługiwać się tym co mam nic mi się nie stanie wmówiła sobie nastolatka kierując się w stronę dźwięków.
Plac Zbawiciela. Miejsce gdzie łatwo było zauważyć jakieś znane, albo za takie się uważające, osobistości. Miejsce zgrupowań wszelkiego hipsterstwa. Miejsce gdzie stała słynna tęcza, symbol pokoju, chociaż wielu mówiło tu o promowaniu homoseksualizmu.  Mimo, że była noc zielone połacie trawnika były jasno oświetlone zimnym światłem nowoczesnych latarni. Niebieskim obecnie świecącym oczom Arii ukazał się widok małej bitwy.
Czarny, wysoki na trzy metry, z mackami w kolorze smoły, bez twarzy. Czyżby Slenderman wyszedł z lasu? Biała jak papier twarz bez żadnego śladu ust, nosa i oczu. Wokoło niego unosił się czarny gęsty dym.  Prawdziwe zestrachana brunetka szybko podbiegła pod zadaszenie jednej z kawiarni. Powoli przemieszczała się między filarami by zdobyć jak najlepszy widok, a zarazem drogę ucieczki.
-A niech cię piorun pierdolnie, Fryderyczku! –Wrzasnął znajomy głos.  
Pchnięta ciekawością Aria wyjrzała za kolumny. No tak, któż inny mógłby wyrażać się z taką kulturą zza Buga? Tylko i wyłącznie Mieczysław. Biegł nader szybko jak na siebie z szablą. Sama broń była interesująca. Srebrne ostrze z złocistym agresywnym wzorem, który błyszczał niczym żywy ogień. Mały fragment rękojeści jaki widziała mówił jej znów o złotym kolorze tyle, że teraz połączonym z wściekłą czerwienią. Chłopak zamachnął się mieczem a w stronę Slenderowatego poleciała kaskada jaśniejących płomieni. Gdzieś z naprzeciwka doszedł do niej śmiech. Dźwięczny, trochę jeszcze dziecięcy, ale z psychopatyczną nutą.
-Nawet nie wiesz jak lubię te nasze rozmowy Mieczysławie. –Wyznał wesoło niski chłopak z naprzeciwka.
Według Arii nie mógł mieć więcej niż metr siedemdziesiąt. Delikatnej postury o śnieżnobiałej cerze. Twarz miał o lisim profilu, a oczy lekko skośne w kolorze czystej czerwieni. Przez włosy można było go pomylić z dziewczyną. Zręcznym ruchem zdjął gumkę z kucyka. Rozwiane, piękne, kruczoczarne włosy sięgały trochę przed ramiona. Ubrany był luźno. Ciemne dżinsy, szkarłatna koszula w kratę i brązowa skórzana kurtka. Uśmiechał się podle patrząc na starania Mieczysława.
-A tobie Felicjo jak podoba się dzisiejsza zabawa? –Zapytał odwracając głowę trochę w bok. Aria zrobiła to samo.
Trochę dalej od swojego bliźniaka stała Felicja. Różowowłosa zebrała włosy w kucyk na boku. W ręku trzymała czarny błyszczący łuk, a na ramię miała zarzucony kołczan. Broń przypominała łuk refleksyjny, lecz miała bardziej sportowy wygląd. Automatycznie naciągająca się srebrna cięciwa, ale wciąż zostały zachowane typowe cechy wyglądu łuku refleksyjnego. Jak dobrze, że Mieciu namówił mnie na granie w tego nowego Tomb Raidera, przynajmniej sobie sama przed sobą poszanuję znajomością rodzaj łuków zażartowała w myślach Aria chociaż wiedziała, że to nie jest sytuacja skora do żartów.
-Wyśmienicie, dodałabym jakieś określenie, ale nie zniżam się do poziomu mojego brata. –Rzuciła wściekle Felicja.
-Słyszałem! –Krzyknął Mieciu szykując się do posłania kolejnej fali płomieni.
-Policzymy się w domu! –Zarządziła Feli.
-Jacy jesteście zgodni! Nie dziwne, że jesteście Parabatai. –Ocenił Fryderyk przesłodzonym tonem. –Demonie, wykończ ich.
Potwór machnął jedną macką, a rodzeństwo zostało odrzucone na parę metrów. Mieczysław podniósł się pierwszy.
-Kurwa, nawet nie wiesz jak cię nienawidzę, dziadu. –Odezwał się cichym lecz pełnym gniewu tonem.
Aria zmarszczyła brwi. Jej przyjaciele właśnie walczyli z demonem, prawdopodobnie przywołanym przez tego chłopaka, a ona stała i z ukrycia obserwowała rozwój wydarzeń. Jest nieprzydatna, beznadziejna. Teraz powinna wyjść z ukrycia i walnąć demonowi z lodowej pięści. Palce prawej dłoni mocniej zacisnęły się na włóczni. Aria nie zauważyła, że po asfalcie pomknęła lodowa ścieżka, która po chwili wspięła się na nogi monstra. Fryderykowi zrzedł uśmiech, teraz miał na twarzy zdziwiony grymas.
-Co za mag wam pomaga? –Zapytał wściekłym tonem.
-Nie wiemy –odpowiedział chłopak z jasnobrązową czupryną. –Dzięki gdziekolwiek stoisz!
Aria mimo woli się uśmiechnęła, jednak coś pomogła. Niezbyt świadomie, ale zawsze. Mieczysław szybko podbiegł tam gdzie stała jego przyjaciółka, lecz nie zauważył jej. Odbił się od filaru i trzymając oburącz ostrze poszybował prosto w stronę Slendero podobnego. Jednak sekundę przed uderzeniem ten rozpłynął się w czarnym dymie. Czarna strzała wbiła się w trawiaste podłoże, a na obliczu Felicji zawitał uśmiech. Fryderyk wzdrygnął się, ale zaraz również rozpłynął się w powietrzu. Mieczysław razem z płonącą Bronia trafił w tęczę. Zaraz spadł na plac razem z swoim rynsztunkiem. Siostra podbiegła do niego i pomogła mu wstać. Aria również.
-Aria? –Rzuciła skołowana Feli. –Co ty tu robisz?
-Bawię się w Nocnego Łowcę? Przynajmniej tak mi się wydaje. –Odpowiedziała patrząc raz na Miecia raz na Felicję. –Jesteście niesamowici.
-Dzięki, ale to głównie ja jestem w tym duecie gwiazdą. –Wytłumaczył chłopak po czym został lekko uderzony w tył głowy przez siostrę.
Dopiero teraz zauważyli, że jest jakoś dziwnie jasno. Powoli obrócili się. Tęcza się paliła.
-Mieciu, który to już raz zostałeś podpalaczem tęczy? –Zapytała z dezaprobatą najniższa osoba w tym gronie.
-Dopiero drugi raz mi się to zdarzyło. Nie róbmy z tego pierdolonego dramatu. –Fuknął poprawiając okulary.
-Wiecie co? Może wytłumaczymy sobie sytuację po drodze? –Zaproponowała Aria powoli.
-Świetny pomysł. W stronę Mokotowa marsz! –Rozkazała różowowłosa.
Trójka przyjaciół odwróciła się na pięcie. Aria od razu zaczęła opowiadać co się stało, kim jest. Felicja nie kryła zdziwienia, a Mieczysław nie szczędził przekleństw. Kiedy brunetka skończyła swój wywód, rodzeństwo zaczęło się tłumaczyć.
Jak się okazało nie dość że są bliźniakami to jeszcze partnerami, czyli Parabatai. Związani ze sobą mocą i intuicją. Nie dość, że mieli parę run to jeszcze zaczęli opowiadać jej o swoich treningach prowadzonych od dziewiątego roku życia. Katorżnicze próby siłowe, wkuwanie tysiąca run, polowanie na demony. Jak się okazało ich rodzice tez są Łowcami. Po dość monotonnym marszu doszli do domu Arii.
-I co? Po tym co zobaczyłaś już wierzysz? –Zapytał Mieczysław z powagą, która w ogóle do niego nie pasowała.
-Tak. I spodziewam się, że jeśli nie dołączę do tej waszej organizacji demony się na mnie zasadzą i zamordują. –Odpowiedziała Aria. –Więc zostanę Nocnym Łowcą.
-Postaramy się zostać jej trenerami, nie? –Powiedziała Feli dając kuksańca bratu.
-Z tobą mogę trenować. Z tym psycholem wolę nie. –Oświadczyła uśmiechając się wrednie.
-Słyszałem!
-Policzycie się kiedy indziej. –Rozkazała Felicja. –A teraz zmykaj do domu, bo pewnie twoja mama zauważyła, że ciebie nie ma.
-Do zobaczenia rano w Instytucie. –Pożegnała się Aria.
Kiedy wjechała cicho windą na czwarte piętro w bloku starała się nie wydawać żadnych dźwięków. Głośne szczęknięcie zamka sprawiło, że zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Na palcach przemierzyła korytarz i otworzyła drzwi obok swojej sypialni. Helena spała i nic nie było w stanie jej obudzić. Arii spadł kamień z serca. Weszła do swojego pokoju, przebrała się w piżamę. Gdy położyła się w łóżku stwierdziła, że nie uśnie. Teraz jej życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nic nie będzie takie samo.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 1 Nieszczęśliwy początek

Zwykłe letnie popołudnie zmieniło jej życie nie do poznania. Aria właśnie odprowadzała na zajęcia taneczne Felicje, jej dobrą przyjaciółkę.
 Felicja w pierwszym momencie ich znajomości była przeciętną nastolatką, która w ogóle nie wyróżniała się z tłumu. Sto sześćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu, wychudzona sylwetka z wystającymi kośćmi i proste jasno brązowe włosy. Obecnie Felicja była o cztery centymetry wyższa, z delikatnym kolczykiem w prawym obojczyku i z ufarbowanymi na pudrowy róż włosami. Jedyne co nie zmieniło się od początku ich znajomości to kolor oczu dziewczyny, wciąż pozostawały szare niczym betonowe bloki jej osiedla. Kiedy ustały przed drzwiami domu kultury w którym Felicja miała zajęcia pożegnały się i odeszły w dwie przeciwne strony. Aria zamierzała do parku ujazdowskiego, był niedaleko, a umówiła się z różowowłosą, że wróci z nią do domu. Nie wróci. Środek lata. Parno i gorąco, wszystko wokoło kwitnie, ewentualnie przekwita. Sztuczny strumyk snuł się przy ścieżce, którą szła piętnastolatka. Przystanęła na chwilę przy obwieszonym grawerowanymi dowodami miłości w postaci kłódek mostku. Ciekawe kiedy się zawali? przeszło jej złośliwie przez myśl.
 W niezbyt czystej wodzie odbijała się jej postać. Wysoka, blada, szczupła, ale nie chuda, sylwetka. Owalna twarz z lekko zarysowaną szczęką, średniej wielkości, dość zgrabny nos, wąskie różowe wargi. Oczy były dość zagadkowe. Niby był to typowy błękit, może bardziej intensywny, ale nie to było zastanawiające. Kiedy było ciemno świeciły się właśnie w tym kolorze, jak u kota. Było to jedną nie wyjaśnioną zagadką, lecz jej matka miała tak samo. Kiedy znajomi pytali ją czemu takie są mówiła, że taki efekt dają jej szkła kontaktowe. Włosy były wycieniowane, więc układały się łagodnymi, prawie nie widocznymi falami, a miały przeciętny kolor jasnego złotego brązu, chociaż niektórzy mówili że jest to ciemny karmelowy blond. Różnicy między tymi odcieniami nie było. Ubrana w jasną koszulkę z nadrukiem I'm not morning person i dżinsowe szorty nie wyróżniała się z tłumu nastolatek szwędających się po Warszawie.
Nie lubiła sama chodzić po mieście. Mogła trochę poczekać i wyjść z Mieczysławem, bratem bliźniakiem Felicji. Zawsze zdawało jej się, że coś ją obserwuje. Nie przyjemne wrażenie. Teraz zaczynała troszkę żałować, że zgodziła się odprowadzić przyjaciółkę. Niby wiedziała, że przecież nic złego nie może się jej stać. A nawet jakby się stało to przecież wokoło są ludzie, przecież wśród tych wszystkich biegaczy, hipsterów, gimbusów i dziadków znajdzie się jakiś porządny człowiek, który chociaż trochę jej pomoże. Z dość nieprzyjemnych rozmyślań wyrwał ją brzęk stóp lądujących na metalowej poręczy mostu. Przy okazji zabrzęczało też parę wiecznych kłódek. Przekręciła powoli głowę w tamtą stronę. Idealnie utrzymując balans między twardą powierzchnią, na której stała Aria, a kamienistym strumyczkiem na barierce stał wysoki chłopak. Dziewczyny nie zdziwiło to co on zrobił, sama jak była mała chodziła tak podtrzymywana przez matkę. Niewiarygodny był jego wygląd. Śnieżnobiała cera, smukła sylwetka, która wydawała się chuda przez czarne przylegające spodnie, podobne do tych, w których widywało się biegających ludzi, a do tego o wiele za duży czarny sweter z golfem, który zakrywał pół twarzy. Między lśniącymi w słońcu żółtymi oczyma widniały trzy czarne kropki pnące się do góry oraz kolczyk. Dobra, tatuaże, kolczyki, dużo piercingu, pewnie też miał coś zrobione z uszami, ale przecież tacy ludzie też chodzą po tym mieście. Włosy też miał oryginalne, prawa połowa biała, a lewa czarna. Ok, w Warszawie można spotkać takich ludzi kiedy nastaje czas konwentów, ale z tego co wiedziała w obecnym czasie ni było żadnej tego typu imprezy. Z kocią gracją, której szczerze mówiąc mu zazdrościła, zszedł na ziemię. Był dokładnie jej wzrostu, może troszkę wyższy. Dopiero teraz zauważyła, że niewiadomo jakim sposobem miał na plecach czarny japoński miecz, katanę. Smukłymi, wyglądającymi na delikatne i wypielęgnowane, lecz posiadającymi dwa tatuaże w formie oka i jakiegoś zawijasa, dłońmi ściągną z twarzy materiał. Czy już gdzieś nie widziała tych znaków? Równie blade jak twarz usta przyjęły formę uśmiechu.

-Przepraszam, że tak nagle i bez uprzedzenia, ale muszę cię zabrać do Instytutu. –Oświadczył zaskakująco przyjaznym głosem. –Twój ojciec chce z tobą porozmawiać, panno Nightray. 
-Chwila, chwila… -odezwała się zdezorientowana –przecież nie mam na nazwisko Nightray, tylko Szumańska, a swojego ojca nie znam i nie mam pojęcia gdzie jest.
Jeśli miała być szczerza poszłaby od razu za tym chłopakiem. Nie z uwagi na to, że był intrygujący, lecz z powodu jego wypowiedzi. Nie wiedziała kto jest jej ojcem, a gdy zaczynała ten temat ze swoją mamą ta zawsze opowiadała nieszczęśliwą historię miłosną o młodej dwudziestopięciolatce i przystojnym mężczyźnie w tym samym wieku, pochodzącym z Anglii, który stał ślepy na jej szczere uczucia i zbzikował na punkcie swojej kariery. Obecnie podobno był dyrektorem w jakiejś potężnej firmie na drugim końcu Polski. Z tego jeszcze co wiedziała swoje kretyńskie imię zawdzięcza właśnie tajemniczemu tatusiowi. Aria, no kto normalny by tak się nazywał? Miało być lirycznie i dziewczęco, tak wynikało z opowieści matki. Aria bardzo nie lubiła swojego imienia, już wolałaby nazywać się prosto i niewymyślnie. Dlaczego nie mogła być Ania, Honorata, Maria albo nawet Daniela? Nieważne, teraz trzeba pomyśleć jak tego gościa spławić, w końcu jeszcze mam trochę rozsądku by nie ufać nieznajomym pomyślała gorączkowo.
-Ale twój ojciec wie, że żyjesz, mieszkasz w Warszawie, twoja matka to Helena Szumańska z rodu Azela. Oraz wie, że czeka cię dość duże niebezpieczeństwo przez jeden drobny błąd, którzy popełnił Cichy Brat trochę po twoich narodzinach. –Kontynuował nakłanianie tajemniczy chłopak. 
-Co za Cichy Brat? Jaki niby ród Azela? Jakie niebezpieczeństwo mnie czeka? –Zasypała go serią pytań po czym dodała po namyśle –a w ogóle to kim ty jesteś? 
-Ehh, za dużo pytań zadajesz. –Stwierdził z teatralnym westchnieniem. –Jestem Shion, jestem Nocnym Łowcą, a służę w Czarnej Gwardii, czyli jednostce chroniącej Warszawę przed demonami. A tak w ogóle to Czarna Gwardia to pomysł twojego ojca, zbiera najlepszych Łowców i proponuje im wynagrodzenia za ochronę Warszawy. 
-Chwila, chwila… -powtórzyła po tym jak uścisnęła jego wyciągnęła ręką. 
-Jak widzę jesteś dość oporna, więc zaprzestanę delikatnych technik, bo i tak czego ci nie powiem to się nie zgodzisz ze mną iść. –Przerwał jej przymrużając oczy. –Pan Nightray bardzo nie lubi kiedy mu się coś nie udaje. Na marginesie to bardzo przeżywał stratę twojej matki. 
Aria chciała dalej wypytywać nieznajomego, lecz poczuła, że traci grunt pod nogami. Teraz oglądała świat z perspektywy bycia przerzuconą przez ramię Shiona. Niby wydawał się strasznie chudy, ale zaskoczyła ją jego siła. Wiedziała, że nie jest z tych szczupłych dziewczyn, które z łatwością można oderwać od ziemi i wyrzucić w powietrze. Zaczęła się wić i kopać na oślep, lecz chwyt ani trochę nie zelżał, a wręcz się wzmocnił. 
-Mimo, że mam runę zdrowotną i tak czuję jak mocno kopiesz. –Poskarżył się pretensjonalnym tonem a w jednym czasie wyjął coś przypominającego różdżki z Harry’ego Pottera. 
Smukły, czarny, połyskliwy materiał w formie pałeczki z przejrzystym kryształem na końcu. Kiedy się jednak bliżej przyjrzeć wyraźnie było widać, że różdżka jest zrobiona z metalu i miała wyryte takie same symbole jak na dłoniach chłopaka oraz parę innych w tym samym stylu. Z wielką gracją przykucnął, a zarazem na chwilę postawił obute w białe balerinki stopy Arii. 
-Nawet nie myśl o tym by uciec. –Rzucił przerażająco słodkim tonem, który zmroził krew brunetki. On naprawdę nie żartował. Dla bezpieczeństwa wolała wykonywać jego polecenia, dopóki ma komórkę zawsze może wezwać pomoc. Płynnym ruchem na betonowej powierzchni Shion namalował dziwny symbol, który świecił błękitnym światłem, a po chwili otoczenie wokoło nich zawirowało. Po chwili Aria znowu stała na swoich stopach. Trochę kręciło jej się w głowie, ale przynajmniej wiedziała, że nie jest w jakimś podejrzanym miejscu w gorszej dzielnicy.
-Pani Halinko, może pani zawiadomić Pana Nightray’a, że zadanie zostało pomyślnie wykonane. –Shion zwrócił się przyjaznym tonem do niskiej, farbowanej blondynki z początkami ciemnych odrostów siedzącej za biurkiem przy laptopie. Sprawiała wrażenie przyjaznej kobiety dobijającej do czterdziestki.
-Dobrze. –Odpowiedziała sięgając po mikrofon –Stefan Kruczyński wzywany do recepcji. –Shion roześmiał się. 

Aria zdziwiona tą reakcje postanowiła na chwilę zignorować swojego porywacza. Rzuciła okiem na wnętrze. Dość ciemne pomieszczenie oświetlane ciepłym światłem żarówek energooszczędnych. Ściany w kolorze ciemnej kawy z częstymi kremowymi wstawkami. Nad jasnym stanowiskiem pracy pani Halinki widniał ten sam symbol co na dłoni Shiona oraz napis: Warszawski Instytut. Podłoga z ciemnego gresu polerowanego odbijała światło. Za Arią była winda o srebrnych drzwiach, a po jej prawej i lewej stronie przeszklone ściany z otwartymi szklanymi przejściami.
Z lewej strony zjawił się szczupły mężczyzna średniego wzrostu. Na oko miał koło dwudziestki. Spiczasty podbródek świetnie pasował do lekko zadartego nosa. Oczy miał brązowe i dość zmęczone. Ciekawe kim on tu jest? Kolejny koleś z Czarnej Gwardii? Drwiąco pomyślała Aria co za cyrk. Jego włosy miały pomieszany kolor rudego i brązu, w zasadzie były bardzo ładne. Chociaż trochę za długie i strasznie roztrzepane. Ubrany w czarne luźne spodenki do kolan i czarną bluzkę na ramiączka ujawniał dziwne symbole na ciele. Tak jak Shion miał znak oka, tego zawijasa, do tego jeszcze jakąś pokreśloną kreskę, owal z ogonem i jakby krzyż z prostopadłymi liniami na końcach. 

-A więc królowo recepcji –zaczął zmęczonym i znudzonym głosem. –Po co mnie wzywasz? 
-Mógłbyś pójść do szefa i powiedzieć, że jego córeczka się zjawiła? –Poprosiła słodkim tonem, Aria najpewniej porównałaby go do zjedzenia na raz całej paczki landrynek, oczywiście po przebraniu i wywaleniu tych o smaku anyszkowym. 
- A może niech ona od razu idzie ze mną, nie opłaca mi się tak cały czas latać. –Zaproponował mężczyzna zerkając ukradkiem na Arię. 
-Rób jak chcesz, ja tylko przekazuję polecenia. –Rzuciła Halina wzruszając ramionami. 
-Powodzenia. –Powiedział Shion klepiąc po ramieniu Arię, po czym zniknął za drzwiami z prawej strony. 
Nastolatka posłusznie poszła za Stefanem, jak się domyśliła. Przeszli przez korytarz. Na obu jego końcach były okna, ale wciąż był bardzo ciemny. Kiedy mężczyzna zatrzymał się przed ostatnimi drzwiami kazał jej poczekać, a sam wszedł na chwilę do pomieszczenia. Korzystając z okazji brunetka zerknęła za okno. Zobaczyła znajomy widok. Plac Defilad 1. Była w Pałacu Kultury i Nauki. Oceniając wysokość zapewne było to jakieś trzydzieste piętro. W razie czego wiedziała przynajmniej, że w dalszym ciągu jest w rodzinnym mieście i może dostać się do swojego mieszkania na Mokotowie. Trochę to trwało zanim Stefan wrócił do niej, w tym czasie już dwa razy rozważyła ucieczkę. 
-Niestety, twój najukochańszy tatuś… 
-Którego nie widziałam całe życie. –Wtrąciła sprostowanie Aria. 
-…ma teraz ważne spotkanie na temat zaklęć ochronnych nad Warszawą i paroma większymi miastami z naszego regionu. –Wyjaśnił rzetelnym tonem. Wyciągnął do niej dłoń. –Tak w ogóle to jestem Stefan Kruczyński, cieć od czarnej roboty. 
-Aria Szumańska, totalnie normalna nastolatka, która została uprowadzona przez dziwnego chłopaka z Bronia. –Przedstawiła się ironicznie podając mu dłoń. 
-Zdziwisz się, nic nie ma w tobie z normalności jaką znasz. –Odezwał się tajemniczo. –Twój ojciec, a mój szef zaproponował bym wyjaśnił ci o co w tym wszystkich chodzi, pewnie jesteś ciekawa. 
-Nie specjalnie, przecież codziennie porywają mnie tajemniczy nieznajomi. –Rzuciła sarkastycznie. 
-Taka miła jak tatuś kiedy jest zły. –Skomentował przeczesując szopę na głowie. –I tak ci wszystko wyjaśnię, bo wyjaśnia jak najbardziej się tobie należą. Chodź za mną.
Znów skierował się do recepcji. Kiedy przez nią przechodzili pani Halinka uśmiechnęła się miło do dziewczyny. Podlizywanie się do córki szefa, czy to nie jest takie typowe? jak zwykle pomyślała radośnie brunetka. Stefan powiódł ją na prawą stronę piętra. Wyglądało na to, że ten Instytut zajmuje całe jedno piętro w PKiN. Wprowadził ją do przyjaznego jasnego przeszklonego wnętrza. Parę stolików, bar, mała kuchnia. Czyżby coś w stylu kafeterii? Aria spojrzała na ludzi siedzących w pomieszczeniu. Wszyscy ubrani podobnie, czernie lub inne ciemne kolory dominowały w ich ubiorze. Stefan zaprowadził ją do pierwszego lepszego stołu znajdującego się bardziej na uboczu. Grzecznie zapytał jej się czego by się napiła i czy nie ma ochoty na coś do jedzenia. W tej sytuacji ostatnią rzeczą jaką by robiła to jedzenie. Odpowiedziała, że kawa z mlekiem i półtorej łyżeczki cukru wystarczy. Gdy jej przewodnik odszedł na chwilę wbiła wzrok w kolana, które widziała przez szklany blat. Co ja tutaj robię?ta i jej podobne myśli kłębiły się jej w głowie. Uspokój się dziewczyno, jesteś całkowicie normalna. Nie dasz sobie zrobić prania mózgu! Teraz masz szansę o wszystko wypytać. Próbując się uspokoić spojrzała w okno. Nawet to, że była dopiero druga popołudniu a ruch na Marszałkowskiej był duży nie dziwiło jej. 
-Stefan! Tu jesteś! Dasz mi klucze do schowka? –Nagle usłyszała znajomy głos. Zawsze pobrzmiewała w nim nuta ironii, ale był jednym z bardziej przyjaźniejszych dźwięków. 
-A co znowu zrobiłeś? –Zapytał spokojnie Stefan stawiając dwie kawy na stoliku. Jedna jasna z mleczną pianą na wierzchu, druga za to w kolorze smoły.
Jego rozmówca dopiero spojrzał na Arię. Ich oczy się spotkały. Nie mogła go pomylić. Wysoki na metr osiemdziesiąt, ani chuderlak, ani mięśniak. Kwadratowa twarz, która wyrażała obecnie zdziwienie. Szaroniebieskie oczy skryte za szkłami okularów typu wayfarer i jasnobrązowa szopa na głowie. Mieczysław Mieciu Sława, brat bliźniak Felicji Feli Sława. Mimo, że byli bliźniakami byli od siebie tak różni, że można byłoby brać ich bardziej za rodzeństwo cioteczne. 

-A-Aria? –Powiedział zdziwiony –co ty tu robisz? 
-Jestem na wycieczce krajoznawczej. –Zażartowała obrzucając go gniewnym spojrzeniem, które mówiło: wyjaśnisz mi to później. 
-Później sobie porozmawiacie. –Przerwał im Stefan podając pęk srebrnych kluczy nastolatkowi, który skinął głową w podzięce i powoli wycofał się na korytarz. Stefan usiadł naprzeciwko niej i uśmiechnął się przyjaźnie. 
-Straszny z niego roztrzepaniec, co? –Zaczął pogawędkę. –Pewnie znasz też Felicję? 
-Tak, znam ich oboje. Jesteśmy przyjaciółmi. Szkoda tylko, że nie powiedzieli mi, że nalezą do Instytutu pajaców. –Odpowiedziała z nutka żalu. 
-Instytut pajaców? Dobra jesteś. –Zaśmiał się Stefan. –Pewnie masz masę pytań. 
-Mogę już zaczynać? –Zapytała dla pewności, a on przytaknął upijając łyk z filiżanki. 
-Albo poczekaj jeszcze chwilę, bo strasznie gorzka mi wyszła. –Rzucił wyciągając się na krześle, by zabrać cukierniczkę z stolika obok. –No to już. 
-Kim w jesteście? 
-Nefilim, zwani też Nocnymi Łowcami. 
-A kim są Nocni Łowcy? 
-Jesteśmy pół- aniołami, nasza krew jest połączona z krwią anioła Razjela. Zajmujemy się zabijaniem demonów. Całą naszą wspólnotą rządzi Clave, a Idris jest tak jakby naszą stolicą. 
-Jak stajecie się pół-aniołami?
-Zazwyczaj działa to przez bycie potomkiem Nocnego Łowcy. Opcją drugą jest wypicie krwi Razjela z Kielicha Anioła. 
- Ok… czym są te znaki, które macie na rękach? 
-To runy. Starożytne znaki zapewniające nam specjalne umiejętności. Coś w stylu zaklęć. Im bliżej serca się je rysuje tym są silniejsze. Rysujemy je przy użyciu Steli. –Wytłumaczył wyjmując z kieszeni podobną do różdżki Shiona pałeczkę z kamieniem na końcu. Nie różdżka, Stela. Wskazał na wierzch swojej lewej dłoni, symbol otwartego oka. –Jeden z podstawowych symboli Nocnych Łowców. Runa widzenia. A tu –wskazał teraz runę, którą miał pod lewym obojczykiem. –To runa Anielskiej mocy, ma ją każdy Łowca. 
-Gdzie jesteśmy? –Gdy już miał otworzyć usta by udzielić odpowiedzi jeszcze dodała –wiem, że w Instytucie, trudno przegapić ten napis w recepcji. 
-No tak, pewnie chodzi ci o to czym zajmuje się Instytut i takie sprawy. –Aria przytaknęła. –Instytut jest lokalną bazą Łowców. Jest ich parę w Polsce, zazwyczaj przerabiają na nie większe kościoły. My akurat wybraliśmy radziecki drapacz chmur, widać go prawie wszędzie. Mieszkają tu Nefilim, Podziemni i niektórzy Przyziemni, oczywiście tylko ci, którzy pomagają nam w walce. 
-Poproszę o definicję Podziemnych i Przyziemnych.
-Zabrzmiało szkolnym tonem. Podziemni to wampiry, wilkołaki, czarownicy, faerie, demony, ogólnie magiczne stworzenia. Przyziemni to zwykli ludzie. 

-A czym są faerie? Nigdy o nich nie słyszałam. 
-Pół-anioły, pół-demony. Są naprawdę piękne, ale zarazem niebezpieczne. Lepiej ich unikać, tej zasady trzymaj się bardzo mocno. 
- Czym walczycie z demonami? 
-Mamy różne bronie, głównie używa się serafickich ostrzy. Chociaż… -zaczął nachylając się nad stolikiem i ściszając głos do szeptu –nasi polscy inżynierowie wynaleźli broń, która daje magiczne umiejętności typu kriokineza, pirokineza, hydrokineza i tym podobne. 
-Czyli mamy coś czego nie ma nikt inny? 
-Ta, Cleo, Donatan. –Roześmiał się Stefan. Zaczynała mu ufać, wydawał się naprawdę w porządku. Niczego nie ukrywał, mówił prosto z mostu. 
-Mam jeszcze tylko jedno pytanie, może dwa. –Zaczęła Aria, lecz w tym momencie odezwał się piskliwy sygnał smsa, a Stefan wyjął komórkę i sprawdził wiadomość. –Kim ja jestem i co niby mam z tym wszystkim wspólnego? 
-Nie odpowiem ci już. Teraz czas, żeby zrobił to ktoś z twojej rodziny. –Oświadczył wstając. 
Nagle nastolatka poczuła ucisk w żołądku. Spotka się z człowiekiem, który jest jej ojcem, a nigdy w życiu go nie widziała. Szybkim krokiem znowu przeszli przez recepcję i korytarz by znaleźć się pod drzwiami opatrzonymi tabliczką Gabriel Nightray. Stefan uśmiechnął się do Arii. 
-Nie martw się, nie będzie źle. Tak naprawdę to jest bardzo w porządku gość. –Mówił pocieszającym tonem. –Pewnie po tej rozmowie będę musiał się tobą zająć, więc nie martw się, wszystko mi powiesz. 
Aria już troszkę mniej nerwowa weszła do kolejnego ciemnego pomieszczenia. Pokój, którego ściany były całkowicie zasłonięte przez regały z książkami. Tutaj przynajmniej podłoga była wyłożona jasnymi panelami. Zero dywanów. Pod oknami stało mahoniowe biurko a za nim siedział wysoki mężczyzna po trzydziestce. Wstał. Mógł mieć około metra osiemdziesięciu dwóch. Był szczupły, ubrany w dobrze skrojony szary garnitur i koszulę. Miał śniadą cerę, a na jego skórze również widniały czarne runy. Twarz obecnie o pewnym wyrazie twarzy i uśmiechu na wąskich wargach miała mocno zarysowaną szczękę. Oczy w kolorze świeżej zieleni wpatrywały się w nią. Włosy krótko ścięte miał w kolorze identycznym jak córka. 
-Witaj Ario. –Głęboki spokojny głos o profesjonalnym brzmieniu. 
-Witaj… tato. –Odwzajemniła przywitanie z ociągnięciem. Patrzyła na niego i próbowała znaleźć jak najwięcej cech wspólnych z nią. 
-Zapewne Kruczyński zapoznał cię trochę z tym miejscem i sytuacją. –Zagadnął siadając. Brunetka wykonała to samo. 
-Tak, ale nie ze wszystkim. Moje podstawowe pytanie, a będzie ich bardzo mało, to kim jestem i czemu po piętnastu latach przypomniałeś sobie o córeczce? –Chciała, żeby te pytania zabrzmiały jak najchłodniej, lecz czuła, że głos jej drży. 
-Jesteś Aria Szumańska Nightray. Córka Gabriela Nightray’a i Heleny Szumańskiej z rodu Azela. Z tego ciekawego połączenia krwi wyszło coś nieprawdopodobnego. Pewnie nie pytałaś kim są czarownicy? Pewnie Helena nigdy ci nie powiedziała czemu twoje oczy są takie wyjątkowe? Twoja matka, a moja dawna żona, jest czarownicą. Tak właściwie nie powinno cię tu być. –To zabolało. Jak można mówić w taki sposób do swojego dziecka, nawet jeśli praktycznie się go nie znało? –Czarownicy są bezpłodni. Lecz twoja matka przez jakiś czas była też Nocnym Łowcą, zrobiła to dlatego, że chciała się ze mną związać. Jednak jej geny wiedźmy były zbyt silne i nie udało się ich do końca pozbyć. Jednak wtedy zyskała możliwość posiadania dzieci. –Aria od razu zwróciła uwagę na różnicę tłumaczeń Stefana i Gabriela. Stefan wykładał wszystko prosto, nie wdawał się w szczegóły. Natomiast jej ojciec był bardzo szczegółowy. –Twoje narodziny były wręcz cudem, były bardzo małe szanse na to, że się pojawisz. Kiedy już przyszłaś na ten świat specjaliści uznali, że też jesteś czarownicą, tyle, że nie jesteś nieśmiertelna. Tak właściwie zacząłem odpowiadać już na drugie pytanie. –Wtrącił. –Kiedy rodzi się Nefilim wykonuje się ceremonię, która ma go chronić, Cisi Bracia, taki rodzaj zakonu, uznali, że w twoim przypadku jest to zbędne. Jednak ostatnio odkryłem, że popełnili błąd. Kiedy Nocny Łowca nie jest chroniony demony zbliżają się do niego, aby go zabić. Wiem gdzie mieszkacie, właśnie na Mokotowie wzrosła aktywność demonów. Na szczęście twoja matka też to zauważyła i rzuciła zaklęcie chroniące na wasze mieszkanie. Widząc ten problem postanowiłem cię wyśledzić i uświadomić. Jednak nie jesteś do końca czarownicą. Jesteś też Nefilim.
Aria siedziała jak wryta. Jakby się uparł to miało to sens, ale przecież magia, wróżki i demony nie istnieją. Chociaż… ten cały Shion, te symbole zwane runami i Stele do ich rysowania. Stefan mówił o tym z takim przekonaniem jakby była to prawda. No i jeszcze Mieczysław. Jednak nie chodził do żadnego lekarza. Tak właściwie nie miała pojęcia co robił. To co robiła Felicja, przecież o niej też wspominał tak zwany cieć od czarnej roboty. Jeszcze jej mama… niby dlaczego miała być czarownicą? Przecież była ładną kobietą, która marnowała swój potencjał pracując w amerykańskiej korporacji. Ale jej oczy… może to jakaś choroba. 
-To wszystko cię przytłoczyło? –Zapytał Gabriel zerkając na nią z troską. –Nie martw się, przydzielę ci dobrego nauczyciela, może nawet w twoim wieku… 
-Czy ja się na cokolwiek zgodziłam? –Zapytała retorycznie. –Nie. Nie mogę w to uwierzyć, nie chcę w tym uczestniczyć. 
-Rozumiem. –Odezwał się spokojnie. –Gdybyś zmieniła zdanie to wiesz gdzie mnie szukać. Możesz  przyjść z mamą. Tęsknię za nią i wiem, że głupio zrobiłem odcinając się od świata i ślęcząc nad tymi broniami. –Westchnął. Włączył interkom. –Halino, zawołaj Stefana, żeby przyszedł do mojego gabinetu z Zimową Włócznią. –Zdjął palec z guzika. –Mimo, że nie chcesz się zgodzić to zamierzam ci dać coś czym możesz się bronić. 
Po paru minutach napiętej ciszy pojawił się Stefan. W dłoniach, które miał w różowych rękawicach kuchennych przyniósł równą sobie długą dzidę. Była piękna. Główny trzon z błękitnego kryształu zdobionego delikatnymi wzorami szronu. Srebrna wstawka, która służyła do trzymania również była pokryta wzorami jak główna część, lecz tutaj były mocniejsze. Na górze był srebrzysty grot z wtopionym przeźroczystym kryształem rozsyłającym tęczowe refleksy po pokoju. 
-Ty to masz łeb. –Pochwalił Gabriel. –Rękawiczki kuchenne, tylko mógłbyś wybrać jakiś lepszy kolor. 
-Pożyczyłem od Magdy. –Wyjaśnił Stefan. Rzuciwszy okiem na Arię dodał. –Moja dziewczyna. 
-Weź ją do rąk Ario. W wypadku jakbyś nie mogła tego zrobić po porostu ją wypuść. –Zachęcił ojciec dziewczyny.
Sceptycznie nastawiona piętnastolatka złapała za metalową wzorzystą powierzchnię. Była lekko chłodna, przyjemne uczucie. Powoli podała ją sobie z ręki do ręki. Wygodna. Czuła moc tego narzędzia. Nie mogła być to zwykła broń. 

-Wiedziałem, że to wyjdzie. –Powiedział z dumą Gabriel. 
-Wyjdzie co? –Zapytała Aria. 
-Wiedziałem, że będziecie do siebie pasować. Ty i włócznia. –Rzekł uśmiechając się. –Czujesz pewnie, że nie jest zwykła. Daje zdolność kriokinezy, zamrażanie, zmiana temperatur. Weź ją. 
-No dobra, wziąć ją mogę, ale nie sądzicie, że trochę dziwnym będzie paradowanie po Warszawie z włócznią? –Zapytała z ironią brunetka. 
-Dlatego da się ją zmniejszyć. –Oświadczył Stefan. –Potrzymaj za grot i pomyśl, żeby się zmniejszyła. Aria wykonała posłusznie polecenie, a z włóczni została dość duża zawieszka w kształcie ostrza na błękitnym łańcuszku. Dziewczyna stała zszokowana. 
-Jak sądzę powinnaś już wracać do domu, Helena będzie się martwić. –Stwierdził mężczyzna w garniturze. –Do zobaczenia, córko. 
-Papa, tato i ty Stefanie. –Rzuciła na odchodne. 
Podświadomie zapamiętała drogę do wyjścia i przed wejściem do windy rzuciła pożegnanie w strony Pani Halinki. Owiana przez powietrze pełne spalin pomyślała teraz ciebie czeka przesłuchanie matko wiedźmo z rodu Gazela… nie… to było Azela.