Warszawa to nie Nowy Jork. Do takich wniosków doszła Nicole po dwóch tygodniach. Za każdym razem kiedy szła na polowanie nic nie udało jej się zdobyć. Brak demonów zaczął działać jej natychmiastowo na nerwy. Starała się wyładować na treningach, ale nie było to te same uczucie co w walce z prawdziwymi wrogami. Miała już trochę tego dość. By dać upust emocjom postanowiła wyjść na spacer jak normalna nastolatka. Bez broni, bez Steli, w kolorowych ubraniach. Ubrana w jasne dżinsowe szorty, dwa top nałożone na siebie, jeden biały, a drugi w odcieniu gorącego różu, niebieskie trampki z białą i czarną sznurówką wyszła spokojnie na ulicę. Włosy tym razem zebrane w luźny warkocz powiewały na delikatnym wietrze.
Idąc w tłumie ludzi myślała o wczorajszych rozmowach. Z uśmiechem wspominała sprawę z Zimową Włócznią. Stwierdzając, że Aria nie umie się nią posługiwać nakazała Mieciowi by ją zabrał. Chłopak miał w sobie zawsze tą odwagę by zrobić wszystko, konsekwencje nie były ważne. Zresztą Aria wcale nie protestowała kiedy zabrał jej broń w ręki. Z początku wydarł się, upuścił włócznię, a potem zamknął się i zaczął masować czerwoną dłoń. Nicole zdziwiona jego reakcją oczywiście go skrytykowała i sama schyliła się po broń. Zrozumiała czemu ją odrzucił. Była zimna, szacując temperaturę panna Winters określiłaby ją jako lekko poniżej minus trzydziestu stopni. Na dłuższą metę ciągły chłód rękojeści nie jest miłym bonusem w walce, więc oddaje ją właścicielce. Jeśli jej to odpowiada niech męczy się dalej.
Kiedy blondynka przemierza dalej ulice naszyjnik w kształcie płatka śniegu buja się w rytmie jej kroków. Szare niebo czasami rozjaśnia się gdy słońce odnajdzie szparę między chmurami. Najzwyczajniejsze południe. Ludzie gdzieś idą, wokoło jest ich pełno, szczególnie nastolatków. Amerykanka trochę im zazdrości. Nigdy nie zaznali strachu wywołanego demonami. Dla nich były to tylko bujdy, bajeczki starszych pań chodzących do kościoła każdego dnia.
Świat wokoło nagle zwalnia i szarzeje. Jedynie Nicole pozostaje w swoim stanie. Tłum zamarł w pół kroku, chmury zaprzestały wędrówki po niebie. Zdezorientowana nastolatka zaczyna oglądać się do tyłu. Na jej poziomie nie ma nikogo. Co się stało przemyka jej przez umysł. Świat wciąż stoi gdy krawędzie kamienia zawieszonego na jej szyi zaczynają pulsować tęczowym światłem. Nie był to zwykły wisiorek, to był detektor demonów. Najpierw zmiany kolorów następowały powoli. Jeden, tylko jeden. Jednak światło detektora było coraz bardziej się nasilało.
-Co to za miasto gdzie demony atakują w samo południe? –Wykrzyczała sfrustrowana Nicole trzymając w dłoniach chłodny płatek śniegu. Teraz nie pozostało mi nic jak ucieczka stwierdziła w myślach.
-Znam odpowiedz! –Głos dobiegał z góry. –Warszawa kiedy jest w niej Fryderyk!
-Mógłbyś się nie przesadzać? –Zwrócił się do niego inny głos, opanowany i spokojny.
Dwójka chłopców w jej wieku ubranych w czarne stroje Łowców stała na dachu pobliskiego budynku. Niższy miał wredny uśmieszek na twarzy i czerwone jarzące się oczy. Nie miał żadnych run. Drugi, wyższy miej więcej o pół głowy od tamtego, miał obojętny wyraz twarzy i równie zielone oczy jak u Pierre’a. Ten miał parę widocznych run. Nocny Łowca współpracujący z jakimś zadufanym w sobie dzieciakiem? Czemu nie jest w Instytucie?
-Nie obchodzi mnie co chcecie mi zrobić. –Stwierdziła Nicole zaplatając ręce na piesi. –A Fryderyku?
-Słucham. –Odpowiedział z uśmiechem pochylając się nad krawędzią budynku.
-Mogę mówić na ciebie Fretka? –Zapytała kradnąc zadowolenie z jego oblicza. Wpatrywał się w nią zmrużonymi oczyma. –A zresztą twoje zdanie w tej kwestii się nie liczy.
-Do ataku. –Wyszeptał gniewnie nie zwracając już uwagi na dziewczynę.
Jeden szept wystarczył by niebo stało się ciemniejsze. Cienie się pojawiły. Prawdziwie Cienie. Nie jakieś marne podróbki, na których ćwiczy się w Instytucie. Prawdziwe, zacięte, walczące do końca. Zabierające dusze. Kątem szarego oka Nicole zauważa, że na końcu ulicy hordę gigantów o bladych twarzach. Całkiem już świadoma zagrożenia zaczyna biec. Dziękować Aniołowi za runę szybkości na prawym ramieniu!
Z czego już zdążyła się zorientować gdzieś w pobliżu powinien być kościół. Nie ma mowy by demony przekroczyły święte progi. Już zaczynała czuć to, że biegnie. Stary ból lewego kolana i prawego uda odezwał się jak dawny znajomy niewidziany od lat. Niespodziewanie i gwałtownie. Zapomina się o nim, ale on wciąż gdzieś tam jest.
Cienie górowały nad nią, ale teraz próbowały zbliżyć się do ziemi. Popchnęły ją w stronę asfaltu, którym teraz uciekała. Upadła na lewe kolano, a przez jej ciało przetoczyła się fala bólu. Zaciskając za mocno zęby podniosła się i biegła dalej. Chęć przetrwania nie pozwalała się poddać. Nie miała pojęcia co może zrobić bez broni. Walka wręcz z tyloma przeciwnikami nie wchodzi w grę. Poruszać się dalej wydaje się ostatnim wyjściem. Pewnie zdolna pół-czarodziejka Aria ruszyłaby czasem pomyślała nagle Nicole szkoda, że jej tu nie ma, może magia idzie jej lepiej niż walka.
Slenderopodobni są szybcy. Od ofiary dzieliło ich parę kroków, nie ścigali jej. Szli po nią najspokojniejszym tempem jaki do tej pory widziała. Miała ochotę paść na ziemię i pozwolić na swoją śmierć. Zaciętość pchała ją wciąż dalej nie zważając na wszelkie utrudnienia. Przeżyjesz. Skręca w jedną z bocznych uliczek mimo, że ma świadomość, że oddala się od najbliższej bezpiecznej przystani. Uliczka staje się ciaśniejsza, ale dalej jest w stanie pomieścić potwory. Zrozpaczona znowu zmienia trasę. Trafia na jakiś parking. Bez wyjścia. Staje jak wmurowana, nic już nie zrobi.
Cienie powalają ją na ziemię, a łącząc siły z czarno-białymi humanoidalnymi stworami zadają jej głębokie rany. Nicole straci ostrość widzenia. Obraz ciemnieje, a po mocnym uderzeniu w potylicę całkowicie zanika. W tym samym monecie przestaje walczyć. Nieprzytomna, cała we krwi. Pokonana.
Fryderyk pojawia się razem z zielonookim. Jeden ruch jego dłoni sprawia, że demony znikają w czarnej, oleistej mgle. Jego twarz wciąż zdobi wyraz niezadowolenia. Podchodzi do leżącej na ziemi dziewczyny o blond włosach.
-Przypomnij mi, co mówił informator. –Poprosił łagodnie czarnowłosy.
-Nowa w Instytucie. Wysoka. Blada cera. Brunetka. Niebieskie oczy. Nosi włócznię cały czas przy sobie, w formie wisiorka. –Wyliczył jego towarzysz wciąż spokojny. Chociaż w głębi jego duszy odzywał się niepokój, silniejsze emocje wygrywały.
-Pierwsze się zgadza, reszta nie. Chociaż można było pomylić naszyjniki. Szkoda, całe przedstawienie na marne. –Rzucił Fryderyk przyklękając koło nastolatki. Bez ceregieli w delikatność obrócił ją na plecy. –Może jej dusza się nadaje.
Z kieszeni kurtki wyjął płaski, okrągły przedmiot. Na otwartej dłoni opuścił srebrzyste urządzenie bliżej jej ciała. Zatrzymał się na wysokości serca. Śnieżnobiały blask otulił szczelnie podejrzany krążek.
-Zero mroku. –Stwierdził czarnowłosy. –Kłamstwem by było to, że nie jestem zły. Przynajmniej zapewniła trochę rozrywki. Chociaż myślałem, że taka wygadana i złośliwa Nocna Łowczyni będzie miała ciupek zła w duszy.
-Czasami ludzie są nieprzewidywalni. –Odparł przeczesując brązowe włosy dłonią.
-Niektórzy szczególnie –odpowiedział z tajemniczym uśmiechem. –Zostawmy ją. Pora wracać na Pragę.
-Mamy ją zostawić? –Zapytał jego z niepewnością. Tym razem wygrał zielonooki, ale Fryderyk zaczął się śmiać.
-Shane, nie wierzę. –Zaczął kiedy uspokoił śmiech –Masz jeszcze wyrzuty sumienia? W pobliżu jest szpital, dziecięcy, więc załapuje się wiekowo. Zresztą kiedy czas znowu ruszy zapewne Pierre zaraz się dowie o wszystkim co tu zaszło.
Fryderyk przeszedł obok niego i pstryknął palcami. Świat odzyskał swoje dawne barwy, powietrze znowu było w ruchu, wypełnione dźwiękami miasta. Oboje oddalili się od krwawiącej nastolatki.
***
W Instytucie panował spokój. Żadnych krzyków, żadnych kłótni. Spokój i cisza. Taką chwilą Felicja mogła delektować się całą wieczność. Niestety w polu jej widzenia pojawia się jej brat. Już wyczuwa nadchodzącą złą energię. Jednak jej przeczucia okazują się fałszywe. Mieczysław siada naprzeciwko niej najspokojniej w świecie. Napotykając zdziwiony wzrok siostry pyta:
-No i co się lumpisz?
-Czyżby twoja nowa amerykańska znajoma nakazała ci być spokojnym? –Odparła Feli. Nie otrzymując odpowiedzi natychmiast kładzie dłoń na czole bliźniaka. –Gorączki nie masz.
-Czy to że raz w życiu jestem spokojny to dziwne? –Rzucił retorycznie –a jeśli chodzi o Nicole to nie wiedziałem jej dzisiaj.
-To dlatego. Umierasz na suchoty, bo nie widziałeś swojej sympatii. –Wyklepała Felicja podekscytowana.
-Jak ty coś pierdolniesz to można ręce i nogi połamać… -powiedział Mieczysław przeciągając ręką po twarzy –z trzy razy… w każdej kości.
-Oj no co… myślisz, że nikt nie widzi jak jej usługujesz? –Powiedziała Felicja uśmiechając się. Widząc zabójczą minę brata dodaje –przecież wiesz, że żartuję.
-Weź już nic nie mów…
-Oooo tutaj już by na końcu było niecenzuralne słowo. –Zauważyła różowowłosa.
-Zamknij się, bo zburzysz moją dziej sza oazę spokoju. –Odparł okularnik uśmiechając się szeroko.
-Straszniej by było jakbyś zaczął się śmiać. –Aria podeszła do nich tak cicho, że przestraszyli się kiedy zauważyli, że siedzi obok. –Nowa runa. –Dodała widząc ich miny.
-Tylko się nie uzależnij. –Przestrzegł Mieciu –serio, można. Na początku tak miałem.
-Wtedy zabrałam ci Stelę. –Przypomniała Felicja. –Pamiętasz jak wyglądał jakby nie spał w szkole? To było wtedy.
-Mam ochotę oddać ci Stelę. –Aria zwróciła się do Pierre’a, który przed chwilą przyszedł.
-Czemu?
-Straszą mnie tym, że będę jak Mieciu.
-Też bym się zaczął bać. –Przyznał Pierre.
-Niszczysz moją oazę spokoju, Pierdoło… -wysyczał przez zęby okularnik.
-Ojejciu… chwila… czemu jeszcze jesteś spokojny? –Pierre spojrzał na szatyna z niepokojem.
-Kolejny. –Mieczysław opuścił głowę na ramiona.
-Suchoty –rzuciła melodyjnie prosto do ucha bratu Felicja.
-Ona może mieć rację. –Stwierdził nagle blondyn dłubiąc przy swoich spinkach do włosów. Dziś były czerwone. –W końcu jesteście Parabatai.
-Widział ktoś Nicole? –Przerwała Aria pytając –nie widziałam jej cały dzień.
-Pewnie jest na spacerze, jak ciągle ostatnio –Odpowiedział francuz. –Wyżaliła mi się, że Warszawa jest beznadziejna od strony demonów.
-Chyba nie była na Pradze. –Wtrącił Mieczysław.
-Mignęła mi jak wychodziła –wyznała Feli. –To było chyba o… dwunastej? Była ubrana na kolorowo, czujecie?
-Aż już chcę, żeby wróciła. Chcę to zobaczyć na własne oczy. –Aria wypowiedziała zdziwiona. –W ogóle to która godzina?
-Szesnasta. –Odczytał z wyświetlacza telefonu Pierre. –Dziwne.
-Co? –Wyciągała z niego wyjaśnienia Aria.
-Zazwyczaj jest na spacerze z dwie godziny. Minęły już cztery. –Odparł.
-Czyżby to był znak iż coś się stało? –Zapytał ironicznie Mieczysław.
-Myślę, że możemy jeszcze poczekać z wysyłaniem ekspedycji poszukiwawczej. –Oznajmił Pierre znowu bawiąc się swoimi spinkami. –Nicole to duża dziewczynka, poradzi sobie.
-A ile będziemy czekać? –Odezwali się chórem otaczając najstarszego.
-Spragnieni wrażeń? Zresztą ty Mieciu i tak nie możesz wychodzić. –Przypomniał Pierre.
-I tu cię zagnę Pierdoło! Mam przecież miesiąc zakazu polowań i trzy miesięczny zakaz walk na śródmieściu, ale nic nie jest powiedziane o sytuacjach kryzysowych i poszukiwaniach. –Powiedział Mieczysław uśmiechając się triumfalnie.
-No dobrze. –Zgodził się blondyn –jako, że pewnie i tak nic się nie stało to tylko ogarnijcie jakiś plan poszukiwań i wychodzimy.
-Czyli: ustalajcie sobie sami, ja się tylko z wami przejdę. –Sprostowała z ironią Aria. –Proste. Wyjdziemy, rozdzielimy się i każdy pójdzie w inną stronę. Jakoś ją znajdziemy.
-Świetny plan! Gdzie zaczynamy? –Odparła Felicja.
-Tam gdzie Mieciu lubi robić rozróby. –Rzuciła bez namysłu brunetka.
-Na Plac Zbawiciela marsz! –Rozkazał Pierre podnosząc się z krzesła.
***
Po bezowocnej
godzinie poszukiwań wszyscy wrócili do punktu wyjścia. Znając trochę Nicole
stwierdzili, że watro przeszukać tylko najbliższe główne ulice. Kiedy znowu się
rozdzieli, tym razem w pary. Felicja poszła w stronę Alei Wyzwolenia razem w
Pierem, a Mieczysław i Aria poszli znowu Marszałkowską, tym razem w kierunku
kina Luna.
-Może sprawdzić koło kościoła? –Aria myślała głośno.
-Nie zaszkodzi. –Przyznał.
Przeszli przez pasy nie musząc czekać. Obeszli całą wysoką białą budowlę, ale nic nie znaleźli. Zero śladu Nicole. Wrócili na swoją starą ścieżkę. Ciężka atmosfera wzrastała. Szli powoli, rozglądając się. Zerkali i przechodzili przez większość zaułków poczym zaraz wracali w główną ulicę. Aria wciąż miała nadzieję, że natrafią chociaż na jakiś ślad obecności amerykanki. Wciąż bez rezultatów szli chodnikiem. Mieczysław osądził, że dojdą do Placu Unii Lubelskiej i zawracają. Aria zatrzymała się przy pierwszym skręcie. Litewska. Nie wiedząc czemu wyczuła, że były tu demony. Nie czekając na swojego towarzysza ruszyła pewnym krokiem w tamtą stronę. Usłyszała niewyraźne wołanie chłopaka i szybki tętent jego marszu. Zatrzymała się przy pierwszym zakręcie po jej lewej stronie. Musiała tam być, wyczuwała to.
-Aria niby czemu tu… -zaczął okularnik, ale Aria przerwała mu ruchem ręki.
Dziewczyna przymknęła oczy. Wciąż widziała świat, lecz w czarno-białej wersji. Obok niej błyszczało przyćmione brązowe światło. Instynkt podpowiadał jej, że to dusza Mieczysława. Nie tego szuka. Jednak magia to niezły cymes. Co prawda brunetka zdawała sobie sprawę, że jej umiejętności są jeszcze bardzo słabe, jednak jedynie ona mogła robić takie rzeczy. Zasięg był mały. Co prawda dostrzegała inne dusze, były białe. Czemu tylko Mieczysław miał jakiś kolor? Nie ważne, trzeba odnaleźć Nicole, a raczej jej duszę. Pełna skupienia starała się dostrzec więcej. Jest! Śnieżnobiałe światło, mimo, że widzi je pierwszy raz w życiu poznaje je. Jest znajome, zawiera całą esencję charakteru Nicole. Zaciętość, siłę, zdecydowanie, impulsywność. Gdy Aria otworzyła oczy wiedziała gdzie iść. Jej skronie przeszyła strzała bólu.
-Tam. –Oznajmiła Aria jedną ręką wskazując parking obok Ministerstwa spraw zagranicznych. Drugą ręką masowała głowę.
-Możesz mi powiedzieć co to miało być? –Zapytał podejmując marsz. Niebieskooka ruszyła za nim.
-Takie tam magiczne sztuczki. –Wyjaśniła wzdychając. –Nic szczególnego, wyszukiwanie dusz. Jeszcze nie do końca to umiem, jak chcę widzieć za dużo kończy się to bólem.
-Wygląda na to, że magia jest dla sadystów. –Stwierdził okularnik. Aria miała już mu posłać mu ciętą ripostę, lecz zauważyli Nicole.
Podbiegli szybko do leżącej na asfalcie blondynki. Obrócona twarzą w stronę nieboskłonu oddychała płytko. Na jej kolorowym ubraniu były zaschnięte ślady krwi. Blada skóra przyozdobiona czerwonymi pręgami, fioletowymi siniakami oraz czarnymi runami.
- I jeszcze te głupie baby ratować… -mruknął sceptycznie Mieczysław poprawiając okulary.
Aria wystukała szybko na klawiaturze smartfona wiadomość do Felicji. Poszukiwania zakończone. Mieczysław wziął na ręce Nicole pomimo pomysłu Arii na wykorzystanie do tego magii. By nie przyciągać ciekawskich spojrzeń i nieproszonych wizyt policji teleportowali się do Instytutu. Mieczysław poszedł do pokoju Nicole, a Aria postanowiła poczekać aż Feli i Piere zjawią się w Instytucie.
Gdy już cała ekipa zebrała się nad blondynką Francus zdecydował, że najszybciej będzie narysować na skórze Nicole leczniczy Iratze. Co prawda już sińce znikły z bladej cery, a rany częściowo się zasklepiły, lecz Pierre sprawnym ruchem stworzył runę na jej dłoni. Po chwili znak wtopił się w skórę pozostawiając po sobie biały ślad podobny do blizny. Amerykanka za chwilę otworzyła srebrzyste oczy. Omiotła spojrzeniem cztery twarze pochylone nad nią.
-Nie myślałem, że jesteś głupia. –Pierwszy odezwał się Mieczysław posyłając jej wredny uśmiech.
-Myślałam, że będziesz teraz dla niej miły. –Wyznała z rozczarowaniem różowowłosa. –Ty to mnie zawsze rozczarujesz.
-Nie wiem co się dzieje, ale co robicie u mnie w pokoju? –Zapytała zdezorientowana Nicole –Aria wytłumacz mi co się dzieje, bo jedyna jesteś poważna w tym towarzystwie.
-A więc… -ruszyła z tłumaczeniem brunetka, ale po chwili zamilkła. Co ja niby mam jej powiedzieć? –sami nie wiemy co się stało… może coś sobie przypominasz? A w ogóle to jak się czujesz?
-Skołowana i zmęczona. –Oceniła Nicole wolno siadając –możecie nie przekraczać mojej strefy osobistej? -Wszyscy jednocześnie się odsunęli. –Może zmienimy otoczenie? Chyba mogę chodzić, a w razie czego to przecież Mieczysław mnie złapie.
-Może tak, może nie, jeszcze się nie zdecydowałem –rzucił okularnik.
Wolno cała grupka przeszła do często używanego pomieszczenia. O tej godzinie Nocnych Łowców tylko wciąż przybywało do kafeterii. Zazwyczaj byli to ci, którzy już skończyli pracę w Instytucie i przygotowywali się do polowań lub członkowie Czarnej Gwardii szykujący się na zbliżające patrole. Jak zwykle z piąta przyjaciół usiadła przy tym samym stoliku blisko ściany. Kiedy wszyscy już się zdecydowali co chcą Aria zaproponowała, że się tym zajmie. Różowowłosa poszła za nią by nieść jej pomoc.
-Wyglądasz inaczej w tych kolorowych ubraniach. –Powiedział Mieczysław zerkając na Nicole. –Z lekka nienormalnie.
-Wiecznie przyzwyczajony, że chodzę od stóp do głów ubrana na czarno? –Zapytała ironicznie Nicole.
-A do tego uzbrojona po zęby i ze Stelą w ekwipunku –dołożył Mieciu, a po chwili cicho się roześmiał. –Do tej pory nie mogę uwierzyć, że dałaś się pokonać.
-Nawet najlepszym się zdarza. –Zauważyła Felicja. Ze zręcznością profesjonalnej kelnerki pozbawionej tacy niosła dwie filiżanki postawione piętrowo w jednej ręce i kubek w drugiej.
-Ale nie najlepszym z najlepszych –zakwestionował szatyn posyłając złośliwy uśmiech w stronę Wintersówny.
-Pamiętasz co cię zaatakowało? –Zapytała konkretnie Aria stawiając przed Nicole mrożoną kawę.
-Cienie i Slenderopodobni. –Odrzekła Nicole lekko marszcząc brwi –jednak takie demony nie pojawiają się w dzień.
-Masz na myśli, że ktoś je kontrolował? –Szybko wyciągnął wnioski Pierre.
-Tak, był tam taki jeden chłopak, czerwone oczy i czarne włosy. Nazwałam go Fretka. –Opowiedziała Nicole. –Zatrzymał też czas.
-Pewnie chodzi ci o Fryderyczka. –Powiedział Mieczysław uradowany bez powodu. –Ten to dopiero lamus, ale nie gorszy niż Nicole ze swoją dzisiejszą akcją.
-Fryderyk to przywódca Mrocznych Łowców będących w Warszawie. –Pośpieszył z wyjaśnieniami blondyn próbując przerwać przesyłanie morderczych spojrzeń amerykanki w stronę Mieczysława. –Był z nim ktoś jeszcze?
-Jeden taki Nocny Łowca, chyba nie jest z tego Instytutu. –Przypomniała sobie Nicole robiąc krótką przerwę od śmiercionośnego wzroku.
-W Warszawie nie ma innego Instytutu, jest to małe miasto jeśli mamy porównywać je z twoim starym Nowym Jorkiem –wtrącił francuz. –Jak wyglądał?
-Ciemny brąz, włosy miał roztrzepane podobnie jak ten tu oto bezmózg. Oczy miał strasznie podobne do ciebie. Chyba miał metr osiemdziesiąt. Czemu cię to interesuje? –Nicole skierowała całą uwagę na Pierre’a ignorując okularnika.
-Z ciekawości pytam. –Odparł wzruszając ramionami.
-Ciekawe czy też jest takim frajerem jak Fryderyk, a może takim jak Nicole? –Rzucił Mieczysław. Twarz Nicole nie wyrażała żadnych emocji. Ruchem pełnym gracji wstała i wspięła się na krzesło z szklanką kawy w ręku. Jednym ruchem wylała całą zawartość na Miecia. –Ty… ty mała… ja cię z asfaltu dzisiaj zbierałem, a ty na mnie kawę wylewasz?
-Tak w ogóle to straszne marnotractwo kawy było. –Powiedziała Aria patrząc na mokre i klejące się włosy przyjaciela.
-Trzeba było nie przekraczać mojej cienkiej granicy cierpliwości. –Wytłumaczyła amerykanka z wyższością. Potem zwróciła się do Arii –wiem, marnotractwo, ale kawa nie moja.
-Muszę zrobić mu zdjęcie, będzie takie przed i po. –Rzucił Pierre wyciągając komórkę z kieszeni dżinsów.
-Zamknij mordę, Pierdoło. –Warknął Mieczysław. –Właśnie marnotractwo. Aria zrób wykład o skarbie jakim jest kawa.
-Nie, cenniejsze jest mleko. –Przerwała mu Nicole.
-Jest równie cenne, dzięki nie mu jest więcej rodzajów kawy. –Sprostowała Aria wzdychając. –Wyczuwam kolejną kłótnie.
-Wy to jesteście monotematyczni, tylko kawa i mleko. –Wypaliła nagle Felicja przewracając oczyma. –Gdzie filozoficzne tematy.
-Masz rację. –Odezwała się Nicole. –Pogadajmy o śmierci Sebastiana z Francji albo jak można zniszczyć człowieka za pomocą eliksiru. Myślę, że tak to bardzo filozoficzne tematy. No chyba, że zagadnienie: kamień filozoficzny istnieje.
-Jak ona coś mówi –zaczął Mieczysław wskazując na swoją bliźniaczkę –to można ręce i nogi połamać…
-Trzy razy w każdej z kości. –Dokończyła za niego Feli. –Powtarzasz się braciszku.
-A co za Sebastian z Francji? –Dopytywała się Aria, która była nie w temacie.
-Sebastian, którego zabił Jonathan, na którego mówimy Sebastian, wiesz syn Valentina. Właśnie, ciekawe co u nich? –Głośno zastanawiała się Nicole.
-A coś tam słyszałem o Anielskim Ogniu. –Rzucił Pierre i machnął na to ręką. –Szczegółów nie znam.
Rozmowa dalej rozwijała się w komicznym kierunku. Nawarstwienie się głupot i żartów. Drobne kłótnie i sprzeczki głównie między Nicole, Pierrem i Mieczysławem. Grupce przyjaciół przyglądał się specyficzny członek Czarnej Gwardii. Biało-czarne włosy były jego główną wizytówką zaraz po żółtych, błyszczących oczach. Shion przyglądał się z zainteresowaniem Arii. Nic niezwykłego, pewnie się im nie udało… pomyślał z rozżaleniem poczym wyszedł z Instytutu.
-Może sprawdzić koło kościoła? –Aria myślała głośno.
-Nie zaszkodzi. –Przyznał.
Przeszli przez pasy nie musząc czekać. Obeszli całą wysoką białą budowlę, ale nic nie znaleźli. Zero śladu Nicole. Wrócili na swoją starą ścieżkę. Ciężka atmosfera wzrastała. Szli powoli, rozglądając się. Zerkali i przechodzili przez większość zaułków poczym zaraz wracali w główną ulicę. Aria wciąż miała nadzieję, że natrafią chociaż na jakiś ślad obecności amerykanki. Wciąż bez rezultatów szli chodnikiem. Mieczysław osądził, że dojdą do Placu Unii Lubelskiej i zawracają. Aria zatrzymała się przy pierwszym skręcie. Litewska. Nie wiedząc czemu wyczuła, że były tu demony. Nie czekając na swojego towarzysza ruszyła pewnym krokiem w tamtą stronę. Usłyszała niewyraźne wołanie chłopaka i szybki tętent jego marszu. Zatrzymała się przy pierwszym zakręcie po jej lewej stronie. Musiała tam być, wyczuwała to.
-Aria niby czemu tu… -zaczął okularnik, ale Aria przerwała mu ruchem ręki.
Dziewczyna przymknęła oczy. Wciąż widziała świat, lecz w czarno-białej wersji. Obok niej błyszczało przyćmione brązowe światło. Instynkt podpowiadał jej, że to dusza Mieczysława. Nie tego szuka. Jednak magia to niezły cymes. Co prawda brunetka zdawała sobie sprawę, że jej umiejętności są jeszcze bardzo słabe, jednak jedynie ona mogła robić takie rzeczy. Zasięg był mały. Co prawda dostrzegała inne dusze, były białe. Czemu tylko Mieczysław miał jakiś kolor? Nie ważne, trzeba odnaleźć Nicole, a raczej jej duszę. Pełna skupienia starała się dostrzec więcej. Jest! Śnieżnobiałe światło, mimo, że widzi je pierwszy raz w życiu poznaje je. Jest znajome, zawiera całą esencję charakteru Nicole. Zaciętość, siłę, zdecydowanie, impulsywność. Gdy Aria otworzyła oczy wiedziała gdzie iść. Jej skronie przeszyła strzała bólu.
-Tam. –Oznajmiła Aria jedną ręką wskazując parking obok Ministerstwa spraw zagranicznych. Drugą ręką masowała głowę.
-Możesz mi powiedzieć co to miało być? –Zapytał podejmując marsz. Niebieskooka ruszyła za nim.
-Takie tam magiczne sztuczki. –Wyjaśniła wzdychając. –Nic szczególnego, wyszukiwanie dusz. Jeszcze nie do końca to umiem, jak chcę widzieć za dużo kończy się to bólem.
-Wygląda na to, że magia jest dla sadystów. –Stwierdził okularnik. Aria miała już mu posłać mu ciętą ripostę, lecz zauważyli Nicole.
Podbiegli szybko do leżącej na asfalcie blondynki. Obrócona twarzą w stronę nieboskłonu oddychała płytko. Na jej kolorowym ubraniu były zaschnięte ślady krwi. Blada skóra przyozdobiona czerwonymi pręgami, fioletowymi siniakami oraz czarnymi runami.
- I jeszcze te głupie baby ratować… -mruknął sceptycznie Mieczysław poprawiając okulary.
Aria wystukała szybko na klawiaturze smartfona wiadomość do Felicji. Poszukiwania zakończone. Mieczysław wziął na ręce Nicole pomimo pomysłu Arii na wykorzystanie do tego magii. By nie przyciągać ciekawskich spojrzeń i nieproszonych wizyt policji teleportowali się do Instytutu. Mieczysław poszedł do pokoju Nicole, a Aria postanowiła poczekać aż Feli i Piere zjawią się w Instytucie.
Gdy już cała ekipa zebrała się nad blondynką Francus zdecydował, że najszybciej będzie narysować na skórze Nicole leczniczy Iratze. Co prawda już sińce znikły z bladej cery, a rany częściowo się zasklepiły, lecz Pierre sprawnym ruchem stworzył runę na jej dłoni. Po chwili znak wtopił się w skórę pozostawiając po sobie biały ślad podobny do blizny. Amerykanka za chwilę otworzyła srebrzyste oczy. Omiotła spojrzeniem cztery twarze pochylone nad nią.
-Nie myślałem, że jesteś głupia. –Pierwszy odezwał się Mieczysław posyłając jej wredny uśmiech.
-Myślałam, że będziesz teraz dla niej miły. –Wyznała z rozczarowaniem różowowłosa. –Ty to mnie zawsze rozczarujesz.
-Nie wiem co się dzieje, ale co robicie u mnie w pokoju? –Zapytała zdezorientowana Nicole –Aria wytłumacz mi co się dzieje, bo jedyna jesteś poważna w tym towarzystwie.
-A więc… -ruszyła z tłumaczeniem brunetka, ale po chwili zamilkła. Co ja niby mam jej powiedzieć? –sami nie wiemy co się stało… może coś sobie przypominasz? A w ogóle to jak się czujesz?
-Skołowana i zmęczona. –Oceniła Nicole wolno siadając –możecie nie przekraczać mojej strefy osobistej? -Wszyscy jednocześnie się odsunęli. –Może zmienimy otoczenie? Chyba mogę chodzić, a w razie czego to przecież Mieczysław mnie złapie.
-Może tak, może nie, jeszcze się nie zdecydowałem –rzucił okularnik.
Wolno cała grupka przeszła do często używanego pomieszczenia. O tej godzinie Nocnych Łowców tylko wciąż przybywało do kafeterii. Zazwyczaj byli to ci, którzy już skończyli pracę w Instytucie i przygotowywali się do polowań lub członkowie Czarnej Gwardii szykujący się na zbliżające patrole. Jak zwykle z piąta przyjaciół usiadła przy tym samym stoliku blisko ściany. Kiedy wszyscy już się zdecydowali co chcą Aria zaproponowała, że się tym zajmie. Różowowłosa poszła za nią by nieść jej pomoc.
-Wyglądasz inaczej w tych kolorowych ubraniach. –Powiedział Mieczysław zerkając na Nicole. –Z lekka nienormalnie.
-Wiecznie przyzwyczajony, że chodzę od stóp do głów ubrana na czarno? –Zapytała ironicznie Nicole.
-A do tego uzbrojona po zęby i ze Stelą w ekwipunku –dołożył Mieciu, a po chwili cicho się roześmiał. –Do tej pory nie mogę uwierzyć, że dałaś się pokonać.
-Nawet najlepszym się zdarza. –Zauważyła Felicja. Ze zręcznością profesjonalnej kelnerki pozbawionej tacy niosła dwie filiżanki postawione piętrowo w jednej ręce i kubek w drugiej.
-Ale nie najlepszym z najlepszych –zakwestionował szatyn posyłając złośliwy uśmiech w stronę Wintersówny.
-Pamiętasz co cię zaatakowało? –Zapytała konkretnie Aria stawiając przed Nicole mrożoną kawę.
-Cienie i Slenderopodobni. –Odrzekła Nicole lekko marszcząc brwi –jednak takie demony nie pojawiają się w dzień.
-Masz na myśli, że ktoś je kontrolował? –Szybko wyciągnął wnioski Pierre.
-Tak, był tam taki jeden chłopak, czerwone oczy i czarne włosy. Nazwałam go Fretka. –Opowiedziała Nicole. –Zatrzymał też czas.
-Pewnie chodzi ci o Fryderyczka. –Powiedział Mieczysław uradowany bez powodu. –Ten to dopiero lamus, ale nie gorszy niż Nicole ze swoją dzisiejszą akcją.
-Fryderyk to przywódca Mrocznych Łowców będących w Warszawie. –Pośpieszył z wyjaśnieniami blondyn próbując przerwać przesyłanie morderczych spojrzeń amerykanki w stronę Mieczysława. –Był z nim ktoś jeszcze?
-Jeden taki Nocny Łowca, chyba nie jest z tego Instytutu. –Przypomniała sobie Nicole robiąc krótką przerwę od śmiercionośnego wzroku.
-W Warszawie nie ma innego Instytutu, jest to małe miasto jeśli mamy porównywać je z twoim starym Nowym Jorkiem –wtrącił francuz. –Jak wyglądał?
-Ciemny brąz, włosy miał roztrzepane podobnie jak ten tu oto bezmózg. Oczy miał strasznie podobne do ciebie. Chyba miał metr osiemdziesiąt. Czemu cię to interesuje? –Nicole skierowała całą uwagę na Pierre’a ignorując okularnika.
-Z ciekawości pytam. –Odparł wzruszając ramionami.
-Ciekawe czy też jest takim frajerem jak Fryderyk, a może takim jak Nicole? –Rzucił Mieczysław. Twarz Nicole nie wyrażała żadnych emocji. Ruchem pełnym gracji wstała i wspięła się na krzesło z szklanką kawy w ręku. Jednym ruchem wylała całą zawartość na Miecia. –Ty… ty mała… ja cię z asfaltu dzisiaj zbierałem, a ty na mnie kawę wylewasz?
-Tak w ogóle to straszne marnotractwo kawy było. –Powiedziała Aria patrząc na mokre i klejące się włosy przyjaciela.
-Trzeba było nie przekraczać mojej cienkiej granicy cierpliwości. –Wytłumaczyła amerykanka z wyższością. Potem zwróciła się do Arii –wiem, marnotractwo, ale kawa nie moja.
-Muszę zrobić mu zdjęcie, będzie takie przed i po. –Rzucił Pierre wyciągając komórkę z kieszeni dżinsów.
-Zamknij mordę, Pierdoło. –Warknął Mieczysław. –Właśnie marnotractwo. Aria zrób wykład o skarbie jakim jest kawa.
-Nie, cenniejsze jest mleko. –Przerwała mu Nicole.
-Jest równie cenne, dzięki nie mu jest więcej rodzajów kawy. –Sprostowała Aria wzdychając. –Wyczuwam kolejną kłótnie.
-Wy to jesteście monotematyczni, tylko kawa i mleko. –Wypaliła nagle Felicja przewracając oczyma. –Gdzie filozoficzne tematy.
-Masz rację. –Odezwała się Nicole. –Pogadajmy o śmierci Sebastiana z Francji albo jak można zniszczyć człowieka za pomocą eliksiru. Myślę, że tak to bardzo filozoficzne tematy. No chyba, że zagadnienie: kamień filozoficzny istnieje.
-Jak ona coś mówi –zaczął Mieczysław wskazując na swoją bliźniaczkę –to można ręce i nogi połamać…
-Trzy razy w każdej z kości. –Dokończyła za niego Feli. –Powtarzasz się braciszku.
-A co za Sebastian z Francji? –Dopytywała się Aria, która była nie w temacie.
-Sebastian, którego zabił Jonathan, na którego mówimy Sebastian, wiesz syn Valentina. Właśnie, ciekawe co u nich? –Głośno zastanawiała się Nicole.
-A coś tam słyszałem o Anielskim Ogniu. –Rzucił Pierre i machnął na to ręką. –Szczegółów nie znam.
Rozmowa dalej rozwijała się w komicznym kierunku. Nawarstwienie się głupot i żartów. Drobne kłótnie i sprzeczki głównie między Nicole, Pierrem i Mieczysławem. Grupce przyjaciół przyglądał się specyficzny członek Czarnej Gwardii. Biało-czarne włosy były jego główną wizytówką zaraz po żółtych, błyszczących oczach. Shion przyglądał się z zainteresowaniem Arii. Nic niezwykłego, pewnie się im nie udało… pomyślał z rozżaleniem poczym wyszedł z Instytutu.
***
Shane razem z Fryderykiem późnym wieczorem stawili się w sali tronowej. Była całkiem opustoszała, skąpana w mroku, a kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Głównie Fryderyk mówił. Zawsze był dobrym mówcą. Opowiadał o całej akcji z taką pasją, że Vivian ani razu nie oderwała od niego wzroku nawet gdy brunet wtrącał swoje szczegóły. Kiedy w końcu doszli do końca sprawozdania kobieta obrzuciła Shane’a oskarżycielskim spojrzeniem.
-Jak można było pomylić brunetkę z blondynką? –Wysyczała przez zęby.
-Ale to nie ja ją pomyliłem. –Zaczął się tłumaczyć zielonooki. –Wiem tyle, że też jest nową osobą w Instytucie. To Fryderyk wydał rozkazy demonom. –Mocniej zaakcentował ostatnie zdanie.
-Nie obchodzi mnie to. –Skwitowała chłodno czarnowłosa. –A jej dusza?
-Czysta jak łzy, które spływały jej z oczu kiedy demony ją zaatakowały. –Odpowiedział poetycko Fryderyk. –Wracamy niestety z niczym, matko.
-No cóż, nie zawsze się udaje, prawda? –Odparła miękko.
-Co do następnego razu mamy już plan. –Oznajmił Fryderyk uśmiechając się promiennie wśród otaczającej go ciemności. Vivian ruchem bladej dłoni nakłoniła go do kontynuacji. –Kiedy już wiem, że to nie ta osoba, mamy pewność co do drugiej podejrzanej. Shane będzie miał za zadanie zdobyć jej zaufanie i przekonać do współpracy z nami. Gdy już ją sprowadzimy zamienimy ją w Mroczną Łowczynię.
-Dopracuję jeszcze parę szczegółów. –Oznajmiła matka Fryderyka –możecie rozpocząć jego realizację już teraz.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie ufajcie mi. Ja się nie umiem zebrać do roboty. Ale rozdział w końcu jest...
