sobota, 26 listopada 2016

Rozdział 7 Tajemnice widzących

                Kiedy Aria weszła, a raczej wbiegła, do mieszkania ciotka Telimena już tam była. Wyglądała jakby miała dwadzieścia lat. Szczupła, ale kobieca sylwetka z widocznym wcięciem w tali. Twarz miała bardzo podobną do Heleny, lecz jej oczy były fioletowe. Blond włosy spięte w luźny kok z paroma niesfornymi kosmykami. Jej mimika w tym momencie była znikoma. Spojrzała na Arię lustrując ją ciekawskim wzrokiem.
                -A więc Telimeno, to moja córka Aria. –Przedstawiła ją matka siedząca obok siostry przy stole.
                -Ma magiczne zdolności? –Zapytała bez ceregieli kobieta.
                -Posiadam. –Przyznała Aria –ale nad nimi nie do końca panuję.
                -Wnioskując po twojej wypowiedzi twoja matka chce, żebym nauczyła cię magii przez ten krótki okres czasu. –Stwierdziła Telimena.
                -Czasami żałuję, że masz dar widzenia przyszłości. –Wyznała Helena.
                -A ja nie, bardzo się przydaje. –Rzuciła Telimena. –Twój też jest przydatny –dodała po chwili. –Nie ma to jak wiedzieć co ludzie o tobie myślą nie?
                -Weź przestań. –Mruknęła ponuro Helena –najgorszy dar jaki mógł się trafić.
                -Dar? Jakaś może definicja? –Poprosiła Aria
                -Umiejętność czarowników, którą otrzymują na starcie, nawet jeśli jeszcze nie panują do końca nad swoimi właściwymi umiejętnościami. –Wyrecytowała fioletowooka. –Zapewne nie wiesz jaki masz dar, co?
                -A żeby ciocia wiedziała. –Przyznała Aria dosiadając się w końcu do stolika. Telimena ujęła jej dłoń w swoje ręce.
                -Widzisz dusze, zarówno żywych jak i martwych. Masz też trochę nad nimi władzy, w zasadzie nie nazywałabym tak tego, ale jednak coś tam jest.
                -Czuję się istnym wyjątkiem. Nie dość, że moje narodziny zaprzeczają logice to jeszcze kontroluję jakąś Zimową Włócznię i do tego widzę duchy. Czasami szkoda mi, że jednak nie jestem normalna. –Wyznała Aria przewracając oczyma.
                -Aria!
                -Oh, chcesz być normalna? Mogę ci to załatwić. Wystarczy jedno słowo, a postaram się zabrać ci calutką twoją moc. –Słowa Telimeny były chłodne i ostre niczym serafickie ostrza używane przez Łowców.
                -Nie no, czasami mi szkoda, ale jednak już przyzwyczaiłam się do tych mocy. –Usprawiedliwiała się nastolatka, jednak Telimena zaczęła się śmiać.
                -Przyzwyczajać się dopiero będziesz, uwierz mi. Chcesz poznać całą magię, która jest ci jak na razie potrzebna? –Zapytała poważniejąc.
                -Tak. –Odpowiedziała pewnie Aria zadziwiając samą siebie.
                -Świetnie. –Odparła Telimena wstając. –Daję ci dziesięć minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, jeśli wyruszymy dzisiaj wieczorem będziesz mogła wrócić do Warszawy w poniedziałek rano.
                Aria zniknęła za drzwiami swojego pokoju, a Helena popatrywała na Telimenę zdziwiona. Co ty planujesz siostrzyczko?
                -Nie nauczysz ją magii w jeden dzień. –Stwierdziła szeptem Helena.
                -Nie w sposób tradycyjny. Przekażę jej swoją wiedzę przy pomocy rytuału. –Wyjaśniła Telimena posyłając znudzone spojrzenie siostrze. –Co z jej ojcem?
                -Szef warszawskiego Instytutu. Wciąż zajęty, ale przynajmniej wreszcie ma świadomość tego, że jednak żyjemy. –Odpowiedziała Helena.
                -Przemów mu do rozumu w ten weekend. –Rozkazała Telimena.
                -Spróbuję. –Odrzekła wzruszając ramionami.
                Po chwili Aria stała u progu drzwi na klatkę schodową w towarzystwie nowopoznanej ciotki. Spakowana w torbę sportową żegnała się z matką. Już za parę godzin jej wiedza magiczna zostanie skompletowana.
***

                Spokojny niedzielny poranek przerwał krzyk. Początkowo Mieczysław tylko niemrawo zamrugał oczyma. Miało ochotę przewrócić się na drugi bok, ale leżący na jego nogach Rambo uniemożliwiał to. Kiedy jednak krzyk nie ustawał postanowił wstać. Przecierając oczy i szukając okularów wstał. Próbował się przecisnąć przez korytarz, ale Rambo, mały kudłaty shih tzu, plątał mu się pod nogami. W białej, troszeczkę zbyt sterylnej według Mieczysława, kuchni, na wysepce kuchennej stała Felicja.
                -Nie drzyj się. Ja jeszcze spałem. –Powiedział z wyrzutem do bliźniaczki przecierając szkła koszulką.
                -Jak mam się nie drzeć?! –Krzyknęła różowo włosa kuląc się coraz bardziej, drżącym głosem dodała –spójrz na to!
                Spokojnie zakładając okulary, beznamiętnie mrugając i na raz próbując złapać ostrość widzenia, Mieciu stał parę sekund na korytarzu. Gdy wreszcie zobaczył to co siostra zaczął się powoli wycofywać ciągnąc za sobą psa.
                -Ja pierdulululu…
                Że takie rzeczy muszą się przydarzać człowiekowi z samego rana. Gdyby nie zjawiły się demony może Feli zrobiłaby naleśniki. Wokoło blatów krążyła czwórka hybryd. Mało estetyczne połączenie szczura z jaszczurką w powiększonej wersji. Byle tylko Rambo się na to nie rzucił pomyślał chłopak wpychając psa do swojego pokoju. Gwałtownie palnął się w czoło i wrócił do pokoju. Przecież nie będę walczyć z szczurami bez broni. Wziął Ogniste Ostrze. Powoli wkroczył do kuchni. Ani jedna hybryda nie zaszczyciła go spojrzeniem. Lepiej dla niego. Bezszelestnie podszedł do jednej z nich i wbił ostrze w głowę. Krew wyciekła gejzerem brudząc podłogę wokoło. Pozostała dwójka w końcu zwróciła uwagę najgroźniejszą osobę. Chłopak posłał im uśmiech. Machnął przed sobą mieczem w nic nie trafiając. Hybrydy przybliżyły się wystawiając kły. Uśmiech wciąż błąkał się po obliczu szatyna mimo, że się cofał. Szare futro na tułowiach demonów zapaliło się żywym ogniem. Popiskując szybko skoczyły ku otwartemu na oścież oknie. Tak się tu dostały stwierdził idąc ich śladem. Potwory były już na trawniku pomiędzy blokami kiedy Mieciu wchodził na parapet. Skok z drugiego piętra był niczym wymagającym dla Nocnego Łowcy. Z niecodzienną dla okularnika gracją wylądował na ugiętych kolanach. Pewnie wszystkie okoliczne staruszki patrzyły na samo poruszające się skupiska ognia. Mieczysław szybko podjął akcję. Na prawo wysłał kolejną falę płomieni. Powinno to zająć na chwilę drugą hybrydę. W najlepszym wypadku ją spalić. Paroma susami długich nóg dopadł jaszczuro-szczura. Jednak potwór zareagował szybciej. Wbił zęby w łydkę chłopaka. Z grymasem na twarzy próbował wbić ostrze w ciało przeciwnika. Udało się. Ignorując ból nogi podszedł spokojnie do próbującego zgasić swoją sierść demona. Ciche popiskiwanie stawało się irytujące. Szatyn machnął złotym mieczem, a demon zajął się całkowicie ogniem. Smolisty dym wypełnił powietrze.
Chłopak zawrócił w stronę swojego bloku, ale zauważył biegnącą w jego stronę staruszkę.
                -Chłopcze! –Zawołała tęga kobieta.
                Sięgała mu może do połowy barku. Pani Grabska. Dość dewiacyjna staruszka z sąsiedztwa. Za każdym razem tylko czekała by zadzwonić po straż miejską.
                -Tak proszę pani? –Odezwał się przymilnie.
                -Co tu robiłeś? Chciałeś podpalić osiedle? –Zapytała gniewnie.
                -Nie proszę pani. Przygotowuję się na pokaz pirotechniczny na Placu Zamkowym. –Wytłumaczył pewnie uśmiechając się do sąsiadki.
                -Co za młodzież. –Rzuciła odchodząc w stronę swojego bloku.
                Mieczysław zrobił to samo. Wrócił do mieszkania gdzie zastał pobojowisko po małej walce. Podłoga umazana ciemną mazią, po przewalane sprzęty kuchenne i Felicja dalej stojąca na wyspie kuchennej. Wzdychając ciężko brat podszedł do niej wyciągając do niej rękę. Nie chwyciła jej.
                -Felicjo, czy możesz z łaski swojej zejść z blatu, przestać udawać, że jesteś wyższa i zrobić w końcu te naleśniki? –Zapytał Mieczysław starając się by brzmiał ciepło.
                -Nie zrobię żadnych naleśników. Chodź, idziemy do Instytutu. –Zarządziła dziewczyna zeskakując z półki.
                Mieczysław na chwilę się zatrzymał. Usłyszał ciche powarkiwanie shih tzu. Wolno podszedł do drzwi swojego pokoju. Otworzył je z głośnym skrzypnięciem. Jak to się tu dostało? Serio jeszcze jedna? Chyba muszę zmienić szkła w oksach pomyślał Mieczysław patrząc na jaszczuro-szczura i małego psa.
                -Jak ta menda tu weszła?! –Zastanawiał się na głos Mieciu.
                -Nie mów mi, że jest jeszcze coś… -jęknęła różowowłosa.
                -To ty Felicjo może poczekasz na korytarzu, windę zawołasz. –Zaproponował siostrze, która na te zdanie zareagowała od razu-wyszła.
                Mieczysław bez namysłu wszedł do pokoju. Jak niby miał skutecznie walczyć ogniem z demonem, a zarazem sprawić tak by nic nie zniszczyć? Może Aria zna jakieś zaklęcie na malowanie ścian pomyślał gdy podjął decyzję o niehamowaniu się. Pierwszym co zrobił to wypchnięcie psa z pokoju. Rambo mimo iż był waleczny, często jednak przeszkadzał zamiast pomagać. Jednak świetnie pomagał w odstresowaniu się. Gdy już został sam na sam z jaszczurką zobaczył co ona narobiła. Jego gitara… roztrzaskana…
                -Ty paszczurze…. Na twoim miejscu spierdzielałbym w podskokach przede mną… -wycedził przez zęby.
                Szybkim machnięciem ostrza wysłał parę ogników na futro demona, a następnie szybko natarł. Jednak miecz wbił się w ścianę, a przeciwnik zaszedł od tyłu Mieczysława. Kto by pomyślał, że ugryzienie szczura tak boli. Chociaż krzyk nie leżał w naturze chłopaka to wydarł się teraz odkopując potwora.  Dało mu to chwilę czasu na wyciagnięcie broni ze ściany, która miała teraz na sobie smugi sadzy. Kiedy tylko nastolatek się  odwrócił demon powalił go na ziemię. Skąd to ścierwo ma tyle siły? pytał sam siebie podczas dźgania na oślep w pysk jaszczuro-szczura. Mieczysław nigdy nie miał zapędów do czytania nudnych podręczników tworzonych przez Łowców, wolał uczyć się o demonach w praktyce. Z takimi jak te miał już do czynienia, tyle że tamte nie pluły kwasem. Wściekły i poparzony Mieczysław próbował znowu zrzucić z siebie to bydle.
                Nagle jaszczurzy demon zamarł w bezruchu, a szatyn patrzył jak wryty na czarny grot strzały wystającej z czoła przeciwnika. Mieczysław wstał z podłogi i rzucił spojrzenie w stronę drzwi. Stała w nich jego siostra z łukiem w ręku.
                -Zapomniałam łuku, a przy okazji zobaczyłam, że sobie nie radzisz. –Wytłumaczyła Felicja patrząc po pokoju. –Pewnie szkoda ci tych wszystkich plakatów.
                -Co tam z plakatami! Ty widzisz co to coś zrobiło z moją gitarą! –Wydarł się Mieczysław.
                -A może dam ci Meliski na uspokojenie? –Zaproponowała Feli uśmiechając się.
                -A druga sprawa, co z ciebie za debil, że strzelałaś do tego czegoś jak mogłaś strzelić we mnie?! –Zapytał kipiąc złością.
                -Przecież wiesz, że mam lepszego od ciebie cela, ślepoto. –Odgryzła się Felicja wystawiając język.
                -Przestań, minus trzy w prawym oku i minus trzy i pół w lewym to nie tak dużo. Zresztą sama też jesteś ślepa. –Wypomniał jej bliźniak.
                -Ale do tej pory jest to tajemnicą! Zresztą minus zero siedemdziesiąt pięć w prawym oku i minus jedne w lewym to prawie jakbym widziała. –Sparodiowała brata z uśmiechem.
                -To może już pójdziemy do tego Instytutu. –Zaproponował Mieciu wywijając się od dalszej sprzeczki o wadach wzroku.
                -Ok, tylko weź Rambo. Nie chciałabym, żeby został tu sam. –Nakazała różowowłosa.
                -Jakoś wcześniej się o niego nie martwiłaś. –Przypomniał.
                Rodzeństwo wyszło szybko z bloku z shih tzu na rękach. Mimo, że mogli użyć Steli by znaleźć się od razu w Instytucie, nie zrobili tego. Przyzwyczajeni do podwójnego życia, normalnych dzieciaków z gimnazjum i pogromców demonów, sztukę szybkiego poruszania się komunikacją miejską opanowali do perfekcji.
                Porą letnią w Instytucie większy ruch. Pojawiali się miejscowi Nocni Łowcy w wieku od siedmiu do dwudziestu czterech lat. Nie brakowało też dorosłych, w końcu były wakacje. Jednak większość Nefilim prowadziło tak jak bliźniaki Sława podwójne życie. Za dnia normalni uczniowie, studenci i pracownicy, a w nocy łowcy. Zazwyczaj w ciągu dnia odbywały się trening, lecz Felicja z Mieczysławem zgodnie stwierdzili, że to co stało się rano można uznać za trening. Równym krokiem weszli do kafejki.
                Mieciu niczym ofiara choroby sierocej usiadł skulony na krześle i przytulił się do Rambo. Niczym nie wzruszona Felicja wyjęła komórkę i zrobiła mu zdjęcie. Uśmiechając się pod nosem poszła po herbatę. Okularnik dalej myślał o zniszczonej gitarze. Nie potrafił wyrzucić tego z swojej głowy. Siostra postawił przed nim kubek i podjęła rozmowę.
                -A ty widziałeś w ogóle swoją twarz? –Zapytała lecz nie wywołała żadnej reakcji –weź nie dramatyzuj z tą gitarą. Masz kasę, żeby kupić nową, prawda?
                -Ale to nie zastąpi mi tamtej. –Burknął dalej głaszcząc psa.
                -Tylko tak mówisz, jak nową będziesz miał w swoich rączkach będziesz znowu cieszył się jak zasmarkany bachor, który dostał wymarzonego kucyka pony na gwiazdkę. –Stwierdziła Felicja rzucając Mieciowi spojrzenie wyrażające brak zrozumienia dla artystycznej duszy.

                Do kafejki weszła Nicole. Pewnym krokiem przeszła prawie całe pomieszczenie, lecz nagle się zatrzymała spostrzegając bliźniaki. Przysiadła się do nich.
                -Co ty, śniadania nie jadłeś? –Zapytała popatrując na Mieczysława, który się nie odzywał i tępo patrzył w przestrzeń.
                -Sprawa ima się tak, że z samego rana w naszym domu mieliśmy potyczkę z demonami w postaci jaszczuro-szczurów. –Na dźwięk słów o tych demonach Felicją wstrząsnęły dreszcze –no i Mieciu zrobił niezły pokaz pirotechniczny, ale okazało się, że jeszcze jedna hybryda jest u niego w pokoju. Dobrze, że Rambo to zauważył, bo inaczej po powrocie byśmy mieli powtórkę z rozrywki. Po tym starciu ucierpiała trochę kuchnia, ściany, trawnik, plakaty zespołów rockowych, może dywan, nie pamiętam…
                -Zapomniałaś powiedzieć o najważniejszym. –Mruknął Mieciu nie wychodząc z transu głaskania shih tsu.
                -A no tak. Ucierpiała jeszcze najukochańsza, najdoskonalsza i najlepsza gitara akustyczna Mieczysława. Na zawsze w naszych sercach. –Powiedziała Felicja pogrzebowym tonem.
                -Kto to jest Rambo? Jakiś wasz krewny? –Zapytała amerykanka.
                -To jest Rambo. –Odpowiedziała różowo włosa wskazując na psa, którego trzymał jej brat.
                -Rambo? –Powtórzyła z niedowierzaniem blondynka. Shih tzu spojrzał na nią brązowymi ślepkami i zamachał ogonem –kto nazywa shih tzu Rambo? Dla takiego pieska powinno być jakieś słodziaśne imię.
                -W sumie to jest związane z historią tego psa. Nie mogliśmy się pogodzić co do tego jaki ma być  ani jak go nazwać, więc rodzica rozstrzygnęli to tak, że ja miałam wybrać rasę, a Mieciu imię. Był pewny, że wybrałam husky’ego, a tu taki zong shih tzu! –Opowiedziała Felicja uśmiechając się.
                -A w ogóle to gdzie jest Aria? –Przerwała tą uroczą historię Nicole. –Mam jej wiadomość do przekazania.
                -A ona nie jest już w Instytucie? –Odezwał się Mieczysław, w końcu chociaż trochę pogodzony z losem swojego instrumentu.
                -Jeśli by była to bym już jej wszystko powiedziała. –Rzuciła Nicole.
                -Pisała mi wczoraj wieczorem, że jedzie do jakiejś ciotki, jakaś totalna wiocha nad Warszawą. –Wyjaśniła Felicja. –Podobno ma wrócić już w poniedziałek. Nie mówiła zbytnio o co chodzi.
                -Jestem ciekawa jak zareaguje na tą wiadomość. –Powiedziała Nicole jakby do siebie.
                -A możemy ją poznać? –Zainteresował się szatyn.
                -Wykłóciłam się z jej ojcem, żebym mogła pomagać Pierre’owi w treningach Arii, tyle, że nie wspomniałam, że zamierzam w całości przejąć część praktyczną… -zdradziła blondynka.
                -To ja już jej współczuję. –Skomentowała Felicja, a czując spojrzenie Nicole na sobie dodała –nie sądzę, żeby była zadowolona z ciężkich treningów.
                -Nie ważne, jeszcze musze pogadać z Pierre’em… ale to później.
                -O wilku mowa… -rzucił Mieczysław.
                Do pomieszczenia wszedł francuz. Ubrany w krótkie spodenki w kolorze piasku, biało-granatową bluzkę w paski, klapki i słomkowy kapelusz stracił cały wygląd Nocnego Łowcy. W ręku trzymał kubek ze Starbucksa. Przysiadł się do przyjaciół.
                -Cześć. –Przywitał się.
                -Czyżbym wyczuła kawę? –Zapytała Nicole patrząc na kubek ze znanym logo.
                -Może… -odpowiedział zdawkowo blondyn.
                -Był na kawie i nic nie przyniósł… -rzucił Mieczysław znowu zaczynając głaskać Rambo.
                -Łajdak. Jak tak można? –Stwierdziła z przekąsem Nicole wzdychając.
                -Normalnie, nie mam kasy na rozdawanie. –Odpowiedział spokojnie Piere.
                -Ja niby też nie mam, a jakoś coś czasem kupię. –Wypalił Mieciu wzruszając ramionami.
                -Nie liczcie na darmowy obiad w Taki. –Wypowiedziała amerykanka kręcą głową.
                -To po drugiej stronie oceanu, raczej tam nie pójdę jak będę głodny. –Odrzekł Piere nie przejmując się.
                -Wait… czy twoje nazwisko nie oznacza różowy? –Wtrąciła nagle pytanie Nicole.
                -Nie, już to tłumaczyłem. –Przypomniał francuz.
                -Chyba nie nam. –Rzucił Mieciu.
                -Cicho. Inna pisownia niż rogue, moje nazwisko pisze się Rogue. –Wytłumaczył Piere patrząc na Nicole.
                -Różowy łajdak z różowej rodziny! –powiedziała Nicole uśmiechając się.
                Beggin, beggin you , put your loving hand out baby rozległa się piosenka, która okazała się dzwonkiem telefonu Nicole.
                -Różowy łajdak… czemu ja? –Zapytał retorycznie Różowy Łajdak.
                -Mówi się dlaczego ja. Kto dzwonił? –Zaciekawił się Mieciu.
                -Halo? Oh shit. –Rzuciła do słuchawki i się rozłączyła. –To tylko pomyłka, nic ważnego.
                -Było powiedzieć, że to zakład pogrzebowy. –Stwierdził szatyn.
                -Aj tam zakład, lepiej powiedzieć, że Instytut. –Poprawił go blondyn.
                -Z kim ja się zadaję? –Zapytała samą siebie Nicole.
                -Z debilem i łajdakiem. –Odezwała się w końcu Felicja.
                -Nareszcie jakaś inteligenta osoba. –Pochwaliła amerykanka.
                -Nikt mi jeszcze tego nie powiedział. –Wyznała różowowłosa.
                -Jeśli Nicole kogoś chwali to wiedz, że coś się dzieje. –Bez namysłu stwierdził okularnik.
                -Mieciu, zrób dla mnie kawę rozpuszczalną z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru. –Poprosiła Nicole przewracając oczyma.
                -Klient nasz pan –wygłosił Mieciu kłaniając się.
                -A w ogóle widział ktoś Arię? –Zapytał Piere.
                -Przecież ona jest u ciotki w niewiadomogdziestanie. –Przypomniała Felicja.
                -Co ona tam robi?
                -A co francuz robił w Starbucks? –Felicja tyknęła kubek palcem.
                -Na pewno nie kupował nam kawy. –Rzuciła amerykanka. –A właśnie, Aria nic więcej nie mówiła?
                -Nie. –Odpowiedziała Felicja sprawdzając jeszcze raz telefon.
                -Normalnie jak tajemniczy S.. –Zaczął lecz nagle przerwał Piere.
                -Kim jest S? –Zainteresowała się różowowłosa.
                -Kawa. –Obwieścił okularnik. –Na czym stanęło?
                -Na tym, że Piere ma dziewczynę. –Palnęła młodsza z bliźniąt.
                -Tajemniczy, debile. To forma męska, a nie żeńska. –Poprawiła ich amerykanka. –A co do kawy to wyszła zaskakująco dobrze, ale za dużo mleka nalałeś.
                -Nołbady perfekt. –Odpowiedział na komentarz o swoich umiejętności barista amator. –Ja od początku wiedziałem, że Piere jest nie ten tego.
                -Idźcie, kurde, raz człowiek wyjdzie a tutaj już mu historię miłosną dokładają. –Oburzył się Piere.
                -To wszystko przez te książki Sparksa co czyta Felicja. –Wskazał przyczynę Mieczysław.
                -Twój angielski mnie rozwala. –Odezwała się Nicole patrząc prosto na Miecia.
                -Staram się jak mogę. –Odparł skromnie.
                -Nauczyć się angielskiego czy wykończyć mnie nim? Bo to są dwa odrębne tematy. –Zapytała ironicznie blondynka.
                -Dwa na raz. –Stwierdził po krótkim namyśle.
                -Już to widzę. –Skomentowała jego siostra.
                -Nie wiem czy płakać czy się śmiać… ale najpierw wyśmieję twoje ambicje, a potem będę płakać nad twoim kaleczeniem tego języka. –Postanowiła Nicole.
                -Lepiej dwa na raz, oszczędność czasu. –Poradziła Felicja. –A zresztą Mieciu nie jest taki zły jaki jest.
                -Jakoś mnie to nie przekonało. –Wyznała sceptycznie amerykanka upijając trochę kawy.
                -a szczury szczurami, nie Feli? –Wypalił nagle Mieczysław odsuwając się trochę w tył na krześle.
                -Nic nie mów –wycedziła tylko przez zęby.
                -Oj chyba ktoś tu się zaczął mnie obawiać. –Zauważyła z lekkim uradowaniem w głosie Nicole. –A tak poza tym, że ktoś się tu mnie boi to o co chodzi?
                -Chyba Felicja boi się szczurów. –Odgadł francuz.
                -Biedna. Ja bym powiedziała czego się boję, ale lepiej nie. –Powiedziała Nicole. –Felicja, chcesz na pocieszenie gorącą czekoladę z bitą śmietaną?
                -Nie trzeba. –Odmówiła grzecznie różowowłosa –i tak wyszłam lepiej z tej sytuacji niż Mieczysław.
                -A czemu? Kurcze chyba mam za dobry nastrój skoro proponuję gorącą czekoladę. –Zauważyła Nicole.
                -Bo to on zrobił rozróbę, będzie po tym sprzątał, nie dostał naleśników, a do tego stracił gitarę. –Wyliczała po kolej siostra poszkodowanego.
                -On gra na gitarze? –Zdziwił się Piere.
                -No, znaczy grałem, bo już nie mam gitary. –Przyznał Mieciu pociągając teatralnie nosem.
                -Nie wierzę, ty coś potrafisz. –Stwierdziła trochę złośliwie Nicole.
                -Jeszcze umiem oddychać i tym podobne rzeczy –pochwalił się okularnik.
                -Brawo, nie jesteś ofiarą życiową! –Zaśmiała się blondynka.
                -Też jestem zaskoczony. –Wyznał francuz. –W ogóle to, że Mieczysław umie podstawy i zabijać demony jest oszałamiające! Ale najbardziej podziwiam Felicję, że z nim wytrzymuje.
                -Idę do Taki, ktoś chce iść ze mną? –Zaproponowała Nicole.
                -Ja nie idę. –Rzekł Mieciu.
                -Wyczuwam tu obrazę majestatu. –Felicja lekko walnęła brata w ramię.
                -Mam dzisiaj dobry nastrój, więc Mieczysławie… -zaczęła Nicole –wybaczysz mi moje naśmiewanie się z ciebie?
                -Chyba mi się to śni. –Stwierdził szatyn znowu wchodząc w tryb tępego wzroku. Na unieważnienie swoich słów dostał w ramię do amerykanki. – Czyli jednak was opętało…
                -Dzwonić po egzorcystę? –Zapytał uśmiechając się wrednie Piere.
                -Cicho bądź Różowa Rodzino! –Podniosła lekko głos blondynka. –Debile, wszędzie debile.
                -Jestem sam! –Stwierdził twardo starszy chłopak –przynajmniej wszyscy tak myślą.
                -Pogrążasz się. –Powiedziała Felicja uspokajającym tonem. W tym czasie Nicole wyszła.
                -Nasza głupota ją dobiła. –Odezwał się Mieczysław po chwili ciszy.
                -Nie wiem czemu ale chcę ci przybić piątkę. –Wyznała siostra robiąc to co powiedziała.
                -To było celowe czy zamierzone? –Piere rzucił im zdziwione spojrzenie.
                -Przypadek. –Rzuciła Felicja.
                -Nie sądzę –dodał do wypowiedzi siostry Mieciu.
                -A tak dla waszego przypomnienia –nagle Nicole wychyliła się zza drzwi. –Ja idę do Taki, a potem na bijatykę.
***

                Rada na przyszłość Aria, nigdy więcej nie słuchaj się obcych ciotek gdy twój instynkt przetrwania mówi ci, że coś się święci pomyślała Aria prowadzona przez ciemne korytarze gotyckiej posiadłości ciotki Telimeny.
                Okazało się, że ta cała wieś nad Warszawą nie jest aż taka odcięta od świata. Są pociągi, dwa sklepy, nawet kapliczka i mały cmentarz. Sielska okolica otoczona gęstym lasem. Po prostu wieś idealna. Tyle, że Telimena nie pasowała tu. Niestarzejąca się kobieta mieszkająca w gotyckim dworku. Nikogo pewnie by to nie ciekawiło aż tak gdyby nie jeden fakt. Telimena nie mieszkała sama. Mieszkała z dwudziestką nastolatek, które miały Wzrok. Od razu zobaczyły, że Aria nie jest kolejną z nich.
                Aria oczywiście zapytała ciocię po co to robi. Odpowiedziała, że zazwyczaj osoby posiadające Wzrok mają też trochę umiejętności magicznych. W zasadzie było lepszym uświadomić człowieka o jego losie i nauczyć go jak z nim żyć niż trzymać to w tajemnicy i liczyć, że się nie wyda.
Aria nie do końca wiedziała co planuje ciotka. Podświadomie czuła, że nie nauczy jej magii w jeden wieczór. Było to zwyczajnie niemożliwe. Jakieś trzy godziny temu Telimena nakazała jej spróbować pozbyć się wszelkich sił. Jedynym jej wytłumaczeniem na temat tego było ułatwienie w tajemniczym rytuale. Chociaż nastolatka nie była pewna czy to bezpieczne zrobiła to co jej kazano. Nie sądziła jednak, że jest w tym aż tak dobra. Teraz słaniając się na nogach szła w asyście dwóch trochę niższych od niej dziewczyn. Śliczne blade twarze były jak wyrzeźbione z marmuru. Niczym nie wzruszone. Puste oczy spoglądające przed siebie. O dziwo obie nie miały butów i szły ubrane w te same białe proste sukienki. W rękach miały grube świece, jedyne źródło światła.
                Na kamiennym placyku za posiadłością stała reszta dziewcząt. Tworzyły niedomknięte koło. Aria została wprowadzona w jego środek gdzie już była Telimena w czerwonej zwiewnej szacie. Krąg został domknięty.
                Wszystko odbywało się bez słów. Pomimo tego, że Aria nigdy nie miała okazji brać udziału w czymś takim, jej ciało automatycznie podeszło przed oblicze ciotki. Dopiero zauważyła, że  wokoło nich był mniejsze koło stworzone z świeczek. Instynktownie dziewczyna uklękła pochylając głowę. Równy szept dwudziestu głosów zgrał się idealnie. Aria przymknęła oczy i poczuła dotyk drobnych dłoni na swojej głowie.
                Nagłe przybycie siły zatrzęsło nią. Nie mogła opanować drżenia ciała. Pod powiekami tańczyły jej fragmenty tekstów, w głowie huczały fragmenty zdań, urywki słów. Na skórze czuła na przemian ciepło i zimno. W końcu wygrał chłód. Obrazy zgasły, znowu było ciemno, ale tylko na moment. Teraz widziała parę kolorowych ogników, wyczytała z nich podenerwowanie, ekscytację i strach. Co się tu dzieje? Pewnie zapytałaby tak samą siebie gdyby nie to, że nie była w stanie myśleć.
Kiedy przeczuwała już koniec ukazała jej się wizja jak z teatru cieni. Białe tło i dwie czarne postacie. Jedna stała, druga klęczała. Ona i Telimena? Nie. To nie były kobiety. Zanim zdążyła rozpoznać postacie sceneria się zmieniła. Tym razem czarna postać miała sztylet w ręku. Szybkim ruchem się odwróciła i przebiła nim osobę obok.
                -Aria?
                Głos ciotki obudził ją. Szybko zamrugała oczyma. Już po wszystkim. Powoli wstała i spojrzała na ciotkę, która ruchem ręki odesłała swoje podopieczne. Ból przeszył czaszkę dziewczyny, a ona delikatnie pomasowała skronie opuszkami.
                -Boli, co? –Odezwała się ciotka, lecz Aria usłyszała nutę uradowania w jej głosie.
                -I to bardzo.
                -Znaczy, że się udało. –Stwierdziła Telimena udając się w stronę domu. Aria udała się za nią. –Masz całą moją wiedzę. Może trochę przesadziłam, jednak jest jej większość.
                -A można wiedzieć kiedy minie mi ból głowy? –Poprosiła niebieskooka. Fioletowe oczy zabłysły na chwilę.
                -Już za godzinę będzie dobrze. –Oznajmiła ciotka –już jutro możesz wracać do stolicy.
                -Telimeno, mam pytanie. –Rzekła Aria.
                -Ty masz tylko same pytania. –Odcięła się blondynka.
                -W zasadzie to tak. –Przyznała dziewczyna nie przejmując się złośliwą uwagą. –Czemu jesteś taka?
                -W sensie, że zimna? Czy zamknięta? Wiem, że powiesz: oba. Ponieważ wiem więcej, widzę przyszłość. A ona nie koniecznie podoba się wszystkim. Szczególnie Clave się to nie podobało, ale teraz gdy mnie nie ma, jest im lżej w niewiedzy.
                Aria postanowiła tego nie komentować. Było to bardzo filozoficzne, jednak całkowicie prawdziwe. Wiedza jest czymś ciężkim. Jest jak brzemię. Każdy ma swoje. Ja akurat mam brzemię niewiadomej przepowiedni przypomniała sobie w duchu Aria.

Rozdział 8 Tożsamość prezesa

                Około południa stało się coś niespodziewanego. Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień, nawet jeśli jest się Nefilim. Szef warszawskiego Instytutu, Gilbert Nightray, wyszedł ze swojego gabinetu. A wszystko przez jakiś list z Nowego Jorku. Jedyną osobą, która byłaby skora do wyjaśnień powinna być piętnastoletnia amerykanka. Mogłem wysłać Stefana, żeby poszukał jej za mnie pomyślał szatyn mijając zawsze uśmiechniętą panią Halinkę z recepcji. Cóż, czasami stwierdzał, że Stefan powinien być tu szefem. Zawsze miał kupę obowiązków i sobie radził, zdolny człowiek. 
                W  dużej odległości od swojego biura w końcu znalazł ową nastolatkę. Nicole Winters razem z Mieczysławem i Felicją przesiadywali w bibliotece. Okularnik jak zwykle nawijał bez przerwy, siostra od czasu do czasu mu odpowiadała, a poszukiwana nawet nie zawracała uwagi na hałaśliwe rodzeństwo. Biedne dzieciaki, cały dzień siedzą w Instytucie, bo ich rodzice są w Irdysie. Cicho odchrząknął zwracając na siebie uwagę młodzieży.
                -Dzień dobry proszę pana! –Wydarł się Mieczysław –jakieś wieści o tym, że w końcu mogę polować gdzie chcę?
                -Ty to byś chciał wszystko tak szybko, zakaz dalej trwa. –Odpowiedział starając się nie uśmiechnąć. –Nie mam sprawy do was bliźniaki. Nicole mam pytanie.
                -Tak?
                -Kto to jest Prezes Miał? –Zapytał Gilbert patrząc wyczekująco na blondynkę.
                -Kot Magnusa Bane’a, Wielkiego Czarownika Brooklynu. –Wytłumaczyła Nicole wzruszając ramionami.
                -Ty go znasz? –Zdziwił się pan Nightray, sam nawet nie miał okazji go poznać.
                -Przecież jestem z Nowego Jorku. Magnus mnie lubi, a ja od czasu do czasu zajmuję się jego kotem. –Powiedziała Nicole zamykając książkę. –Nawet nie wiecie jak nie lubię gdy przeszkadza mi się w czytaniu –wtrąciła nagle. –Tak w ogóle to dzisiaj jadę na chwilę do tamtejszego Instytutu, żeby odwiedzić przyjaciół i no zabrać Prezesa Miał. Pewnie Magnus napisał o tym do pana?
                -Owszem, ale spodziewałem się bardziej jakiegoś ważnego urzędnika od Clave… -wyznał ojciec Arii –nie kota…
                -No cóż, jak się nie zna Magnusa to się nie zna Prezesa. –Wywnioskował Mieciu, który jak zwykle musiał się wciąć w rozmowę.
                -Ok, idę porozmawiać o tym ze Stefanem, może on mnie przekona, że nie ma co mieć złych przeczuć do kotów… -rzucił cicho na pożegnanie Gabriel.
                Po wyjściu szefa zapanowała chwila ciszy. Nicole znowu wróciła do książki, a Felicja spojrzała na swojego brata, który wyglądał na skupionego. Czyżbyś myślał? przeszło złośliwie przez różową głowę. Zmarszczone brwi i przymrużone oczy wpatrywały się intensywnie w drzwi.
                -Po co ci jechać do tej Ameryki? –Nagle odezwał się Mieciu dalej patrząc tam gdzie wcześniej –nie mogli wysłać ci tego kota paczką ekonomiczną?
                -Nie idę tylko po kota. –Prychnęła Nicole, a po chwili rozbrzmiał dźwięk smsa –zresztą Magnus już otworzył portal. Ktoś chce mnie odprowadzić?
                Oczywiście Felicja i Mieczysław odprowadzili Nicole, w końcu oni nigdy nie mają co robić. Pomimo iż między biblioteką a holem nie była wcale taka duża odległość Mieczysław zdążył już posłać parę bardzo „mądrych” uwag o kotach i poczcie. W szarej ścianie holu pojawiło się błękitne koło. Można było przez niego swobodnie przejść, jeśli jest się wzrostu Nicole, a jeśli miało się wzrost Miecia trzeba się było jednak schylić. Panie Halinka nawet nie zauważyła, że coś pojawiło się w ścianie. Amerykanka wróciła na chwilę do ojczyzny. Bliźniaki stały wpatrując się w błękitną taflę wody. Przejście powoli zaczęło się zmniejszać, a Mieczysław rozmyślał czy ta cała woda wyleje się na nich. W tym momencie za nimi przeszedł Stefan, lecz zatrzymał się między nami.
                -Felicjo, moja droga, sprawdziłem to o co mnie prosiłaś. –Obwieścił dwudziestolatek.
                -O jak miło z twojej strony! –Ucieszyła się nastolatka, a jej brat posłał jej pytające spojrzenie. –No i co?
                -Sprawa się ima tak, że w aktach Clave nie ma nic związanego z Pierre’em i jakimś tajemniczym S. –Wyjaśnił –oczywiście wszystkie tajne notatki o tym co stało się w Paryżu są tajne, więc nie mogę nic powiedzieć. Zdradzę wam tylko, że była tam niezła rozpierducha.
                -To co w Paryżu zostaje w Paryżu. –Skwitowała Felicja potrząsając lekko głową z niezadowoleniem.
                -W zasadzie to nie do końca. –Wysunął myśl Stefan –pamiętacie, że z Pierre’em przyjechał ktoś jeszcze?
                -Nie. –Wyrwał się szybko Mieciu.
                -Może… chyba był ktoś z nim, też się przedstawił po francusku. –Przypomniała sobie Felicja –a to nie był jakiś francuski cieć, który miał go po prostu przyprowadzić?
                -To był Nocny Łowca, który też miał być przeniesiony, tyle że zwiał, o ile dobrze pamiętam miał na imię… Cédric? –Mówił Stefan, podekscytowanie było wprost wyczuwalne –ale go nie szukaliśmy czy coś, nie pamiętam już dobrze tej sprawy.
                -A ja nic nie pamiętam z tamtego czasu, bo wtedy zaczęła się wojna: rodzina Sława kontra Clave. –Rzucił trochę naburmuszony Mieczysław.
                -Ale teraz idzie dobrze i może w końcu Clave ogarnie dupę i zrozumie, że wymyślił sobie bajeczki, a nie fakty –skomentowała Felicja.
                -Ojej Felicja pierwszy raz przeklęła publicznie. –Wytknął Mieczysław uśmiechając się.
                -Oj zamknij się pesymisto. –Mruknęła różowowłosa –a jeszcze jakieś ciekawe rzeczy znalazłeś?
                -To raczej zniszczy całą argumentację Mieczysława w kłótniach z Pierdołą –zaczął Stefan i zrobił efektywną przerwę. –Pierre miał dziewczynę.
                -Co?! Nie no, wkręcacie mnie… No ja pierdzulululu on miał, a ja nie?! –Oburzył się okularnik –nie no, po prostu nie. Nosz… Pfffffff…
                -Mieciu… -zwróciła się ze stoickim spokojem do niego Felicja –wiesz co to może oznaczać? Wiem, że teraz chcesz się odciąć i walnąć jakąś uwagę, która będzie bardzo na poziomie, ale słuchaj do końca. Oznacza to, że Pierre wcale nie jest uczuciowym ciuleksem jak ty.
                -No to mnie bardzo pocieszyłaś, siostrzyczko –prychnął. –Zawsze wiesz co powiedzieć, mendo mała.
                -Tylko nie mendo!
                -Ej, ej dzieciaki bez kłótni. –Stefan stanął między bliźniakami mierzącymi się morderczymi spojrzeniami. –Nicole pojechała Nowojorskiego Instytutu?
                -Pewnie też odwiedzi rodzinkę –wydedukowała różowowłosa.
                -Nie sądzę –przerwał jej dwudziestolatek. –U niej w domu niby wszyscy są w zgodzie, ale jedno słowo i talerze latają.
                -A skąd to niby wiesz? –Zapytał Mieciu.
                -Jak się ma dostęp do wszystkich akt to wie się więcej niż wszyscy, drogi Mieczysławie. –Odparł tajemniczo Stefan. –Rodzina Wintersów jest podzielona politycznie jak świat po wojnie… ale nie powinienem wam nic więcej mówić, więc żegnam państwa.

                Królowa recepcji tylko uśmiechnęła się na reakcje Stefana, a przez korytarz przemknął lekki wiatr. Aria zmaterlizowała się obok przyjaciół w lekko niebieskiej mgiełce. Niebieskie oczy zamigotały, a podmuch powietrza zanikł. W wyglądzie żadnych zmian, może jej wzrok wydawał się trochę mądrzejszy. Albo Feli i Mieciowi się zdawało.
                -No co się tak patrzycie? –Zapytała Aria –teleportowałam z tej wiochy prosto tu.
                -Jak tam było u ciotki? –Felicja spróbowała wybrnąć z głupiej sytuacji.
                -Gdzie jest twój szpiczasty kapelusz, kocioł i miotła? –Mieczysław za to spróbował obrócić to w żart.
                -Zostały w Hogwarcie. –Odpowiedziała ironicznie Aria –odpowiem tak: gotycko, dziwnie i tajemniczo.
                -Jak u Edgara Allana Poe. –Dołożyła Feli.
                -A wiesz co tu się działo jak ciebie nie było? –Zaczął Mieciu –normalnie taki sekret się wydał, że ci gały wyjdą na wierzch! Byłem se wczoraj w okolicach Starbucksa w Alejach Jerozolimskich i wiesz kogo widziałem? Pierre’a! No to sobie myślę: pójdę do niego i pożyczę kasę i kupie sobie taką kawę z bajerami, bo to co ja miałem to by mi nawet na kubek nie starczyło. I ja idę, ale… -na chwilę przerwał –patrzę i co widzę? On tam kręci z jakimś przystojniakiem przy stoliku. No to się wycofałem, bo nie będę przeszkadzał w takim randez-vous, jeszcze bym mu miłość odbił.
                -Znając ciebie to to wszystko wymyśliłeś. –Skomentowała Aria uśmiechając się. Mieczysław zrobił oburzoną minę.
                -Skąd wiesz?
                -Bo opowiadałeś zbyt szczegółowo, a do tego wiem, że nie chodzisz tam gdzie sprzedają drogie picie. Do tej pory masz uraz po tej herbacie z McDonalda za piętnaście złoty. –Odrzekła niebieskooka. –Ty wolisz przecież te soczki z Biedronki.
                -Piętnaście złoty za dwie herbaty! Wiesz ile psycholandii bym za to miał?! 
                -Mieczysław, ty Żydzie, uspokój się. –Uciszyła brata Felicja.
                -A Nicole gdzie? –Zapytała Aria żeby zmienić tylko temat.
                -Pojechała po Prezesa Miał. –Odrzekła młodsza z rodzeństwa.
                -Kolejny imigrant z Ameryki?
                -Kot. –Odpowiedział Mieczysław, poczym dodał widząc nietęgą minę Arii –co? Strach panienkę czarodziejkę obleciał?
                -No wiesz… zwierzęta jakoś mnie nie lubią… najczęściej z wzajemnością. –Przyznała szatynka patrząc po okolicy.
                Wszystkie nader wyostrzone magiczne zmysły mówiły dziewczynie, że Pierre już jej szuka w celu kolejnego treningu. Zresztą blondyn zaraz pojawił się koło windy. Tym razem nawet nie miał swoich spinek we włosach. Tak samo jak bliźniaki zapytał się o wizytę u ciotki. Podczas zwykłych pogaduszek wszyscy przenieśli się do sali treningowej. Mieczysław i Felicja postanowili pomóc troszkę w treningu Arii, w tym wypadku oczywiście francuz nie miał wyboru. Część teoretyczna prowadzona przez Pierre’a była urozmaicona  komentarzem i durnymi ciekawostkami Mieczysława, a różowowłosa dokładała szczegóły.
                -Dobra, teoria na dzisiaj za nami –obwieścił blondyn –a teraz niespodzianka. Część praktyczną dzisiaj będziemy mieli na dworze z prawdziwymi demonami!
                -Że co? –Wydukała Aria.
                -No na zewnątrz. Wiesz latanie po ulicach, dachach. –Dodał Pierre.
                -Nie –niebieskooka usiadła na podłodze i skrzyżowała ręce. –Nie, ja nigdzie nie idę. Jeszcze mi zdrowego rozsądku nie zabrakło żeby rzucać się na pewną śmierć.
                -Aria, przecież nie idziesz tam sama. –Pierre rozpoczął próby przekonywania przykucając obok niej.
                -Znając ciebie to specjalnie będziesz ściągać więcej tego patałajstwa. –Odcięła szybko nawet nie patrząc na niego.
                -To może chcesz sobie na serio powalczyć z Mieczysławem? –Zapytał Pierre. Instynkt podpowiadał mu, że trzeba przyjąć tu lepszą taktykę.
                Aria siedziała cicho nie ruszając się z miejsca. Mieczysław za to uśmiechnął się na samą perspektywę walki. Nie zwlekając wyjął miecz z plecaka. Srebrny miecz ze złotymi zdobieniami połyskiwał w świetle jarzeniówek. Francuz szybko odstąpił od wciąż nieruchomej dziewczyny. Felicja spojrzała tylko na brata kręcąc głową z dezaprobatą.
                -Mieciu, tak dziewczynę lać? –Zapytała zmartwiona patrząc na Arię, która jedynie podniosła wzrok na jej brata.
                -Cicho Feli –syknął na siostrę. –Zobaczmy jak żabojady uczą.
                -A gdzie tu twój honor? –Walnęła Felicja chociaż wiedziała, że nic to nie da.
                -Aria się przecież nie obrazi jak dostanie w papę. –Odpowiedział okularnik aktywując magiczne moce miecza. Delikatne pomarańczowe płomienie zaczęły tańczyć wokół ostrza –prawda?
                -Raczej ty się załamiesz. –Odpowiedziała Aria.
                -Nie strasz, nie strasz. –Rzucił Mieczysław.
                Chłopak wziął lekki rozbieg, a miecz zaczął pulsować gorącem. Jednym zamachem posłał falę ognia w stronę Arii. Płomienie zamieniły się w gorącą parę. Mina Miecia nie ukrywała zdziwienia. No cóż jedyne co mu pozostało to atak ostrzem. Rzucając się na przyjaciółkę z wyskoku nagle zawisł w powietrzu. Trwało to około sekundy potem przeleciał przez całą salę i trafił w ścianę. Aria nawet nie drgnęła. Na ścianie powstało drobne wgłębienie.
                -Co to do cholery miało być? –Zapytał wściekle Mieczysław. –Normalnie zabić mnie chciała!
                -I ty się boisz demonów, jak takiego Miecia załatwiasz nie ruszając się? –Zaczął Pierre –nie ma dyskusji dzisiaj idziemy na polowanie.
                -Nie! –Dalej sprzeciwiała się Aria.
                -Zamknij się. –Rzucił chłodno Pierre, co spowodowało, że dziewczyna zaniemówiła. Francuz wyszedł z pomieszczenia nie oglądając się za sobą.
                -Co to miało być?! –Wrzasnął Mieczysław prosto w ucho Arii.
                -Zamach na twoje życie. –Odpowiedziała ironicznie, a widząc poważne oblicze okularnika dodała –no dobra przyznaję poniosło mnie troszeczkę.
                -Troszeczkę? Kurwa troszeczkę? –Mieciu dalej się darł.
                -Mieczysławie! –Krzyknęła Felicja. –Nie drzyj mordy!
                Szatyn oprzytomniał trochę po wybuchu złości siostry. Głośno wciągnął powietrze, a po chwili je wypuścił.
                -Jestem oazą spokoju. Kwiatuszkiem lotosu na pieprzonej tafli jeziora. Jestem wyluzowany jak chiński mnich z Tybetu, który medytuje. –Mówił spokojnie do siebie chłopak. –Dobra, przebaczę ci to kiedyś Ario, ale serio możesz chociaż trochę punktów HP mi oddać? –Bez słowa Aria tyknęła palcem chłopaka. Od razu poczuł się lepiej. –To już?
                -No a co? Oczekiwałeś fajerwerków? –Skomentowała Felicja.
                -Wiesz po tym jak naoglądałem się tych filmów fantasy to trochę jestem zawiedzony. –Odparł szczerze okularnik.
***
                Praktycznie aż do wieczora Aria w ogóle nie widziała się z Pierre’em. Przez cały czas aż do zachodu słońca dręczyły ją trochę wyrzuty sumienia. Ario zachowałaś się, jakby to powiedział Mieczysław: jak totalny gówniarz. Rozumiem, że nie wierzysz w swoje umiejętności bitewne, ale jak widać Pierre wierzy i wspiera. Powinnaś być dla niego milsza konwersacje samemu ze sobą wcale nie były dziwne no dobra, rozumiem, ale ile ja trenuje? No miesiąc, niecały do tego. Nie powinien chyba już posyłać mnie na pastwę Slendera? Rozmyślania przerwał obiekt ich tematu. Pierre był ubrany cały na czarno i tym razem już miał czarne spinki kontrolujące nieład grzywki. Przez ramię miał przerzuconą katanę schowaną w pochwie. Do tego miał jeszcze noże do rzucania przytroczone do prawego boku. Cóż nawet z tym lichym wyposażeniem był lepiej przygotowany niż Aria, która miała tylko swoją dzidę. Dalej się nie odzywając wyszli na nocne ulice stolicy. Sprawnie przemieścili się na Pragę. Aria wiedziała z opowieści, że demony lubiły tamtą okolicę. Miała gigantyczną ochotę zgłosić sprzeciw, ale to co dzisiaj odwaliła zmuszało ją do zgody. Nie ma co pogarszać sprawy.
                -Nie no ja tak nie mogę. –Nagle odezwała się Aria –przepraszam. –Francuz zachował kamienną twarz, więc kontynuowała –przepraszam, zachowałam się jak jakiś bachor. Naprawdę… nie wiem czemu się tak zachowałam.
                -I nie musisz się tłumaczyć –przerwał jej Pierre.
                -Po prostu nie wierzę, że mogę pokonać coś takiego. –Wyznała.
                -Wystarczy, że spróbujesz. Możesz nawet niczego nie pokonać. –Starał się ją uspokoić. –To w końcu tylko trening. Widzisz tą latającą plazmę w powietrzu?
                -No ja bym nie powiedziała, że to plazma. Raczej to taka nie do końca urodziwa chmurka. –Stwierdziła Aria. –Myślisz, że jak to zamrożę, że spadnie?
                -Powinno. –Ocenił szybko. –Czyń swoją powinność.
                Dziewczyna wypuściła głośno powietrze. Dla szpanu obróciła włócznią zanim wycelowała w dziwnego demona. Mroźne skry wzniosły się w górę i pokryły częściowo stwora. Momentalnie zaczął opadać w dół. Wokół przeciwnika pojawiły się przeźroczyste sztylety, które przebiły go na wskroś. Demon nie zdążył nawet dotknąć podłoża. Dym po nim zmieszał się z nocnym powietrzem.
                -I co? –Zapytał francuz patrząc na dziewczynę.
                -No nic. –Odpowiedziała wzruszając ramionami. –Chyba będę atakować tylko z zaskoczenia.
                -Ładna technika. Tam na dachu czeka na nas chyba jakaś hybryda. –Poinformował i od razu ruszył z miejsca.
                Aria przewróciła oczyma, ale zaraz skarciła się w myślach przecież to było za proste. Idąc w ślady Pierre’a wdrapała się na dach. Liczyła na demona z opowieści bliźniąt, lecz jej oczom ukazało się połączenie człowieka z krukiem. Dłonie zakończone szponami, zresztą nogi tak samo. Z łopatek wyrastające gigantyczne skrzydła. Jednym z niewielu ludzkich elementów była twarz z nieobecnym wzrokiem czarnych oczu.
                -Skrzydlak. –Wyjaśnił Pierre, jednak tym samym zwrócił na nich uwagę demona.
                Gigantyczne ptaszysko rzuciło się prosto na Arię. Odparła atak włócznią i teleportowała się za plecy Skrzydlaka. Jednym zamachem odcięła skrzydło, które rozpłynęło się. Stworzenie wrzasnęło przeraźliwie szybko się obracając. Dynamiczny ruch szponów pozostawił po sobie ślady na lewym ramieniu. Siłą woli Aria wyrzuciła w tył Skrzydlaka. Po sekundzie namysłu posłała w jego stronę płomienie. Czarne pióra zajęły się ogniem. Demon skupiony na próbach ratowania się przed żywiołem nie zwrócił uwagi na Pierre’a, który od tyłu wbił w niego serafickie ostrze.
                -Dzięki. –Rzuciła szatynka patrząc się na pozostawione po przeciwniku czarne pióra. Z powodu braku odpowiedzi przeniosła wzrok na francuza.
                Wpatrywał się w ciemną postać na dachu po drugiej stronie ulicy. Wydawała jej się jakaś znajoma.  Z początku chłopak powoli podszedł bliżej. Ustał na chwilę i wpatrywał się dalej. Aria zmarszczyła brwi. Pierre nagle zerwał się sprintem i spróbował przeskoczyć na drugi dach. Dziewczyna wiedziała, że nie może się to udać. Gdy tylko zobaczyła, że chłopak opada wyrzuciła gwałtownie rękę w powietrze, a tym samym pomagając dostać mu się na drugą stronę. Czarna postać podjęła ucieczkę. Nie mając zbyt wielkiego wyboru dziewczyna przyłączyła się do pościgu.
                Już z samego początku wyciągnęła wniosek, że musi poćwiczyć bieganie i skoki. Nie nadążała. Biegła dając z siebie jak najwięcej, a Pierre i ścigany byli dobre sześć metrów przed nią. Wystrzeliła z włóczni wstęgę lodu, która pokryła ścieżkę przed nogami uciekiniera. Jeżeli Aria nie zdoła dobiec tam to chociaż Pierre miał o wiele większe szanse. Jednak postać nagle zniknęła zeskakując z dachu. Blondyn pochylił się nad jego krawędzią, ale nic tak nie było.
                -Putain –zaklął cicho Pierre.   
                -Co to miało być? –Zapytała zdyszana Aria kiedy w końcu dobiegła.
                -No cóż, to była znajoma osoba. –Wyjaśnił zdawkowo francuz.
                -Nie owijaj w bawełnę –powiedziała Aria. Na dłuższą chwilę zapanowała cisza.
                -To był mój brat. Shane Rogue, czasami przedstawia się jako Cédric.
                Czekaj tylko kłamliwa łajzo, jak cię spotkam... pomyślała Aria pod wpływem emocji jak ja cię spotkam… to w zasadzie nie wiem co zrobię, ale przyjemne to nie będzie.
                -Możemy wracać. –Zarządził Pierre zeskakując z gracją z krawędzi budynku.
                Tymczasem w Instytucie Mieczysław siedział razem z Felicją w nowiuśkich głębokich fotelach w kawiarni. Nagle na korytarzu usłyszeli znajomy krzyk:
                -Stefan!
                -Co?! –Odpowiedz pojawiła się praktycznie od razu.
                -Jest jeszcze Mieczysław w Instytucie?!
                -Jest!
                -Dzięki! Mieciu!
                -Rudy pomiot wrócił z Niemiec. -Okularnik przewrócił oczyma, ale w końcu odkrzyknął –czego?!
                -Mieciuchna! Tęskniłeś? – W drzwiach pojawił się Stanisław. Przerośnięty szesnastolatek o wzroście stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Na pociągłej twarzy rozciągał się wielki bananowy uśmiech. Brązowe oczy wpatrywały się w bliźniaków.
                -Myślałem, że umrę na suchoty z tęsknoty. –Skomentował z pełną ironią.
                -Widzę, że zmieniłeś fryzurę. –Stwierdziła Felicja. Wcześniejsza fryzura wyglądała jak połączenie wkurzonego Chopina i nieczesania włosów od lat. Teraz boki głowy Stanisława były przystrzyżone prawie przy skórze, a reszta układała się łagodną falą idącą trochę do góry. –Już nie wyglądasz jak wkurzony rosomak.
                -A dziękuję.
                -A jak tam było u cioci? –Zapytał Mieczysław. –Przywiozłeś nam coś.
                -Ty materialisto! –Skrytykowała brata różowowłosa.
                -A spoko, wiesz normalnie sobie posiedziałem nad Bałtykiem i trochę w Berlinie, w święta było by fajniej. –Ocenił Stanisław –ale ja do was, a właściwie do Mieciuchny, w tej sprawie. Zobacz co znalazłem jak przyjechałem do domu.
                Rudzielec podstawił pod nos okularnika telefon. W wiadomościach z Anzelmem była informacja o bitwie kapel. Mieczysław zwrócił za to na coś innego uwagę.
                -Kto to Kasiunia?
                -Dziewczyna Anzelma. –Odpowiedział Stanisław. –Zobacz zmienił fryzurę i od razu laski na niego lecą.
                -A maturę zdał? –Zapytała Feli z czystej ciekawości.
                -Zdał i nawet go na polibudę przyjęli. –Opowiadał dalej. –Ale wy mnie ciągle z tematu ściągacie. Mieczysławie pora na reaktywacje Dark Moon Spella!
                -A wiesz, że ja nie mam na czym grać? –Zaczął Mieciu –gitara umarła śmiercią tragiczną.
                -Ale pewnie masz hajs na nowiusieńką? –Bardziej stwierdził niż zapytał Stanisław.
                -Stachu, ja czekam na dotację z unii rodzicielskiej. –Wytłumaczył okularnik z miną poważnego biznesmena.
                -No ale zgadzasz się?
                -Nawet nie wiesz jak mi brakowało tego, żeby grać i śpiewać z kimś. –Odpowiedział uśmiechając się.
                -A właśnie, może wokalistka? –Zaproponował Stachu –no wiesz ta dziewczyna co jak chcieliśmy, żeby z nami występowała to zaczęła cię unikać. Miała takie strasznie muzyczne imię…
                -Aria, ale pewnie się nie zgodzi. –Rzuciła Feli.
                -Spróbować zawsze można. –Odparł optymistycznie Stanisław –szykuj piosenki do repertuaru, eliminacje do konkursu już w październiku.