piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział 5 Nicole, co ty odwalasz?


            Warszawa to nie Nowy Jork. Do takich wniosków doszła Nicole po dwóch tygodniach. Za każdym razem kiedy szła na polowanie nic nie udało jej się zdobyć. Brak demonów zaczął działać jej natychmiastowo na nerwy. Starała się wyładować na treningach, ale nie było to te same uczucie co w walce z prawdziwymi wrogami. Miała już trochę tego dość. By dać upust emocjom postanowiła wyjść na spacer jak normalna nastolatka. Bez broni, bez Steli, w kolorowych ubraniach. Ubrana w jasne dżinsowe szorty, dwa top nałożone na siebie, jeden biały, a drugi w odcieniu gorącego różu, niebieskie trampki z białą i czarną sznurówką wyszła spokojnie na ulicę. Włosy tym razem zebrane w luźny warkocz powiewały na delikatnym wietrze.
            Idąc w tłumie ludzi myślała o wczorajszych rozmowach. Z uśmiechem wspominała sprawę z Zimową Włócznią. Stwierdzając, że Aria nie umie się nią posługiwać nakazała Mieciowi by ją zabrał. Chłopak miał w sobie zawsze tą odwagę by zrobić wszystko, konsekwencje nie były ważne. Zresztą Aria wcale nie protestowała kiedy zabrał jej broń w ręki. Z początku wydarł się, upuścił włócznię, a potem zamknął się i zaczął masować czerwoną dłoń. Nicole zdziwiona jego reakcją oczywiście go skrytykowała i sama schyliła się po broń. Zrozumiała czemu ją odrzucił. Była zimna, szacując temperaturę panna Winters określiłaby ją jako lekko poniżej minus trzydziestu stopni. Na dłuższą metę ciągły chłód rękojeści nie jest miłym bonusem w walce, więc oddaje ją właścicielce. Jeśli jej to odpowiada niech męczy się dalej.
            Kiedy blondynka przemierza dalej ulice naszyjnik w kształcie płatka śniegu buja się w rytmie jej kroków. Szare niebo czasami rozjaśnia się gdy słońce odnajdzie szparę między chmurami. Najzwyczajniejsze południe. Ludzie gdzieś idą, wokoło jest ich pełno, szczególnie nastolatków. Amerykanka trochę im zazdrości. Nigdy nie zaznali strachu wywołanego demonami. Dla nich były to tylko bujdy, bajeczki starszych pań chodzących do kościoła każdego dnia.
            Świat wokoło nagle zwalnia i szarzeje. Jedynie Nicole pozostaje w swoim stanie. Tłum zamarł w pół kroku, chmury zaprzestały wędrówki po niebie. Zdezorientowana nastolatka zaczyna oglądać się do tyłu. Na jej poziomie nie ma nikogo. Co się stało przemyka jej przez umysł. Świat wciąż stoi gdy krawędzie kamienia zawieszonego na jej szyi zaczynają pulsować tęczowym światłem. Nie był to zwykły wisiorek, to był detektor demonów. Najpierw zmiany kolorów następowały powoli. Jeden, tylko jeden. Jednak światło detektora było coraz bardziej się nasilało.
            -Co to za miasto gdzie demony atakują w samo południe? –Wykrzyczała sfrustrowana Nicole trzymając w dłoniach chłodny płatek śniegu. Teraz nie pozostało mi nic jak ucieczka stwierdziła w myślach.
            -Znam odpowiedz! –Głos dobiegał z góry. –Warszawa kiedy jest w niej Fryderyk!
            -Mógłbyś się nie przesadzać? –Zwrócił się do niego inny głos, opanowany i spokojny.
            Dwójka chłopców w jej wieku ubranych w czarne stroje Łowców stała na dachu pobliskiego budynku. Niższy miał wredny uśmieszek na twarzy i czerwone jarzące się oczy. Nie miał żadnych run. Drugi, wyższy miej więcej o pół głowy od tamtego, miał obojętny wyraz twarzy i równie zielone oczy jak u Pierre’a. Ten miał parę widocznych run. Nocny Łowca współpracujący z jakimś zadufanym w sobie dzieciakiem?  Czemu nie jest w Instytucie? 
            -Nie obchodzi mnie co chcecie mi zrobić. –Stwierdziła Nicole zaplatając ręce na piesi. –A Fryderyku?
            -Słucham. –Odpowiedział z uśmiechem pochylając się nad krawędzią budynku.
            -Mogę mówić na ciebie Fretka? –Zapytała kradnąc zadowolenie z jego oblicza. Wpatrywał się w nią zmrużonymi oczyma. –A zresztą twoje zdanie w tej kwestii się nie liczy.
            -Do ataku. –Wyszeptał gniewnie nie zwracając już uwagi na dziewczynę.
            Jeden szept wystarczył by niebo stało się ciemniejsze. Cienie się pojawiły. Prawdziwie Cienie. Nie jakieś marne podróbki, na których ćwiczy się w Instytucie. Prawdziwe, zacięte, walczące do końca. Zabierające dusze. Kątem szarego oka Nicole zauważa, że na końcu ulicy hordę gigantów o bladych twarzach. Całkiem już świadoma zagrożenia zaczyna biec. Dziękować Aniołowi za runę szybkości na prawym ramieniu!
            Z czego już zdążyła się zorientować gdzieś w pobliżu powinien być kościół. Nie ma mowy by demony przekroczyły święte progi. Już zaczynała czuć to, że biegnie. Stary ból lewego kolana i prawego uda odezwał się jak dawny znajomy niewidziany od lat. Niespodziewanie i gwałtownie. Zapomina się o nim, ale on wciąż gdzieś tam jest.
            Cienie górowały nad nią, ale teraz próbowały zbliżyć się do ziemi. Popchnęły ją w stronę asfaltu, którym teraz uciekała. Upadła na lewe kolano, a przez jej ciało przetoczyła się fala bólu. Zaciskając za mocno zęby podniosła się i biegła dalej. Chęć przetrwania nie pozwalała się poddać. Nie miała pojęcia co może zrobić bez broni. Walka wręcz z tyloma przeciwnikami nie wchodzi w grę. Poruszać się dalej wydaje się ostatnim wyjściem. Pewnie zdolna pół-czarodziejka Aria ruszyłaby czasem pomyślała nagle Nicole szkoda, że jej tu nie ma, może magia idzie jej lepiej niż walka.
Slenderopodobni są szybcy. Od ofiary dzieliło ich parę kroków, nie ścigali jej. Szli po nią najspokojniejszym tempem jaki do tej pory widziała. Miała ochotę paść na ziemię i pozwolić na swoją śmierć. Zaciętość pchała ją wciąż dalej nie zważając na wszelkie utrudnienia. Przeżyjesz. Skręca w jedną z bocznych uliczek mimo, że ma świadomość, że oddala się od najbliższej bezpiecznej przystani.       Uliczka staje się ciaśniejsza, ale dalej jest w stanie pomieścić potwory. Zrozpaczona znowu zmienia trasę. Trafia na jakiś parking. Bez wyjścia. Staje jak wmurowana, nic już nie zrobi.
Cienie powalają ją na ziemię, a łącząc siły z czarno-białymi humanoidalnymi stworami zadają jej głębokie rany. Nicole straci ostrość widzenia. Obraz ciemnieje, a po mocnym uderzeniu w potylicę całkowicie zanika. W tym samym monecie przestaje walczyć. Nieprzytomna, cała we krwi. Pokonana.
            Fryderyk pojawia się razem z zielonookim. Jeden ruch jego dłoni sprawia, że demony znikają w czarnej, oleistej mgle. Jego twarz wciąż zdobi wyraz niezadowolenia. Podchodzi do leżącej na ziemi dziewczyny o blond włosach.
            -Przypomnij mi, co mówił informator. –Poprosił łagodnie czarnowłosy.
            -Nowa w Instytucie. Wysoka. Blada cera. Brunetka. Niebieskie oczy. Nosi włócznię cały czas przy sobie, w formie wisiorka. –Wyliczył jego towarzysz wciąż spokojny. Chociaż w głębi jego duszy odzywał się niepokój, silniejsze emocje wygrywały.
            -Pierwsze się zgadza, reszta nie. Chociaż można było pomylić naszyjniki. Szkoda, całe przedstawienie na marne. –Rzucił Fryderyk przyklękając koło nastolatki. Bez ceregieli w delikatność obrócił ją na plecy. –Może jej dusza się nadaje.
            Z kieszeni kurtki wyjął płaski, okrągły przedmiot. Na otwartej dłoni opuścił srebrzyste urządzenie bliżej jej ciała. Zatrzymał się na wysokości serca. Śnieżnobiały blask otulił szczelnie podejrzany krążek.
            -Zero mroku. –Stwierdził czarnowłosy. –Kłamstwem by było to, że nie jestem zły. Przynajmniej zapewniła trochę rozrywki. Chociaż myślałem, że taka wygadana i złośliwa Nocna Łowczyni będzie miała ciupek zła w duszy.
            -Czasami ludzie są nieprzewidywalni. –Odparł przeczesując brązowe włosy dłonią.
            -Niektórzy szczególnie –odpowiedział z tajemniczym uśmiechem. –Zostawmy ją. Pora wracać na Pragę.
            -Mamy ją zostawić? –Zapytał jego z niepewnością. Tym razem wygrał zielonooki, ale Fryderyk zaczął się śmiać.
            -Shane, nie wierzę. –Zaczął kiedy uspokoił śmiech –Masz jeszcze wyrzuty sumienia? W pobliżu jest szpital, dziecięcy, więc załapuje się wiekowo. Zresztą kiedy czas znowu ruszy zapewne Pierre zaraz się dowie o wszystkim co tu zaszło.
            Fryderyk przeszedł obok niego i pstryknął palcami. Świat odzyskał swoje dawne barwy, powietrze znowu było w ruchu, wypełnione dźwiękami miasta. Oboje oddalili się od krwawiącej nastolatki.


š***

            W Instytucie panował spokój. Żadnych krzyków, żadnych kłótni. Spokój i cisza. Taką chwilą Felicja mogła delektować się całą wieczność. Niestety w polu jej widzenia pojawia się jej brat. Już wyczuwa nadchodzącą złą energię. Jednak jej przeczucia okazują się fałszywe. Mieczysław siada naprzeciwko niej najspokojniej w świecie. Napotykając zdziwiony wzrok siostry pyta:
            -No i co się lumpisz?
            -Czyżby twoja nowa amerykańska znajoma nakazała ci być spokojnym? –Odparła Feli. Nie otrzymując odpowiedzi natychmiast kładzie dłoń na czole bliźniaka. –Gorączki nie masz.
            -Czy to że raz w życiu jestem spokojny to dziwne? –Rzucił retorycznie –a jeśli chodzi o Nicole to nie wiedziałem jej dzisiaj.
            -To dlatego. Umierasz na suchoty, bo nie widziałeś swojej sympatii. –Wyklepała Felicja podekscytowana.
            -Jak ty coś pierdolniesz to można ręce i nogi połamać… -powiedział Mieczysław przeciągając ręką po twarzy –z trzy razy… w każdej kości.
            -Oj no co… myślisz, że nikt nie widzi jak jej usługujesz? –Powiedziała Felicja uśmiechając się. Widząc zabójczą minę brata dodaje –przecież wiesz, że żartuję.
            -Weź już nic nie mów…
            -Oooo tutaj już by na końcu było niecenzuralne słowo. –Zauważyła różowowłosa.
            -Zamknij się, bo zburzysz moją dziej sza oazę spokoju. –Odparł okularnik uśmiechając się szeroko.
            -Straszniej by było jakbyś zaczął się śmiać. –Aria podeszła do nich tak cicho, że przestraszyli się kiedy zauważyli, że siedzi obok. –Nowa runa. –Dodała widząc ich miny.
            -Tylko się nie uzależnij. –Przestrzegł Mieciu –serio, można. Na początku tak miałem.
            -Wtedy zabrałam ci Stelę. –Przypomniała Felicja. –Pamiętasz jak wyglądał jakby nie spał w szkole? To było wtedy.
            -Mam ochotę oddać ci Stelę. –Aria zwróciła się do Pierre’a, który przed chwilą przyszedł.
            -Czemu?
            -Straszą mnie tym, że będę jak Mieciu.
            -Też bym się zaczął bać. –Przyznał Pierre.
            -Niszczysz moją oazę spokoju, Pierdoło… -wysyczał przez zęby okularnik.
            -Ojejciu… chwila… czemu jeszcze jesteś spokojny? –Pierre spojrzał na szatyna z niepokojem.
            -Kolejny. –Mieczysław opuścił głowę na ramiona.
            -Suchoty –rzuciła melodyjnie prosto do ucha bratu Felicja.
            -Ona może mieć rację. –Stwierdził nagle blondyn dłubiąc przy swoich spinkach do włosów. Dziś były czerwone. –W końcu jesteście Parabatai.
            -Widział ktoś Nicole? –Przerwała Aria pytając –nie widziałam jej cały dzień.
            -Pewnie jest na spacerze, jak ciągle ostatnio –Odpowiedział francuz. –Wyżaliła mi się, że Warszawa jest beznadziejna od strony demonów.
            -Chyba nie była na Pradze. –Wtrącił Mieczysław.
            -Mignęła mi jak wychodziła –wyznała Feli. –To było chyba o… dwunastej? Była ubrana na kolorowo, czujecie?
            -Aż już chcę, żeby wróciła. Chcę to zobaczyć na własne oczy. –Aria wypowiedziała zdziwiona. –W ogóle to która godzina?
            -Szesnasta. –Odczytał z wyświetlacza telefonu Pierre. –Dziwne.
            -Co? –Wyciągała z niego wyjaśnienia Aria.
            -Zazwyczaj jest na spacerze z dwie godziny. Minęły już cztery. –Odparł.
            -Czyżby to był znak iż coś się stało? –Zapytał ironicznie Mieczysław.
            -Myślę, że możemy jeszcze poczekać z wysyłaniem ekspedycji poszukiwawczej. –Oznajmił Pierre znowu bawiąc się swoimi spinkami. –Nicole to duża dziewczynka, poradzi sobie.
            -A ile będziemy czekać? –Odezwali się chórem otaczając najstarszego.
            -Spragnieni wrażeń? Zresztą ty Mieciu i tak nie możesz wychodzić. –Przypomniał Pierre.
            -I tu cię zagnę Pierdoło! Mam przecież miesiąc  zakazu polowań i trzy miesięczny zakaz walk na śródmieściu, ale nic nie jest powiedziane o sytuacjach kryzysowych i poszukiwaniach. –Powiedział Mieczysław uśmiechając się triumfalnie.
            -No dobrze. –Zgodził się blondyn –jako, że pewnie i tak nic się nie stało to tylko ogarnijcie jakiś plan poszukiwań i wychodzimy.
            -Czyli: ustalajcie sobie sami, ja się tylko z wami przejdę. –Sprostowała z ironią Aria. –Proste. Wyjdziemy, rozdzielimy się i każdy pójdzie w inną stronę. Jakoś ją znajdziemy.
            -Świetny plan! Gdzie zaczynamy? –Odparła Felicja.
            -Tam gdzie Mieciu lubi robić rozróby. –Rzuciła bez namysłu brunetka.
            -Na Plac Zbawiciela marsz! –Rozkazał Pierre podnosząc się z krzesła.
š***

Po bezowocnej godzinie poszukiwań wszyscy wrócili do punktu wyjścia. Znając trochę Nicole stwierdzili, że watro przeszukać tylko najbliższe główne ulice. Kiedy znowu się rozdzieli, tym razem w pary. Felicja poszła w stronę Alei Wyzwolenia razem w Pierem, a Mieczysław i Aria poszli znowu Marszałkowską, tym razem w kierunku kina Luna.
            -Może sprawdzić koło kościoła? –Aria myślała głośno.
            -Nie zaszkodzi. –Przyznał.
            Przeszli przez pasy nie musząc czekać. Obeszli całą wysoką białą budowlę, ale nic nie znaleźli. Zero śladu Nicole. Wrócili na swoją starą ścieżkę. Ciężka atmosfera wzrastała. Szli powoli, rozglądając się. Zerkali i przechodzili przez większość zaułków poczym zaraz wracali w główną ulicę. Aria wciąż miała nadzieję, że natrafią chociaż na jakiś ślad obecności amerykanki. Wciąż bez rezultatów szli chodnikiem. Mieczysław osądził, że dojdą do Placu Unii Lubelskiej i zawracają. Aria zatrzymała się przy pierwszym skręcie. Litewska. Nie wiedząc czemu wyczuła, że były tu demony. Nie czekając na swojego towarzysza ruszyła pewnym krokiem w tamtą stronę. Usłyszała niewyraźne wołanie chłopaka i szybki tętent jego marszu. Zatrzymała się przy pierwszym zakręcie po jej lewej stronie. Musiała tam być, wyczuwała to.
            -Aria niby czemu tu… -zaczął okularnik, ale Aria przerwała mu ruchem ręki.
            Dziewczyna przymknęła oczy. Wciąż widziała świat, lecz w czarno-białej wersji. Obok niej błyszczało przyćmione brązowe światło. Instynkt podpowiadał jej, że to dusza Mieczysława. Nie tego szuka. Jednak magia to niezły cymes. Co prawda brunetka zdawała sobie sprawę, że jej umiejętności są jeszcze bardzo słabe, jednak jedynie ona mogła robić takie rzeczy. Zasięg był mały. Co prawda dostrzegała inne dusze, były białe. Czemu tylko Mieczysław miał jakiś kolor? Nie ważne, trzeba odnaleźć Nicole, a raczej jej duszę. Pełna skupienia starała się dostrzec więcej. Jest! Śnieżnobiałe światło, mimo, że widzi je pierwszy raz w życiu poznaje je. Jest znajome, zawiera całą esencję charakteru Nicole. Zaciętość, siłę, zdecydowanie, impulsywność. Gdy Aria otworzyła oczy wiedziała gdzie iść. Jej skronie przeszyła strzała bólu.
            -Tam. –Oznajmiła Aria jedną ręką wskazując parking obok Ministerstwa spraw zagranicznych. Drugą ręką  masowała głowę.
            -Możesz mi powiedzieć co to miało być? –Zapytał podejmując marsz. Niebieskooka ruszyła za nim.
            -Takie tam magiczne sztuczki. –Wyjaśniła wzdychając. –Nic szczególnego, wyszukiwanie dusz. Jeszcze nie do końca to umiem, jak chcę widzieć za dużo kończy się to bólem.
            -Wygląda na to, że magia jest dla sadystów. –Stwierdził okularnik. Aria miała już mu posłać mu ciętą ripostę, lecz zauważyli Nicole.
            Podbiegli szybko do leżącej na asfalcie blondynki. Obrócona twarzą w stronę nieboskłonu oddychała płytko. Na jej kolorowym ubraniu były zaschnięte ślady krwi. Blada skóra przyozdobiona czerwonymi pręgami, fioletowymi siniakami oraz czarnymi runami.
            - I jeszcze te głupie baby ratować… -mruknął sceptycznie Mieczysław poprawiając okulary.
            Aria wystukała szybko na klawiaturze smartfona wiadomość do Felicji. Poszukiwania zakończone. Mieczysław wziął na ręce Nicole pomimo pomysłu Arii na wykorzystanie do tego magii. By nie przyciągać ciekawskich spojrzeń i nieproszonych wizyt policji teleportowali się do Instytutu. Mieczysław poszedł do pokoju Nicole, a Aria postanowiła poczekać aż Feli i Piere zjawią się w Instytucie.
            Gdy już cała ekipa zebrała się nad blondynką Francus zdecydował, że najszybciej będzie narysować na skórze Nicole leczniczy Iratze. Co prawda już sińce znikły z bladej cery, a rany częściowo się zasklepiły, lecz Pierre sprawnym ruchem stworzył runę na jej dłoni. Po chwili znak wtopił się w skórę pozostawiając po sobie biały ślad podobny do blizny. Amerykanka za chwilę otworzyła srebrzyste oczy. Omiotła spojrzeniem cztery twarze pochylone nad nią.
            -Nie myślałem, że jesteś głupia. –Pierwszy odezwał się Mieczysław posyłając jej wredny uśmiech.
            -Myślałam, że będziesz teraz dla niej miły. –Wyznała z rozczarowaniem różowowłosa. –Ty to mnie zawsze rozczarujesz.
            -Nie wiem co się dzieje, ale co robicie u mnie w pokoju? –Zapytała zdezorientowana Nicole –Aria wytłumacz mi co się dzieje, bo jedyna jesteś poważna w tym towarzystwie.          
            -A więc… -ruszyła z tłumaczeniem brunetka, ale po chwili zamilkła. Co ja niby mam jej powiedzieć? –sami nie wiemy co się stało… może coś sobie przypominasz? A w ogóle to jak się czujesz?
            -Skołowana i zmęczona. –Oceniła Nicole wolno siadając –możecie nie przekraczać mojej strefy osobistej? -Wszyscy jednocześnie się odsunęli. –Może zmienimy otoczenie? Chyba mogę chodzić, a w razie czego to przecież Mieczysław mnie złapie.
            -Może tak, może nie, jeszcze się nie zdecydowałem –rzucił okularnik.
            Wolno cała grupka przeszła do często używanego pomieszczenia. O tej godzinie Nocnych Łowców tylko wciąż przybywało do kafeterii. Zazwyczaj byli to ci, którzy już skończyli pracę w Instytucie i przygotowywali się do polowań lub członkowie Czarnej Gwardii szykujący się na zbliżające patrole. Jak zwykle z piąta przyjaciół usiadła przy tym samym stoliku blisko ściany. Kiedy wszyscy już się zdecydowali co chcą Aria zaproponowała, że się tym zajmie. Różowowłosa poszła za nią by nieść jej pomoc.
            -Wyglądasz inaczej w tych kolorowych ubraniach. –Powiedział Mieczysław zerkając na Nicole. –Z lekka nienormalnie.
            -Wiecznie przyzwyczajony, że chodzę od stóp do głów ubrana na czarno? –Zapytała ironicznie Nicole.
            -A do tego uzbrojona po zęby i ze Stelą w ekwipunku –dołożył Mieciu, a po chwili cicho się roześmiał. –Do tej pory nie mogę uwierzyć, że dałaś się pokonać.
            -Nawet najlepszym się zdarza. –Zauważyła Felicja. Ze zręcznością profesjonalnej kelnerki pozbawionej tacy niosła dwie filiżanki postawione piętrowo w jednej ręce i kubek w drugiej.
            -Ale nie najlepszym z najlepszych –zakwestionował szatyn posyłając złośliwy uśmiech w stronę Wintersówny.
            -Pamiętasz co cię zaatakowało? –Zapytała konkretnie Aria stawiając przed Nicole mrożoną kawę.
            -Cienie i Slenderopodobni. –Odrzekła Nicole lekko marszcząc brwi –jednak takie demony nie pojawiają się w dzień.
            -Masz na myśli, że ktoś je kontrolował? –Szybko wyciągnął wnioski Pierre.
            -Tak, był tam taki jeden chłopak, czerwone oczy i czarne włosy. Nazwałam go Fretka. –Opowiedziała Nicole. –Zatrzymał też czas.
            -Pewnie chodzi ci o Fryderyczka. –Powiedział Mieczysław uradowany bez powodu. –Ten to dopiero lamus, ale nie gorszy niż Nicole ze swoją dzisiejszą akcją.
            -Fryderyk to przywódca Mrocznych Łowców będących w Warszawie. –Pośpieszył z wyjaśnieniami blondyn próbując przerwać przesyłanie morderczych spojrzeń amerykanki w stronę Mieczysława. –Był z nim ktoś jeszcze?
            -Jeden taki Nocny Łowca, chyba nie jest z tego Instytutu. –Przypomniała sobie Nicole robiąc krótką przerwę od śmiercionośnego wzroku.
            -W Warszawie nie ma innego Instytutu, jest to małe miasto jeśli mamy porównywać je z twoim starym Nowym Jorkiem –wtrącił francuz. –Jak wyglądał?
            -Ciemny brąz, włosy miał roztrzepane podobnie jak ten tu oto bezmózg. Oczy miał strasznie podobne do ciebie. Chyba miał metr osiemdziesiąt. Czemu cię to interesuje? –Nicole skierowała całą uwagę na Pierre’a ignorując okularnika.
            -Z ciekawości pytam. –Odparł wzruszając ramionami.
            -Ciekawe czy też jest takim frajerem jak Fryderyk, a może takim jak Nicole? –Rzucił Mieczysław. Twarz Nicole nie wyrażała żadnych emocji. Ruchem pełnym gracji wstała i wspięła się na krzesło z szklanką kawy w ręku. Jednym ruchem wylała całą zawartość na Miecia. –Ty… ty mała… ja cię z asfaltu dzisiaj zbierałem, a ty na mnie kawę wylewasz?
            -Tak w ogóle to straszne marnotractwo kawy było. –Powiedziała Aria patrząc na mokre i klejące się włosy przyjaciela.
            -Trzeba było nie przekraczać mojej cienkiej granicy cierpliwości. –Wytłumaczyła amerykanka z wyższością. Potem zwróciła się do Arii –wiem, marnotractwo, ale kawa nie moja.
            -Muszę zrobić mu zdjęcie, będzie takie przed i po. –Rzucił Pierre wyciągając komórkę z kieszeni dżinsów.
            -Zamknij mordę, Pierdoło. –Warknął Mieczysław. –Właśnie marnotractwo. Aria zrób wykład o skarbie jakim jest kawa.
            -Nie, cenniejsze jest mleko. –Przerwała mu Nicole.
            -Jest równie cenne, dzięki nie mu jest więcej rodzajów kawy. –Sprostowała Aria wzdychając. –Wyczuwam kolejną kłótnie.
            -Wy to jesteście monotematyczni, tylko kawa i mleko. –Wypaliła nagle Felicja przewracając oczyma. –Gdzie filozoficzne tematy.
            -Masz rację. –Odezwała się Nicole. –Pogadajmy o śmierci Sebastiana z Francji albo jak można zniszczyć człowieka za pomocą eliksiru. Myślę, że tak to bardzo filozoficzne tematy. No chyba, że zagadnienie: kamień filozoficzny istnieje.
            -Jak ona coś mówi –zaczął Mieczysław wskazując na swoją bliźniaczkę –to można ręce i nogi połamać…
            -Trzy razy w każdej z kości. –Dokończyła za niego Feli. –Powtarzasz się braciszku.
            -A co za Sebastian z Francji? –Dopytywała się Aria, która była nie w temacie.
            -Sebastian, którego zabił Jonathan, na którego mówimy Sebastian, wiesz syn Valentina. Właśnie, ciekawe co u nich? –Głośno zastanawiała się Nicole.
            -A coś tam słyszałem o Anielskim Ogniu. –Rzucił Pierre i machnął na to ręką. –Szczegółów nie znam.
            Rozmowa dalej rozwijała się w komicznym kierunku. Nawarstwienie się głupot i żartów. Drobne kłótnie i sprzeczki głównie między Nicole, Pierrem i Mieczysławem. Grupce przyjaciół przyglądał się specyficzny członek Czarnej Gwardii. Biało-czarne włosy były jego główną wizytówką zaraz po żółtych, błyszczących oczach. Shion przyglądał się z zainteresowaniem Arii. Nic niezwykłego, pewnie się im nie udało… pomyślał z rozżaleniem poczym wyszedł z Instytutu.

š***

            Shane razem z Fryderykiem późnym wieczorem stawili się w sali tronowej. Była całkiem opustoszała, skąpana w mroku, a kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Głównie Fryderyk mówił. Zawsze był dobrym mówcą. Opowiadał o całej akcji z taką pasją, że Vivian ani razu nie oderwała od niego wzroku nawet gdy brunet wtrącał swoje szczegóły. Kiedy w końcu doszli do końca sprawozdania kobieta obrzuciła Shane’a oskarżycielskim spojrzeniem.
            -Jak można było pomylić brunetkę z blondynką? –Wysyczała przez zęby.
            -Ale to nie ja ją pomyliłem. –Zaczął się tłumaczyć zielonooki. –Wiem tyle, że też jest nową osobą w Instytucie. To Fryderyk wydał rozkazy demonom. –Mocniej zaakcentował ostatnie zdanie.
            -Nie obchodzi mnie to. –Skwitowała chłodno czarnowłosa. –A jej dusza?
            -Czysta jak łzy, które spływały jej z oczu kiedy demony ją zaatakowały. –Odpowiedział poetycko Fryderyk. –Wracamy niestety z niczym, matko.
            -No cóż, nie zawsze się udaje, prawda? –Odparła miękko.
            -Co do następnego razu mamy już plan. –Oznajmił Fryderyk uśmiechając się promiennie wśród otaczającej go ciemności. Vivian ruchem bladej dłoni nakłoniła go do kontynuacji. –Kiedy już wiem, że to nie ta osoba, mamy pewność co do drugiej podejrzanej. Shane będzie miał za zadanie zdobyć jej zaufanie i przekonać do współpracy z nami. Gdy już ją sprowadzimy zamienimy ją w Mroczną Łowczynię.
            -Dopracuję jeszcze parę szczegółów. –Oznajmiła matka Fryderyka –możecie rozpocząć jego realizację już teraz.



---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie ufajcie mi. Ja się nie umiem zebrać do roboty. Ale rozdział w końcu jest... 


wtorek, 20 stycznia 2015

Rozdział 4 Mylące pozory


Shane bez wahania podszedł bliżej ku podwyższeniu, na którym siedziała Vivian.
-Spóźnił się. –Powiedział nagle Fryderyk wstając.
-Oh zaćmienie słońca ty moje trzeba mu wybaczyć. –Vivian mówiła z przerażającą słodyczą, tak zachowywała się jedynie w towarzystwie swojego syna. –Może kiedyś wykorzenimy z niego brak punktualności .
-Chyba, że nie będzie już nam potrzebny. –Rzucił czarnowłosy rzucając pewne siebie spojrzenie w stronę Shane’a
To przerażało go najbardziej. Nie miał pojęcia co będzie jutro. Co stanie się kiedy będzie niepotrzebny? Po prostu go zabiją czy zamienią w kolejnego bezmózgiego sługę, który nie opanuje swojej żądzy krwi? To martwiło go najbardziej, uczucie niepewności. Mógł tego nie robić, mógł się wtedy nie zgodzić. Teraz już nie ma odwrotu głupcze upomniał się w myślach zdradziłeś już  wszystkich, którzy byli dla ciebie naprawdę ważni.
-Spójrz na jego minę. –Odezwała się z dziwną troską Vivian –wystraszyłeś go.
Kpiny na jego temat były tu na porządku dziennym. Podobno każdy nowy członek to przechodził zanim stał się zwykłym trybikiem w maszynie Mrocznych Łowców. Gdybym dalej siedział w Paryżu w Instytucie nie byłoby tych żarcików na temat mojej ekspresyjnej i nader szczerej  mimiki.
­-Przechodząc do tematu. –Odrzekła w końcu fioletowooka –Fryderyku, co widziałeś?
-Jak co jakiś czas bawiłem się z Mieczysławem i jego siostrą. –Każda osoba, która nie zna syna Vivian byłby zaskoczony dziecinnością jego wypowiedzi. Shane już do tego przywykł, a może to tylko za sprawą ich połączenia? –Miałem przewagę, myślałem, że w końcu uda mi się zabrać mu Ogniste Ostrze, ale stało się coś niezwykłego. Mojego demona zamroziło.
-Czyli to oznacza tylko jedno –przerwała mu matka. -Zimowa Włócznia została wprowadzona w użytek.
-Niech zgadnę, mamy znaleźć właściciela i siłą, ewentualnie podstępem, zabrać mu broń. –Odrzekł brunet przerywając.
-Tak. –Zgodziła się lodowatym głosem Vivian, nie można było jej przerywać. –Fryderyk opracuje plan i się tym zajmiecie.
***
Od pierwszej wizyty Arii w Instytucie minęły już niecałe dwa tygodnie. Każdego dnia stawiała się tam dzielnie by ćwiczyć razem z Pierre’em. Ani razu do tej pory nie napotkała bezpośrednio bardzo miłej amerykanki, jeśli dobrze pamiętała Nicole. Z przyjaciółmi też mało się widziała. Cały dzień ćwiczenia, walki, wkuwanie znaków i potworów. Monotonne, ale jednak zawsze bezpieczniejsze niż siedzenie bez obrony i wiedzy w domu. Już trochę zmęczona tym wszystkim wjechała windą do Instytutu. Po przywitaniu z panią Halinką Aria udała się od razu do sali treningowej gdzie zazwyczaj czekał już na nią Pierre.
Cicho weszła do pokoju, ale zobaczyła że jest sama. Przyszłam za wcześnie? zapytała samą siebie i wyjęła z torby telefon. Nie, jak zwykle jestem spóźniona… więc gdzie jest Pierre? Intuicyjnie udała się tam gdzie wszyscy przesiadywali w dzień. Kafeteria.
Tak jak sądziła wszyscy tam byli. Felicja, Mieczysław, Pierre i amerykanka. Uspokajając się przekroczyła niepewnie próg. Sama nie była pewna czemu boi się tej drobnej blondynki, jak to gdzieś tam przeczytała słowa ranią bardziej niż czyny. Może było w tym jednak więcej prawdy niż sądziła. Zbierając całą pewność siebie przysiadła się do ich stolika i przywitała się.
-Hej wszystkim.
-Jak miło, że jesteś ze sobą szczera. –Rzuciła nagle Nicole. Czyli usłyszała pomyślała brunetka.
-Dobra ocena sytuacji jest podstawą wszelkich strategii –odpowiedziała jej spokojnie. Czemu takie teksty zawsze wpędzają mnie w rozmyślania nad własną beznadziejnością?
-No przynajmniej wydajesz się bardziej poważna niż ten tam. –Stwierdziła blondynka wskazując na Mieczysława.
-Słyszałem to, amerykańska… -okularnik już miał wybuchnąć lecz przerwała mu Felicja zakrywając mu usta dłonią zdobioną runą Łowców.
-Przepraszam za niego, to szaleniec, nie wie co mówi. –Wytłumaczyła patrząc karcąco na bliźniaka.
-Potwierdzam! –Potwierdził Pierre unosząc dłoń jak do głosowania.
-Mieciu jak się nudzisz to idź po szklankę mleka. –Zaproponowała Nicole posyłając mu mordercze spojrzenie.
-Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę. –Oświadczył odsuwając się od stolika Mieczysław. Wstał i wyszedł.
-Przy tobie jest jakiś kulturalniejszy, zazwyczaj już poleciałyby z trzy przekleństwa. –Powiedziała różowowłosa.
-Wiesz, nie bez powodu. Jakby nie patrzeć to on jest tylko ode mnie wyższy. W pojedynku by zginąłby choćby nie wiem jakich run użył. –Oceniła amerykanka mieszając słomką swojego mlecznego shake’a.
-Przecenili go, dali za dobrą broń i masz babo placek… -usprawiedliwiała brata po czym wzruszyła ramionami.
-Czy to nie była troszkę aluzja do mnie? –Odezwała się lekko urażonym głosem Aria. Nicole zaśmiała się radośnie.
-Jako, że jestem pseudo nauczycielem oto tej pani powinienem się za nią wstawić, ale nie widzę sensu. –Wtrącił Pierre wskazując na niebieskooką.
-Dziękuję, że we mnie wierzycie! –Rzuciła ironicznie przewracając oczyma brunetka.
-Zobaczysz, jeszcze się wyrobisz. –Powiedziała Nicole celując w nią słomką.
-Powiedziała dziewczyna, która pewnie trenuje takie rzeczy od kołyski. –Aria wygłosiła kolejny ironiczny komentarz. Nagle blondyn podniósł się z krzesła.
-Dam ci taki wycisk, żebyś nie myślała, sceptyczny debilu. –Powiedział łapiąc Arię za ramiona i unosząc do góry. Cała scena zakończyła się upadkiem z krzesła.
-Wypraszam sobie. Trenuję dopiero od siódmego roku życia! –Wytłumaczyła Nicole. –Pierre ma rację, idź ćwiczyć, bo zaraz pójdą w ruch sztylety, a ja mam słabą cierpliwość. –Rzuciła w formie pożegnania kiedy zbierała się do wyjścia.
Aria jeszcze chwilę kłóciła się z blondynem o to co zrobił, a amerykanka wyszła z pomieszczenia. W końcu kiedy nauczyciel pomógł wstać uczennicy doszli do porozumienia. Felicja została sama. Dopiła swoją zieloną herbatę z nutą grejpfruta po czym powiedziała sama do siebie:
-A jeszcze parę tygodni temu to było takie spokojne miejsce…
Głębokie westchnienie połączone z podniesieniem się przypieczętowało jej wyjście.   
Treningi Arii można było podzielić na dwie części. Teoria i praktyka. Oczywiście w tej pierwszej dziewczyna czuła się pewniej. Pochłanianie wiedzy szło jej zawsze z łatwością. Wszystko układało się w logiczną całość w jej umyśle. Gorzej było z praktyką. Co prawda już jakoś ogarniała włócznię, ale wciąż nie były to poziom jakiego by oczekiwała. Pierre próbował wprowadzić do jej wyposażenia inne bronie. W miarę radziła sobie ze sztyletami, gorzej z mieczami. Jeszcze gorzej było z biczami, łukami, pistoletami. Nie miała cela, zawsze chybiła. Plusem tych wszystkich męczarni było to, że lepiej wychodziły jej akrobacje. Podczas skoków czuła się lekko jak bryza pchana w górę przez prądy morskie. Często zdarzało się jej przypominać jak pierwszy raz zrobiła ten efektywny unik. Gdy prosto na nią pędził demon zwany cieniem uskoczyła w bok. Zatrzymała się chwilę na rękach poczym znowu wylądowała na nogach. Po wykonaniu tego miała radochę na cały dzień, ale potem przez przypadek zobaczyła jak ćwiczy Nicole.
Walka z paroma przeciwnikami na raz. Wszędzie latała broń. Cienie szczelnie otaczały blondynkę, ale ta zbytnio się tym nie przejmowała. Sprawne cięcia jej serafickim niezwykłym mieczem i było po sprawie. Znowu miała całkowitą swobodę ruchów. Kolejnym ciosom towarzyszyły spektakularne ruchy. Były pełne gracji i lekkości. Mimo, że było to mroczne widowisko dla Arii było piękne i bolesne zarazem. Widać, że robiła to od dziecka. Jednak mojego hopla na punkcie ambicji nie wyleczysz pomyślała smutno Aria odchodząc. Nader wielkie pragnienie bycia najlepszą pchało ją cały czas do przodu, lecz jej sceptyczne usposobienie ją spowalniało.
To co zaproponował dzisiaj Pierre zawaliło ją po porostu z nóg.
-Dzisiaj nie będziesz walczyć z demonami. –Zaczął spokojnie –w pełni rozumiem, że to może się przejeść po dwóch tygodniach. Dzisiaj powalczysz ze mną.
-Poczekaj, poczekaj… -zaczęła Aria jąkając się. –Mam z tobą walczyć?
-Tak. –Potwierdził znikając na chwilę w zbrojowni. –Mam walczyć tym co ty czy mam dowolność wyboru?
-Ale po co?
-Aria, widać, że jeszcze mało wiesz o tym świecie. –Rzucił rozbawiony, ale po chwili spoważniał widząc chłodne spojrzenie brunetki. –Od pewnego czasu są też inni wrogowie. Teraz już nie spotkasz tylko demonów. W Warszawie już są Mroczni Łowcy.
-Skoro wy jesteście aniołami to pewnie oni są demonami, prawda? –Zgadywała Aria. –Jeśli chodzi o broń to bierz co chcesz.
-Dziękuję. –Odparł blondyn uśmiechając się. –Wyciągaj włócznie.
Aria posłusznie przywołała broń z ciemnoniebieskiego kryształu. Pierre zaraz pojawił się z japońskim mieczem. Cienkie ostrze było zdobione złotymi ornamentami, a rękojeść była obłożona jaskrawoczerwonym materiałem.
-A więc… -Zaczął poczym na chwilę zamilkł. Ustawili się naprzeciwko siebie i patrzyli w swoje oczy. –Już.
Blondyn natychmiastowo zadał pierwsze uderzenie. Zaskoczona jego zaciętością Aria ledwo odparła cios. Spróbowała odwdzięczyć się mocnym pociągnięciem włócznią na wysokości jego ramienia, lecz Pierre bez trudu odparł atak i wycelował w tą samą część ciała, w którą przed chwilą celowała jego podopieczna.
-Zgadłaś, oni są demonami. –Nagle odezwał się między wymianą ciosów Pierre. – Wszystko zaczęło się przez Sebastiana Morgensterna. On pociąga za sznurki w Ameryce, u nas rozpracowujemy dopiero kto jest przywódcą. Mroczni Łowcy niestety mają więcej siły niż my i są bardziej sprawni, ale nie mają jeszcze żadnych broni z wspomagaczami. My dalej mamy serafickie ostrza.
-Czyli w zasadzie nie mamy żadnej przewagi. –Stwierdziła Aria. Zablokowała proste pchnięcie trzonem włóczni. Jej serce, które zazwyczaj było spokojne zaczęło przyśpieszać.
-Tak, albo i gorzej. Oni są sprawniejsi, a nie mają żadnych run. –Przytaknął Pierre. Wykonał kolejne natarcie, którego Aria nie zdołała odeprzeć. Błyszczący metal zatopił się lekko w skórze uda. –Jeśli mam być szczery są jedyną rzeczą jaka mnie przeraża.
-Niczego innego się nie boisz? –Zapytała Aria, wyczuwała, że jej oddech i głos drży. Kiedy jej przeciwnik zaczynał kolejny atak, tym razem na wysokości jej tułowia, skoczyła na kucki i podcięła go grotem włóczni.
-Cholera. –Pierwszy raz odkąd go spotkała przeklął. –Bez przesady. Boję się o jednego człowieka, ale mam wrażenie, że go już nie ma.
-Tajemniczo to zabrzmiało. –Stwierdziła Aria zamykając jego nadgarstek w lodowej okowie. –Jeśli mogę wiedzieć, to kim jest ta osoba?
-Tak właściwie co mi szkodzi ci powiedzieć. –Stwierdził uśmiechając się. –Mój brat, kiedy przyjechaliśmy tu rok temu może był w Instytucie z dwa, trzy dni, a potem wyszedł na polowanie i nie wrócił. W pierwszej chwili wszyscy myśleli, że jakiś demon go załatwił i tyle. Ja wiedziałem, że to nie prawda, on miał talent. Szukaliśmy go równy miesiąc, ale go nie znaleźliśmy…

Nagle do sali weszła Nicole. Jej twarz zdobił wielki wyraz dezaprobaty.
-Pierre! Jak będziesz się tak cackał z nią to ona w życiu się niczego nie nauczy! –Wykrzyknęła ekspresyjnie wyrzucając ręce w górę.
-A skąd wiesz, że się cackam? –Zapytał podchwytliwie. –Aria, weź to rozpuść, bo głupio mi się rozmawia z nią z poziomu podłogi.
-Nie musisz. –Rzuciła Nicole. –Lepiej rozmawia mi się kiedy nie muszę patrzeć do góry. Francuzie drogi –zwróciła się do blondyna. –Wiesz, że w całym Instytucie są kamery?
-Zapomniało mi się. –Przyznał. –Pewnie byłaś ciekawa jak sobie radzi córeczka szefuńcia.
-Trochę, ale też ciekawiło mnie jakim jesteś nauczycielem. –Wytłumaczyła. –I muszę stwierdzić, że się do tego nie nadajesz.
-Nareszcie krytyka nie na mnie! –Stwierdziła triumfalnie Aria.
-Nawet nie chce mi się ciebie skrytykować jeśli mam być szczera. –Powiedziała blondynka posyłając znudzone spojrzenie Arii. –Mam nadzieję, że weźmiesz sobie trochę do serca to co powiedziałam.
Wyszła z lekkim trzaśnięciem drzwiami. W tym momencie również lód się skruszył. Chłopak usiadł z wyprostowanymi nogami lekko rozcierając swój nadgarstek. Brunetka podała mu dłoń by pomóc mu wstać. Przyjął ją z wdzięcznością. Kiedy przestał zajmować się ręką spojrzał na swoje stopy. Na wysokości kostek przebiegała cienka czerwona kreska.
-Ładnie mnie urządziłaś. –Stwierdził kiwając głową z uznaniem.
-Przepraszam. –Odparła Aria, nie wiedziała czemu niby się cieszył z ran.
-Za co? –Roześmiał się serdecznie. –Pięknie to zrobiłaś, nie spodziewałem się, że to zrobisz. Zazwyczaj jesteś dość statyczna w walce.
-Takie tam zaskoczenie. Pomyślałam, że może się mi uda wytrącić cię z równowagi, poszło lepiej niż myślałam. –Wyznała.
-Zresztą nie jestem dłużny –odrzekł patrząc na ranę Arii. –Boli? A zresztą nie ważne i tak to trzeba opatrzyć i tak.
Oboje poszli to gabinetu lekarskiego, w którym nigdy nikogo nie było. Czyżby i tutaj dosięgało fatum wiecznego barku pielęgniarki? Jak u siebie w domu Pierre wyjął z pierwszej lepszej szafki wodę utlenioną. Stawiając nogę w bucie na białym blacie polał czerwoną linię. Po chwili nie było ani śladu po ranie. Aria zamarła z niemym wow na ustach.
-Czaderskie, prawda? –Zapytał retorycznie. –Nocni Łowcy mają szybką regenerację.
Aria spojrzała na swoje obrażenia. Chyba trwały w martwym punkcie. Chociaż rana już zakrzepła.
-Dezynfekujemy? –Aria patrzyła nerwowo na czerwono-żółte strupy. Pierre przytaknął. Płyn szczypał po zetknięciu z krwią, ale rana dalej była taka sama.
-Geny wiedźmy. –Stwierdził cmokając blondyn –ale nie powinno być źle, jutro nie powinno nic być widać. Dam ci już na dzisiaj spokój.
Aria podświadomie się uśmiechnęła, koniec na dziś. Chociaż co teraz będą robić? Pierre pewnie zaraz znajdzie sobie jakieś zajęcie, ale ona? Przecież w zasadzie nie zna za dobrze tego budynku, ani nie wie co mogłaby robić. Czyżby czekała mnie nuda w domu?  Na szczęście blondyn zaproponował, że posiedzą spokojnie przy herbacie, może spotkają Nicole.
Nicole siedziała sama przy stoliku i czytała jakąś książkę.
-O to chyba nie podejdziemy do niej. –Stwierdził Pierre, a napotykając pytający wzrok Arii dodał –nienawidzi jak się jej przeszkadza w nauce.
-Nie można się całe życie uczyć. –Stwierdziła Aria ruszając z miejsca, ale ktoś ją wyprzedził. Mieciu?
Wściekłym i dynamicznym krokiem podszedł do stolika amerykanki i z miną jakby był zniesmaczony i wściekły na raz postawił przed nią żółto-biały karton. Mleko?
-Do usług panience. –Rzucił z przekąsem i ukłonik się dwornie.
Aria zaczęła trząść się ze śmiechu, ale dała radę podejść do przyjaciela. Nicole przez moment miała minę jakby nie widziała o co chodzi, a twarz Pierre’a zdobił głupkowaty uśmiech.
- I co się szczerzysz, żabojadzie? –Zapytał ironicznie Mieczysław. –A ty się Aria nie śmiej, debilu ty.
-Ale to jest zabawne. –Z trudem powiedziała Aria wycierając łzy z kącików oczu. Różowe włosy zamajaczyły na korytarzu.
-O braciszek powrócił. –Powiedziała Felicja zamiast się witać. Rozczochrała mu włosy. –Gdzieś żeś był powsinogo? Mamusia dzwoniła. Clave już wie.
-No nie. Wkręcasz mnie. Nie mów, że to prawda. –Powoli mówił odruchowo poprawiając okulary na nosie.
-Pewnie zaraz pojawi się Stefan żeby zabrać cię na rozmowę z szefem. –Krakała Feli uśmiechając się złośliwie.
-Chwila. –Przerwała Nicole unosząc wzrok nad opasłego tomu. –O co chodzi?
-Obecny tutaj Mieczysław Sława podpalił tęczę na Placu Zbawiciela. –Wytłumaczyła Aria. Nicole popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-Serio? –Okularnik kiwnął głową na tak. Uśmiechnęła się pewnie i pochwalnym tonem odparła –gratulacje!
Po tych słowach w drzwiach pojawił się Stefan, tym razem wyglądał jakby tryskał energią.
-Mieczysław, mogę cię prosić na chwilę? –Zaczął, ale po chwili dodał –po co ja się ciebie pytam. Chodź, szef chce z tobą pogadać.
-Teraz to jeszcze gorzej się go boję jak wyszło, że to ojciec Arii. –Powiedział pod nosem Mieciu. W nagłym olśnieniu  spojrzał na Arię. –Chodź ze mną! Będziesz mnie bronić!
-Zwariowałeś? Nigdzie nie idę. –Spierała się brunetka. –Jakby zobaczył co mi Pierre zrobił to byś uniknął kary.
-Co ci ta pierdoła zrobiła? –Zapytał zdziwiony, a za niecenzuralne słowo dostał po głowie od Nicole.
Aria wskazała na swoją nogę, ale zauważyła pytające spojrzenie. Zerknęła na nią. Nie było żadnego śladu.
-Jaki odjazd! Zagoiło się. –Uradowana jak dziecko na nową zabawkę dziewczyna przyglądała się swojemu udu.
-Dobra, dzieciaki, bez odwalania. –Skwitował Stefan i machnął dłonią na okularnika. –Idziemy Mieciu!
Reszta została na swoich miejscach i rozmawiała jak gdyby nigdy nic. Na początku snuli spekulacje na temat kary jaka czeka ich przyjaciela, lecz zaraz zaczęli dość przyziemne tematy. Co robiliście, głupawe historie, wyjazd rodziców Feli i Miecia do Idrisu. Przyjazne rozmowy, ale zarazem nic wnoszącego. Pozory mylą pomyślała Aria patrząc na Nicole najpierw do bólu szczera i chłodna, teraz staje się otwarta i zabawna.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Kto jest mistrzem w wymyślaniu durnych zdrobnień? Tak ja... a więc zaćmienia słońca wy moje oto nowy rozdział! W końcu są ferie, więc jest i czas na pisanie, ahhh cudowny czas