sobota, 26 listopada 2016

Rozdział 7 Tajemnice widzących

                Kiedy Aria weszła, a raczej wbiegła, do mieszkania ciotka Telimena już tam była. Wyglądała jakby miała dwadzieścia lat. Szczupła, ale kobieca sylwetka z widocznym wcięciem w tali. Twarz miała bardzo podobną do Heleny, lecz jej oczy były fioletowe. Blond włosy spięte w luźny kok z paroma niesfornymi kosmykami. Jej mimika w tym momencie była znikoma. Spojrzała na Arię lustrując ją ciekawskim wzrokiem.
                -A więc Telimeno, to moja córka Aria. –Przedstawiła ją matka siedząca obok siostry przy stole.
                -Ma magiczne zdolności? –Zapytała bez ceregieli kobieta.
                -Posiadam. –Przyznała Aria –ale nad nimi nie do końca panuję.
                -Wnioskując po twojej wypowiedzi twoja matka chce, żebym nauczyła cię magii przez ten krótki okres czasu. –Stwierdziła Telimena.
                -Czasami żałuję, że masz dar widzenia przyszłości. –Wyznała Helena.
                -A ja nie, bardzo się przydaje. –Rzuciła Telimena. –Twój też jest przydatny –dodała po chwili. –Nie ma to jak wiedzieć co ludzie o tobie myślą nie?
                -Weź przestań. –Mruknęła ponuro Helena –najgorszy dar jaki mógł się trafić.
                -Dar? Jakaś może definicja? –Poprosiła Aria
                -Umiejętność czarowników, którą otrzymują na starcie, nawet jeśli jeszcze nie panują do końca nad swoimi właściwymi umiejętnościami. –Wyrecytowała fioletowooka. –Zapewne nie wiesz jaki masz dar, co?
                -A żeby ciocia wiedziała. –Przyznała Aria dosiadając się w końcu do stolika. Telimena ujęła jej dłoń w swoje ręce.
                -Widzisz dusze, zarówno żywych jak i martwych. Masz też trochę nad nimi władzy, w zasadzie nie nazywałabym tak tego, ale jednak coś tam jest.
                -Czuję się istnym wyjątkiem. Nie dość, że moje narodziny zaprzeczają logice to jeszcze kontroluję jakąś Zimową Włócznię i do tego widzę duchy. Czasami szkoda mi, że jednak nie jestem normalna. –Wyznała Aria przewracając oczyma.
                -Aria!
                -Oh, chcesz być normalna? Mogę ci to załatwić. Wystarczy jedno słowo, a postaram się zabrać ci calutką twoją moc. –Słowa Telimeny były chłodne i ostre niczym serafickie ostrza używane przez Łowców.
                -Nie no, czasami mi szkoda, ale jednak już przyzwyczaiłam się do tych mocy. –Usprawiedliwiała się nastolatka, jednak Telimena zaczęła się śmiać.
                -Przyzwyczajać się dopiero będziesz, uwierz mi. Chcesz poznać całą magię, która jest ci jak na razie potrzebna? –Zapytała poważniejąc.
                -Tak. –Odpowiedziała pewnie Aria zadziwiając samą siebie.
                -Świetnie. –Odparła Telimena wstając. –Daję ci dziesięć minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, jeśli wyruszymy dzisiaj wieczorem będziesz mogła wrócić do Warszawy w poniedziałek rano.
                Aria zniknęła za drzwiami swojego pokoju, a Helena popatrywała na Telimenę zdziwiona. Co ty planujesz siostrzyczko?
                -Nie nauczysz ją magii w jeden dzień. –Stwierdziła szeptem Helena.
                -Nie w sposób tradycyjny. Przekażę jej swoją wiedzę przy pomocy rytuału. –Wyjaśniła Telimena posyłając znudzone spojrzenie siostrze. –Co z jej ojcem?
                -Szef warszawskiego Instytutu. Wciąż zajęty, ale przynajmniej wreszcie ma świadomość tego, że jednak żyjemy. –Odpowiedziała Helena.
                -Przemów mu do rozumu w ten weekend. –Rozkazała Telimena.
                -Spróbuję. –Odrzekła wzruszając ramionami.
                Po chwili Aria stała u progu drzwi na klatkę schodową w towarzystwie nowopoznanej ciotki. Spakowana w torbę sportową żegnała się z matką. Już za parę godzin jej wiedza magiczna zostanie skompletowana.
***

                Spokojny niedzielny poranek przerwał krzyk. Początkowo Mieczysław tylko niemrawo zamrugał oczyma. Miało ochotę przewrócić się na drugi bok, ale leżący na jego nogach Rambo uniemożliwiał to. Kiedy jednak krzyk nie ustawał postanowił wstać. Przecierając oczy i szukając okularów wstał. Próbował się przecisnąć przez korytarz, ale Rambo, mały kudłaty shih tzu, plątał mu się pod nogami. W białej, troszeczkę zbyt sterylnej według Mieczysława, kuchni, na wysepce kuchennej stała Felicja.
                -Nie drzyj się. Ja jeszcze spałem. –Powiedział z wyrzutem do bliźniaczki przecierając szkła koszulką.
                -Jak mam się nie drzeć?! –Krzyknęła różowo włosa kuląc się coraz bardziej, drżącym głosem dodała –spójrz na to!
                Spokojnie zakładając okulary, beznamiętnie mrugając i na raz próbując złapać ostrość widzenia, Mieciu stał parę sekund na korytarzu. Gdy wreszcie zobaczył to co siostra zaczął się powoli wycofywać ciągnąc za sobą psa.
                -Ja pierdulululu…
                Że takie rzeczy muszą się przydarzać człowiekowi z samego rana. Gdyby nie zjawiły się demony może Feli zrobiłaby naleśniki. Wokoło blatów krążyła czwórka hybryd. Mało estetyczne połączenie szczura z jaszczurką w powiększonej wersji. Byle tylko Rambo się na to nie rzucił pomyślał chłopak wpychając psa do swojego pokoju. Gwałtownie palnął się w czoło i wrócił do pokoju. Przecież nie będę walczyć z szczurami bez broni. Wziął Ogniste Ostrze. Powoli wkroczył do kuchni. Ani jedna hybryda nie zaszczyciła go spojrzeniem. Lepiej dla niego. Bezszelestnie podszedł do jednej z nich i wbił ostrze w głowę. Krew wyciekła gejzerem brudząc podłogę wokoło. Pozostała dwójka w końcu zwróciła uwagę najgroźniejszą osobę. Chłopak posłał im uśmiech. Machnął przed sobą mieczem w nic nie trafiając. Hybrydy przybliżyły się wystawiając kły. Uśmiech wciąż błąkał się po obliczu szatyna mimo, że się cofał. Szare futro na tułowiach demonów zapaliło się żywym ogniem. Popiskując szybko skoczyły ku otwartemu na oścież oknie. Tak się tu dostały stwierdził idąc ich śladem. Potwory były już na trawniku pomiędzy blokami kiedy Mieciu wchodził na parapet. Skok z drugiego piętra był niczym wymagającym dla Nocnego Łowcy. Z niecodzienną dla okularnika gracją wylądował na ugiętych kolanach. Pewnie wszystkie okoliczne staruszki patrzyły na samo poruszające się skupiska ognia. Mieczysław szybko podjął akcję. Na prawo wysłał kolejną falę płomieni. Powinno to zająć na chwilę drugą hybrydę. W najlepszym wypadku ją spalić. Paroma susami długich nóg dopadł jaszczuro-szczura. Jednak potwór zareagował szybciej. Wbił zęby w łydkę chłopaka. Z grymasem na twarzy próbował wbić ostrze w ciało przeciwnika. Udało się. Ignorując ból nogi podszedł spokojnie do próbującego zgasić swoją sierść demona. Ciche popiskiwanie stawało się irytujące. Szatyn machnął złotym mieczem, a demon zajął się całkowicie ogniem. Smolisty dym wypełnił powietrze.
Chłopak zawrócił w stronę swojego bloku, ale zauważył biegnącą w jego stronę staruszkę.
                -Chłopcze! –Zawołała tęga kobieta.
                Sięgała mu może do połowy barku. Pani Grabska. Dość dewiacyjna staruszka z sąsiedztwa. Za każdym razem tylko czekała by zadzwonić po straż miejską.
                -Tak proszę pani? –Odezwał się przymilnie.
                -Co tu robiłeś? Chciałeś podpalić osiedle? –Zapytała gniewnie.
                -Nie proszę pani. Przygotowuję się na pokaz pirotechniczny na Placu Zamkowym. –Wytłumaczył pewnie uśmiechając się do sąsiadki.
                -Co za młodzież. –Rzuciła odchodząc w stronę swojego bloku.
                Mieczysław zrobił to samo. Wrócił do mieszkania gdzie zastał pobojowisko po małej walce. Podłoga umazana ciemną mazią, po przewalane sprzęty kuchenne i Felicja dalej stojąca na wyspie kuchennej. Wzdychając ciężko brat podszedł do niej wyciągając do niej rękę. Nie chwyciła jej.
                -Felicjo, czy możesz z łaski swojej zejść z blatu, przestać udawać, że jesteś wyższa i zrobić w końcu te naleśniki? –Zapytał Mieczysław starając się by brzmiał ciepło.
                -Nie zrobię żadnych naleśników. Chodź, idziemy do Instytutu. –Zarządziła dziewczyna zeskakując z półki.
                Mieczysław na chwilę się zatrzymał. Usłyszał ciche powarkiwanie shih tzu. Wolno podszedł do drzwi swojego pokoju. Otworzył je z głośnym skrzypnięciem. Jak to się tu dostało? Serio jeszcze jedna? Chyba muszę zmienić szkła w oksach pomyślał Mieczysław patrząc na jaszczuro-szczura i małego psa.
                -Jak ta menda tu weszła?! –Zastanawiał się na głos Mieciu.
                -Nie mów mi, że jest jeszcze coś… -jęknęła różowowłosa.
                -To ty Felicjo może poczekasz na korytarzu, windę zawołasz. –Zaproponował siostrze, która na te zdanie zareagowała od razu-wyszła.
                Mieczysław bez namysłu wszedł do pokoju. Jak niby miał skutecznie walczyć ogniem z demonem, a zarazem sprawić tak by nic nie zniszczyć? Może Aria zna jakieś zaklęcie na malowanie ścian pomyślał gdy podjął decyzję o niehamowaniu się. Pierwszym co zrobił to wypchnięcie psa z pokoju. Rambo mimo iż był waleczny, często jednak przeszkadzał zamiast pomagać. Jednak świetnie pomagał w odstresowaniu się. Gdy już został sam na sam z jaszczurką zobaczył co ona narobiła. Jego gitara… roztrzaskana…
                -Ty paszczurze…. Na twoim miejscu spierdzielałbym w podskokach przede mną… -wycedził przez zęby.
                Szybkim machnięciem ostrza wysłał parę ogników na futro demona, a następnie szybko natarł. Jednak miecz wbił się w ścianę, a przeciwnik zaszedł od tyłu Mieczysława. Kto by pomyślał, że ugryzienie szczura tak boli. Chociaż krzyk nie leżał w naturze chłopaka to wydarł się teraz odkopując potwora.  Dało mu to chwilę czasu na wyciagnięcie broni ze ściany, która miała teraz na sobie smugi sadzy. Kiedy tylko nastolatek się  odwrócił demon powalił go na ziemię. Skąd to ścierwo ma tyle siły? pytał sam siebie podczas dźgania na oślep w pysk jaszczuro-szczura. Mieczysław nigdy nie miał zapędów do czytania nudnych podręczników tworzonych przez Łowców, wolał uczyć się o demonach w praktyce. Z takimi jak te miał już do czynienia, tyle że tamte nie pluły kwasem. Wściekły i poparzony Mieczysław próbował znowu zrzucić z siebie to bydle.
                Nagle jaszczurzy demon zamarł w bezruchu, a szatyn patrzył jak wryty na czarny grot strzały wystającej z czoła przeciwnika. Mieczysław wstał z podłogi i rzucił spojrzenie w stronę drzwi. Stała w nich jego siostra z łukiem w ręku.
                -Zapomniałam łuku, a przy okazji zobaczyłam, że sobie nie radzisz. –Wytłumaczyła Felicja patrząc po pokoju. –Pewnie szkoda ci tych wszystkich plakatów.
                -Co tam z plakatami! Ty widzisz co to coś zrobiło z moją gitarą! –Wydarł się Mieczysław.
                -A może dam ci Meliski na uspokojenie? –Zaproponowała Feli uśmiechając się.
                -A druga sprawa, co z ciebie za debil, że strzelałaś do tego czegoś jak mogłaś strzelić we mnie?! –Zapytał kipiąc złością.
                -Przecież wiesz, że mam lepszego od ciebie cela, ślepoto. –Odgryzła się Felicja wystawiając język.
                -Przestań, minus trzy w prawym oku i minus trzy i pół w lewym to nie tak dużo. Zresztą sama też jesteś ślepa. –Wypomniał jej bliźniak.
                -Ale do tej pory jest to tajemnicą! Zresztą minus zero siedemdziesiąt pięć w prawym oku i minus jedne w lewym to prawie jakbym widziała. –Sparodiowała brata z uśmiechem.
                -To może już pójdziemy do tego Instytutu. –Zaproponował Mieciu wywijając się od dalszej sprzeczki o wadach wzroku.
                -Ok, tylko weź Rambo. Nie chciałabym, żeby został tu sam. –Nakazała różowowłosa.
                -Jakoś wcześniej się o niego nie martwiłaś. –Przypomniał.
                Rodzeństwo wyszło szybko z bloku z shih tzu na rękach. Mimo, że mogli użyć Steli by znaleźć się od razu w Instytucie, nie zrobili tego. Przyzwyczajeni do podwójnego życia, normalnych dzieciaków z gimnazjum i pogromców demonów, sztukę szybkiego poruszania się komunikacją miejską opanowali do perfekcji.
                Porą letnią w Instytucie większy ruch. Pojawiali się miejscowi Nocni Łowcy w wieku od siedmiu do dwudziestu czterech lat. Nie brakowało też dorosłych, w końcu były wakacje. Jednak większość Nefilim prowadziło tak jak bliźniaki Sława podwójne życie. Za dnia normalni uczniowie, studenci i pracownicy, a w nocy łowcy. Zazwyczaj w ciągu dnia odbywały się trening, lecz Felicja z Mieczysławem zgodnie stwierdzili, że to co stało się rano można uznać za trening. Równym krokiem weszli do kafejki.
                Mieciu niczym ofiara choroby sierocej usiadł skulony na krześle i przytulił się do Rambo. Niczym nie wzruszona Felicja wyjęła komórkę i zrobiła mu zdjęcie. Uśmiechając się pod nosem poszła po herbatę. Okularnik dalej myślał o zniszczonej gitarze. Nie potrafił wyrzucić tego z swojej głowy. Siostra postawił przed nim kubek i podjęła rozmowę.
                -A ty widziałeś w ogóle swoją twarz? –Zapytała lecz nie wywołała żadnej reakcji –weź nie dramatyzuj z tą gitarą. Masz kasę, żeby kupić nową, prawda?
                -Ale to nie zastąpi mi tamtej. –Burknął dalej głaszcząc psa.
                -Tylko tak mówisz, jak nową będziesz miał w swoich rączkach będziesz znowu cieszył się jak zasmarkany bachor, który dostał wymarzonego kucyka pony na gwiazdkę. –Stwierdziła Felicja rzucając Mieciowi spojrzenie wyrażające brak zrozumienia dla artystycznej duszy.

                Do kafejki weszła Nicole. Pewnym krokiem przeszła prawie całe pomieszczenie, lecz nagle się zatrzymała spostrzegając bliźniaki. Przysiadła się do nich.
                -Co ty, śniadania nie jadłeś? –Zapytała popatrując na Mieczysława, który się nie odzywał i tępo patrzył w przestrzeń.
                -Sprawa ima się tak, że z samego rana w naszym domu mieliśmy potyczkę z demonami w postaci jaszczuro-szczurów. –Na dźwięk słów o tych demonach Felicją wstrząsnęły dreszcze –no i Mieciu zrobił niezły pokaz pirotechniczny, ale okazało się, że jeszcze jedna hybryda jest u niego w pokoju. Dobrze, że Rambo to zauważył, bo inaczej po powrocie byśmy mieli powtórkę z rozrywki. Po tym starciu ucierpiała trochę kuchnia, ściany, trawnik, plakaty zespołów rockowych, może dywan, nie pamiętam…
                -Zapomniałaś powiedzieć o najważniejszym. –Mruknął Mieciu nie wychodząc z transu głaskania shih tsu.
                -A no tak. Ucierpiała jeszcze najukochańsza, najdoskonalsza i najlepsza gitara akustyczna Mieczysława. Na zawsze w naszych sercach. –Powiedziała Felicja pogrzebowym tonem.
                -Kto to jest Rambo? Jakiś wasz krewny? –Zapytała amerykanka.
                -To jest Rambo. –Odpowiedziała różowo włosa wskazując na psa, którego trzymał jej brat.
                -Rambo? –Powtórzyła z niedowierzaniem blondynka. Shih tzu spojrzał na nią brązowymi ślepkami i zamachał ogonem –kto nazywa shih tzu Rambo? Dla takiego pieska powinno być jakieś słodziaśne imię.
                -W sumie to jest związane z historią tego psa. Nie mogliśmy się pogodzić co do tego jaki ma być  ani jak go nazwać, więc rodzica rozstrzygnęli to tak, że ja miałam wybrać rasę, a Mieciu imię. Był pewny, że wybrałam husky’ego, a tu taki zong shih tzu! –Opowiedziała Felicja uśmiechając się.
                -A w ogóle to gdzie jest Aria? –Przerwała tą uroczą historię Nicole. –Mam jej wiadomość do przekazania.
                -A ona nie jest już w Instytucie? –Odezwał się Mieczysław, w końcu chociaż trochę pogodzony z losem swojego instrumentu.
                -Jeśli by była to bym już jej wszystko powiedziała. –Rzuciła Nicole.
                -Pisała mi wczoraj wieczorem, że jedzie do jakiejś ciotki, jakaś totalna wiocha nad Warszawą. –Wyjaśniła Felicja. –Podobno ma wrócić już w poniedziałek. Nie mówiła zbytnio o co chodzi.
                -Jestem ciekawa jak zareaguje na tą wiadomość. –Powiedziała Nicole jakby do siebie.
                -A możemy ją poznać? –Zainteresował się szatyn.
                -Wykłóciłam się z jej ojcem, żebym mogła pomagać Pierre’owi w treningach Arii, tyle, że nie wspomniałam, że zamierzam w całości przejąć część praktyczną… -zdradziła blondynka.
                -To ja już jej współczuję. –Skomentowała Felicja, a czując spojrzenie Nicole na sobie dodała –nie sądzę, żeby była zadowolona z ciężkich treningów.
                -Nie ważne, jeszcze musze pogadać z Pierre’em… ale to później.
                -O wilku mowa… -rzucił Mieczysław.
                Do pomieszczenia wszedł francuz. Ubrany w krótkie spodenki w kolorze piasku, biało-granatową bluzkę w paski, klapki i słomkowy kapelusz stracił cały wygląd Nocnego Łowcy. W ręku trzymał kubek ze Starbucksa. Przysiadł się do przyjaciół.
                -Cześć. –Przywitał się.
                -Czyżbym wyczuła kawę? –Zapytała Nicole patrząc na kubek ze znanym logo.
                -Może… -odpowiedział zdawkowo blondyn.
                -Był na kawie i nic nie przyniósł… -rzucił Mieczysław znowu zaczynając głaskać Rambo.
                -Łajdak. Jak tak można? –Stwierdziła z przekąsem Nicole wzdychając.
                -Normalnie, nie mam kasy na rozdawanie. –Odpowiedział spokojnie Piere.
                -Ja niby też nie mam, a jakoś coś czasem kupię. –Wypalił Mieciu wzruszając ramionami.
                -Nie liczcie na darmowy obiad w Taki. –Wypowiedziała amerykanka kręcą głową.
                -To po drugiej stronie oceanu, raczej tam nie pójdę jak będę głodny. –Odrzekł Piere nie przejmując się.
                -Wait… czy twoje nazwisko nie oznacza różowy? –Wtrąciła nagle pytanie Nicole.
                -Nie, już to tłumaczyłem. –Przypomniał francuz.
                -Chyba nie nam. –Rzucił Mieciu.
                -Cicho. Inna pisownia niż rogue, moje nazwisko pisze się Rogue. –Wytłumaczył Piere patrząc na Nicole.
                -Różowy łajdak z różowej rodziny! –powiedziała Nicole uśmiechając się.
                Beggin, beggin you , put your loving hand out baby rozległa się piosenka, która okazała się dzwonkiem telefonu Nicole.
                -Różowy łajdak… czemu ja? –Zapytał retorycznie Różowy Łajdak.
                -Mówi się dlaczego ja. Kto dzwonił? –Zaciekawił się Mieciu.
                -Halo? Oh shit. –Rzuciła do słuchawki i się rozłączyła. –To tylko pomyłka, nic ważnego.
                -Było powiedzieć, że to zakład pogrzebowy. –Stwierdził szatyn.
                -Aj tam zakład, lepiej powiedzieć, że Instytut. –Poprawił go blondyn.
                -Z kim ja się zadaję? –Zapytała samą siebie Nicole.
                -Z debilem i łajdakiem. –Odezwała się w końcu Felicja.
                -Nareszcie jakaś inteligenta osoba. –Pochwaliła amerykanka.
                -Nikt mi jeszcze tego nie powiedział. –Wyznała różowowłosa.
                -Jeśli Nicole kogoś chwali to wiedz, że coś się dzieje. –Bez namysłu stwierdził okularnik.
                -Mieciu, zrób dla mnie kawę rozpuszczalną z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru. –Poprosiła Nicole przewracając oczyma.
                -Klient nasz pan –wygłosił Mieciu kłaniając się.
                -A w ogóle widział ktoś Arię? –Zapytał Piere.
                -Przecież ona jest u ciotki w niewiadomogdziestanie. –Przypomniała Felicja.
                -Co ona tam robi?
                -A co francuz robił w Starbucks? –Felicja tyknęła kubek palcem.
                -Na pewno nie kupował nam kawy. –Rzuciła amerykanka. –A właśnie, Aria nic więcej nie mówiła?
                -Nie. –Odpowiedziała Felicja sprawdzając jeszcze raz telefon.
                -Normalnie jak tajemniczy S.. –Zaczął lecz nagle przerwał Piere.
                -Kim jest S? –Zainteresowała się różowowłosa.
                -Kawa. –Obwieścił okularnik. –Na czym stanęło?
                -Na tym, że Piere ma dziewczynę. –Palnęła młodsza z bliźniąt.
                -Tajemniczy, debile. To forma męska, a nie żeńska. –Poprawiła ich amerykanka. –A co do kawy to wyszła zaskakująco dobrze, ale za dużo mleka nalałeś.
                -Nołbady perfekt. –Odpowiedział na komentarz o swoich umiejętności barista amator. –Ja od początku wiedziałem, że Piere jest nie ten tego.
                -Idźcie, kurde, raz człowiek wyjdzie a tutaj już mu historię miłosną dokładają. –Oburzył się Piere.
                -To wszystko przez te książki Sparksa co czyta Felicja. –Wskazał przyczynę Mieczysław.
                -Twój angielski mnie rozwala. –Odezwała się Nicole patrząc prosto na Miecia.
                -Staram się jak mogę. –Odparł skromnie.
                -Nauczyć się angielskiego czy wykończyć mnie nim? Bo to są dwa odrębne tematy. –Zapytała ironicznie blondynka.
                -Dwa na raz. –Stwierdził po krótkim namyśle.
                -Już to widzę. –Skomentowała jego siostra.
                -Nie wiem czy płakać czy się śmiać… ale najpierw wyśmieję twoje ambicje, a potem będę płakać nad twoim kaleczeniem tego języka. –Postanowiła Nicole.
                -Lepiej dwa na raz, oszczędność czasu. –Poradziła Felicja. –A zresztą Mieciu nie jest taki zły jaki jest.
                -Jakoś mnie to nie przekonało. –Wyznała sceptycznie amerykanka upijając trochę kawy.
                -a szczury szczurami, nie Feli? –Wypalił nagle Mieczysław odsuwając się trochę w tył na krześle.
                -Nic nie mów –wycedziła tylko przez zęby.
                -Oj chyba ktoś tu się zaczął mnie obawiać. –Zauważyła z lekkim uradowaniem w głosie Nicole. –A tak poza tym, że ktoś się tu mnie boi to o co chodzi?
                -Chyba Felicja boi się szczurów. –Odgadł francuz.
                -Biedna. Ja bym powiedziała czego się boję, ale lepiej nie. –Powiedziała Nicole. –Felicja, chcesz na pocieszenie gorącą czekoladę z bitą śmietaną?
                -Nie trzeba. –Odmówiła grzecznie różowowłosa –i tak wyszłam lepiej z tej sytuacji niż Mieczysław.
                -A czemu? Kurcze chyba mam za dobry nastrój skoro proponuję gorącą czekoladę. –Zauważyła Nicole.
                -Bo to on zrobił rozróbę, będzie po tym sprzątał, nie dostał naleśników, a do tego stracił gitarę. –Wyliczała po kolej siostra poszkodowanego.
                -On gra na gitarze? –Zdziwił się Piere.
                -No, znaczy grałem, bo już nie mam gitary. –Przyznał Mieciu pociągając teatralnie nosem.
                -Nie wierzę, ty coś potrafisz. –Stwierdziła trochę złośliwie Nicole.
                -Jeszcze umiem oddychać i tym podobne rzeczy –pochwalił się okularnik.
                -Brawo, nie jesteś ofiarą życiową! –Zaśmiała się blondynka.
                -Też jestem zaskoczony. –Wyznał francuz. –W ogóle to, że Mieczysław umie podstawy i zabijać demony jest oszałamiające! Ale najbardziej podziwiam Felicję, że z nim wytrzymuje.
                -Idę do Taki, ktoś chce iść ze mną? –Zaproponowała Nicole.
                -Ja nie idę. –Rzekł Mieciu.
                -Wyczuwam tu obrazę majestatu. –Felicja lekko walnęła brata w ramię.
                -Mam dzisiaj dobry nastrój, więc Mieczysławie… -zaczęła Nicole –wybaczysz mi moje naśmiewanie się z ciebie?
                -Chyba mi się to śni. –Stwierdził szatyn znowu wchodząc w tryb tępego wzroku. Na unieważnienie swoich słów dostał w ramię do amerykanki. – Czyli jednak was opętało…
                -Dzwonić po egzorcystę? –Zapytał uśmiechając się wrednie Piere.
                -Cicho bądź Różowa Rodzino! –Podniosła lekko głos blondynka. –Debile, wszędzie debile.
                -Jestem sam! –Stwierdził twardo starszy chłopak –przynajmniej wszyscy tak myślą.
                -Pogrążasz się. –Powiedziała Felicja uspokajającym tonem. W tym czasie Nicole wyszła.
                -Nasza głupota ją dobiła. –Odezwał się Mieczysław po chwili ciszy.
                -Nie wiem czemu ale chcę ci przybić piątkę. –Wyznała siostra robiąc to co powiedziała.
                -To było celowe czy zamierzone? –Piere rzucił im zdziwione spojrzenie.
                -Przypadek. –Rzuciła Felicja.
                -Nie sądzę –dodał do wypowiedzi siostry Mieciu.
                -A tak dla waszego przypomnienia –nagle Nicole wychyliła się zza drzwi. –Ja idę do Taki, a potem na bijatykę.
***

                Rada na przyszłość Aria, nigdy więcej nie słuchaj się obcych ciotek gdy twój instynkt przetrwania mówi ci, że coś się święci pomyślała Aria prowadzona przez ciemne korytarze gotyckiej posiadłości ciotki Telimeny.
                Okazało się, że ta cała wieś nad Warszawą nie jest aż taka odcięta od świata. Są pociągi, dwa sklepy, nawet kapliczka i mały cmentarz. Sielska okolica otoczona gęstym lasem. Po prostu wieś idealna. Tyle, że Telimena nie pasowała tu. Niestarzejąca się kobieta mieszkająca w gotyckim dworku. Nikogo pewnie by to nie ciekawiło aż tak gdyby nie jeden fakt. Telimena nie mieszkała sama. Mieszkała z dwudziestką nastolatek, które miały Wzrok. Od razu zobaczyły, że Aria nie jest kolejną z nich.
                Aria oczywiście zapytała ciocię po co to robi. Odpowiedziała, że zazwyczaj osoby posiadające Wzrok mają też trochę umiejętności magicznych. W zasadzie było lepszym uświadomić człowieka o jego losie i nauczyć go jak z nim żyć niż trzymać to w tajemnicy i liczyć, że się nie wyda.
Aria nie do końca wiedziała co planuje ciotka. Podświadomie czuła, że nie nauczy jej magii w jeden wieczór. Było to zwyczajnie niemożliwe. Jakieś trzy godziny temu Telimena nakazała jej spróbować pozbyć się wszelkich sił. Jedynym jej wytłumaczeniem na temat tego było ułatwienie w tajemniczym rytuale. Chociaż nastolatka nie była pewna czy to bezpieczne zrobiła to co jej kazano. Nie sądziła jednak, że jest w tym aż tak dobra. Teraz słaniając się na nogach szła w asyście dwóch trochę niższych od niej dziewczyn. Śliczne blade twarze były jak wyrzeźbione z marmuru. Niczym nie wzruszone. Puste oczy spoglądające przed siebie. O dziwo obie nie miały butów i szły ubrane w te same białe proste sukienki. W rękach miały grube świece, jedyne źródło światła.
                Na kamiennym placyku za posiadłością stała reszta dziewcząt. Tworzyły niedomknięte koło. Aria została wprowadzona w jego środek gdzie już była Telimena w czerwonej zwiewnej szacie. Krąg został domknięty.
                Wszystko odbywało się bez słów. Pomimo tego, że Aria nigdy nie miała okazji brać udziału w czymś takim, jej ciało automatycznie podeszło przed oblicze ciotki. Dopiero zauważyła, że  wokoło nich był mniejsze koło stworzone z świeczek. Instynktownie dziewczyna uklękła pochylając głowę. Równy szept dwudziestu głosów zgrał się idealnie. Aria przymknęła oczy i poczuła dotyk drobnych dłoni na swojej głowie.
                Nagłe przybycie siły zatrzęsło nią. Nie mogła opanować drżenia ciała. Pod powiekami tańczyły jej fragmenty tekstów, w głowie huczały fragmenty zdań, urywki słów. Na skórze czuła na przemian ciepło i zimno. W końcu wygrał chłód. Obrazy zgasły, znowu było ciemno, ale tylko na moment. Teraz widziała parę kolorowych ogników, wyczytała z nich podenerwowanie, ekscytację i strach. Co się tu dzieje? Pewnie zapytałaby tak samą siebie gdyby nie to, że nie była w stanie myśleć.
Kiedy przeczuwała już koniec ukazała jej się wizja jak z teatru cieni. Białe tło i dwie czarne postacie. Jedna stała, druga klęczała. Ona i Telimena? Nie. To nie były kobiety. Zanim zdążyła rozpoznać postacie sceneria się zmieniła. Tym razem czarna postać miała sztylet w ręku. Szybkim ruchem się odwróciła i przebiła nim osobę obok.
                -Aria?
                Głos ciotki obudził ją. Szybko zamrugała oczyma. Już po wszystkim. Powoli wstała i spojrzała na ciotkę, która ruchem ręki odesłała swoje podopieczne. Ból przeszył czaszkę dziewczyny, a ona delikatnie pomasowała skronie opuszkami.
                -Boli, co? –Odezwała się ciotka, lecz Aria usłyszała nutę uradowania w jej głosie.
                -I to bardzo.
                -Znaczy, że się udało. –Stwierdziła Telimena udając się w stronę domu. Aria udała się za nią. –Masz całą moją wiedzę. Może trochę przesadziłam, jednak jest jej większość.
                -A można wiedzieć kiedy minie mi ból głowy? –Poprosiła niebieskooka. Fioletowe oczy zabłysły na chwilę.
                -Już za godzinę będzie dobrze. –Oznajmiła ciotka –już jutro możesz wracać do stolicy.
                -Telimeno, mam pytanie. –Rzekła Aria.
                -Ty masz tylko same pytania. –Odcięła się blondynka.
                -W zasadzie to tak. –Przyznała dziewczyna nie przejmując się złośliwą uwagą. –Czemu jesteś taka?
                -W sensie, że zimna? Czy zamknięta? Wiem, że powiesz: oba. Ponieważ wiem więcej, widzę przyszłość. A ona nie koniecznie podoba się wszystkim. Szczególnie Clave się to nie podobało, ale teraz gdy mnie nie ma, jest im lżej w niewiedzy.
                Aria postanowiła tego nie komentować. Było to bardzo filozoficzne, jednak całkowicie prawdziwe. Wiedza jest czymś ciężkim. Jest jak brzemię. Każdy ma swoje. Ja akurat mam brzemię niewiadomej przepowiedni przypomniała sobie w duchu Aria.

Rozdział 8 Tożsamość prezesa

                Około południa stało się coś niespodziewanego. Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień, nawet jeśli jest się Nefilim. Szef warszawskiego Instytutu, Gilbert Nightray, wyszedł ze swojego gabinetu. A wszystko przez jakiś list z Nowego Jorku. Jedyną osobą, która byłaby skora do wyjaśnień powinna być piętnastoletnia amerykanka. Mogłem wysłać Stefana, żeby poszukał jej za mnie pomyślał szatyn mijając zawsze uśmiechniętą panią Halinkę z recepcji. Cóż, czasami stwierdzał, że Stefan powinien być tu szefem. Zawsze miał kupę obowiązków i sobie radził, zdolny człowiek. 
                W  dużej odległości od swojego biura w końcu znalazł ową nastolatkę. Nicole Winters razem z Mieczysławem i Felicją przesiadywali w bibliotece. Okularnik jak zwykle nawijał bez przerwy, siostra od czasu do czasu mu odpowiadała, a poszukiwana nawet nie zawracała uwagi na hałaśliwe rodzeństwo. Biedne dzieciaki, cały dzień siedzą w Instytucie, bo ich rodzice są w Irdysie. Cicho odchrząknął zwracając na siebie uwagę młodzieży.
                -Dzień dobry proszę pana! –Wydarł się Mieczysław –jakieś wieści o tym, że w końcu mogę polować gdzie chcę?
                -Ty to byś chciał wszystko tak szybko, zakaz dalej trwa. –Odpowiedział starając się nie uśmiechnąć. –Nie mam sprawy do was bliźniaki. Nicole mam pytanie.
                -Tak?
                -Kto to jest Prezes Miał? –Zapytał Gilbert patrząc wyczekująco na blondynkę.
                -Kot Magnusa Bane’a, Wielkiego Czarownika Brooklynu. –Wytłumaczyła Nicole wzruszając ramionami.
                -Ty go znasz? –Zdziwił się pan Nightray, sam nawet nie miał okazji go poznać.
                -Przecież jestem z Nowego Jorku. Magnus mnie lubi, a ja od czasu do czasu zajmuję się jego kotem. –Powiedziała Nicole zamykając książkę. –Nawet nie wiecie jak nie lubię gdy przeszkadza mi się w czytaniu –wtrąciła nagle. –Tak w ogóle to dzisiaj jadę na chwilę do tamtejszego Instytutu, żeby odwiedzić przyjaciół i no zabrać Prezesa Miał. Pewnie Magnus napisał o tym do pana?
                -Owszem, ale spodziewałem się bardziej jakiegoś ważnego urzędnika od Clave… -wyznał ojciec Arii –nie kota…
                -No cóż, jak się nie zna Magnusa to się nie zna Prezesa. –Wywnioskował Mieciu, który jak zwykle musiał się wciąć w rozmowę.
                -Ok, idę porozmawiać o tym ze Stefanem, może on mnie przekona, że nie ma co mieć złych przeczuć do kotów… -rzucił cicho na pożegnanie Gabriel.
                Po wyjściu szefa zapanowała chwila ciszy. Nicole znowu wróciła do książki, a Felicja spojrzała na swojego brata, który wyglądał na skupionego. Czyżbyś myślał? przeszło złośliwie przez różową głowę. Zmarszczone brwi i przymrużone oczy wpatrywały się intensywnie w drzwi.
                -Po co ci jechać do tej Ameryki? –Nagle odezwał się Mieciu dalej patrząc tam gdzie wcześniej –nie mogli wysłać ci tego kota paczką ekonomiczną?
                -Nie idę tylko po kota. –Prychnęła Nicole, a po chwili rozbrzmiał dźwięk smsa –zresztą Magnus już otworzył portal. Ktoś chce mnie odprowadzić?
                Oczywiście Felicja i Mieczysław odprowadzili Nicole, w końcu oni nigdy nie mają co robić. Pomimo iż między biblioteką a holem nie była wcale taka duża odległość Mieczysław zdążył już posłać parę bardzo „mądrych” uwag o kotach i poczcie. W szarej ścianie holu pojawiło się błękitne koło. Można było przez niego swobodnie przejść, jeśli jest się wzrostu Nicole, a jeśli miało się wzrost Miecia trzeba się było jednak schylić. Panie Halinka nawet nie zauważyła, że coś pojawiło się w ścianie. Amerykanka wróciła na chwilę do ojczyzny. Bliźniaki stały wpatrując się w błękitną taflę wody. Przejście powoli zaczęło się zmniejszać, a Mieczysław rozmyślał czy ta cała woda wyleje się na nich. W tym momencie za nimi przeszedł Stefan, lecz zatrzymał się między nami.
                -Felicjo, moja droga, sprawdziłem to o co mnie prosiłaś. –Obwieścił dwudziestolatek.
                -O jak miło z twojej strony! –Ucieszyła się nastolatka, a jej brat posłał jej pytające spojrzenie. –No i co?
                -Sprawa się ima tak, że w aktach Clave nie ma nic związanego z Pierre’em i jakimś tajemniczym S. –Wyjaśnił –oczywiście wszystkie tajne notatki o tym co stało się w Paryżu są tajne, więc nie mogę nic powiedzieć. Zdradzę wam tylko, że była tam niezła rozpierducha.
                -To co w Paryżu zostaje w Paryżu. –Skwitowała Felicja potrząsając lekko głową z niezadowoleniem.
                -W zasadzie to nie do końca. –Wysunął myśl Stefan –pamiętacie, że z Pierre’em przyjechał ktoś jeszcze?
                -Nie. –Wyrwał się szybko Mieciu.
                -Może… chyba był ktoś z nim, też się przedstawił po francusku. –Przypomniała sobie Felicja –a to nie był jakiś francuski cieć, który miał go po prostu przyprowadzić?
                -To był Nocny Łowca, który też miał być przeniesiony, tyle że zwiał, o ile dobrze pamiętam miał na imię… Cédric? –Mówił Stefan, podekscytowanie było wprost wyczuwalne –ale go nie szukaliśmy czy coś, nie pamiętam już dobrze tej sprawy.
                -A ja nic nie pamiętam z tamtego czasu, bo wtedy zaczęła się wojna: rodzina Sława kontra Clave. –Rzucił trochę naburmuszony Mieczysław.
                -Ale teraz idzie dobrze i może w końcu Clave ogarnie dupę i zrozumie, że wymyślił sobie bajeczki, a nie fakty –skomentowała Felicja.
                -Ojej Felicja pierwszy raz przeklęła publicznie. –Wytknął Mieczysław uśmiechając się.
                -Oj zamknij się pesymisto. –Mruknęła różowowłosa –a jeszcze jakieś ciekawe rzeczy znalazłeś?
                -To raczej zniszczy całą argumentację Mieczysława w kłótniach z Pierdołą –zaczął Stefan i zrobił efektywną przerwę. –Pierre miał dziewczynę.
                -Co?! Nie no, wkręcacie mnie… No ja pierdzulululu on miał, a ja nie?! –Oburzył się okularnik –nie no, po prostu nie. Nosz… Pfffffff…
                -Mieciu… -zwróciła się ze stoickim spokojem do niego Felicja –wiesz co to może oznaczać? Wiem, że teraz chcesz się odciąć i walnąć jakąś uwagę, która będzie bardzo na poziomie, ale słuchaj do końca. Oznacza to, że Pierre wcale nie jest uczuciowym ciuleksem jak ty.
                -No to mnie bardzo pocieszyłaś, siostrzyczko –prychnął. –Zawsze wiesz co powiedzieć, mendo mała.
                -Tylko nie mendo!
                -Ej, ej dzieciaki bez kłótni. –Stefan stanął między bliźniakami mierzącymi się morderczymi spojrzeniami. –Nicole pojechała Nowojorskiego Instytutu?
                -Pewnie też odwiedzi rodzinkę –wydedukowała różowowłosa.
                -Nie sądzę –przerwał jej dwudziestolatek. –U niej w domu niby wszyscy są w zgodzie, ale jedno słowo i talerze latają.
                -A skąd to niby wiesz? –Zapytał Mieciu.
                -Jak się ma dostęp do wszystkich akt to wie się więcej niż wszyscy, drogi Mieczysławie. –Odparł tajemniczo Stefan. –Rodzina Wintersów jest podzielona politycznie jak świat po wojnie… ale nie powinienem wam nic więcej mówić, więc żegnam państwa.

                Królowa recepcji tylko uśmiechnęła się na reakcje Stefana, a przez korytarz przemknął lekki wiatr. Aria zmaterlizowała się obok przyjaciół w lekko niebieskiej mgiełce. Niebieskie oczy zamigotały, a podmuch powietrza zanikł. W wyglądzie żadnych zmian, może jej wzrok wydawał się trochę mądrzejszy. Albo Feli i Mieciowi się zdawało.
                -No co się tak patrzycie? –Zapytała Aria –teleportowałam z tej wiochy prosto tu.
                -Jak tam było u ciotki? –Felicja spróbowała wybrnąć z głupiej sytuacji.
                -Gdzie jest twój szpiczasty kapelusz, kocioł i miotła? –Mieczysław za to spróbował obrócić to w żart.
                -Zostały w Hogwarcie. –Odpowiedziała ironicznie Aria –odpowiem tak: gotycko, dziwnie i tajemniczo.
                -Jak u Edgara Allana Poe. –Dołożyła Feli.
                -A wiesz co tu się działo jak ciebie nie było? –Zaczął Mieciu –normalnie taki sekret się wydał, że ci gały wyjdą na wierzch! Byłem se wczoraj w okolicach Starbucksa w Alejach Jerozolimskich i wiesz kogo widziałem? Pierre’a! No to sobie myślę: pójdę do niego i pożyczę kasę i kupie sobie taką kawę z bajerami, bo to co ja miałem to by mi nawet na kubek nie starczyło. I ja idę, ale… -na chwilę przerwał –patrzę i co widzę? On tam kręci z jakimś przystojniakiem przy stoliku. No to się wycofałem, bo nie będę przeszkadzał w takim randez-vous, jeszcze bym mu miłość odbił.
                -Znając ciebie to to wszystko wymyśliłeś. –Skomentowała Aria uśmiechając się. Mieczysław zrobił oburzoną minę.
                -Skąd wiesz?
                -Bo opowiadałeś zbyt szczegółowo, a do tego wiem, że nie chodzisz tam gdzie sprzedają drogie picie. Do tej pory masz uraz po tej herbacie z McDonalda za piętnaście złoty. –Odrzekła niebieskooka. –Ty wolisz przecież te soczki z Biedronki.
                -Piętnaście złoty za dwie herbaty! Wiesz ile psycholandii bym za to miał?! 
                -Mieczysław, ty Żydzie, uspokój się. –Uciszyła brata Felicja.
                -A Nicole gdzie? –Zapytała Aria żeby zmienić tylko temat.
                -Pojechała po Prezesa Miał. –Odrzekła młodsza z rodzeństwa.
                -Kolejny imigrant z Ameryki?
                -Kot. –Odpowiedział Mieczysław, poczym dodał widząc nietęgą minę Arii –co? Strach panienkę czarodziejkę obleciał?
                -No wiesz… zwierzęta jakoś mnie nie lubią… najczęściej z wzajemnością. –Przyznała szatynka patrząc po okolicy.
                Wszystkie nader wyostrzone magiczne zmysły mówiły dziewczynie, że Pierre już jej szuka w celu kolejnego treningu. Zresztą blondyn zaraz pojawił się koło windy. Tym razem nawet nie miał swoich spinek we włosach. Tak samo jak bliźniaki zapytał się o wizytę u ciotki. Podczas zwykłych pogaduszek wszyscy przenieśli się do sali treningowej. Mieczysław i Felicja postanowili pomóc troszkę w treningu Arii, w tym wypadku oczywiście francuz nie miał wyboru. Część teoretyczna prowadzona przez Pierre’a była urozmaicona  komentarzem i durnymi ciekawostkami Mieczysława, a różowowłosa dokładała szczegóły.
                -Dobra, teoria na dzisiaj za nami –obwieścił blondyn –a teraz niespodzianka. Część praktyczną dzisiaj będziemy mieli na dworze z prawdziwymi demonami!
                -Że co? –Wydukała Aria.
                -No na zewnątrz. Wiesz latanie po ulicach, dachach. –Dodał Pierre.
                -Nie –niebieskooka usiadła na podłodze i skrzyżowała ręce. –Nie, ja nigdzie nie idę. Jeszcze mi zdrowego rozsądku nie zabrakło żeby rzucać się na pewną śmierć.
                -Aria, przecież nie idziesz tam sama. –Pierre rozpoczął próby przekonywania przykucając obok niej.
                -Znając ciebie to specjalnie będziesz ściągać więcej tego patałajstwa. –Odcięła szybko nawet nie patrząc na niego.
                -To może chcesz sobie na serio powalczyć z Mieczysławem? –Zapytał Pierre. Instynkt podpowiadał mu, że trzeba przyjąć tu lepszą taktykę.
                Aria siedziała cicho nie ruszając się z miejsca. Mieczysław za to uśmiechnął się na samą perspektywę walki. Nie zwlekając wyjął miecz z plecaka. Srebrny miecz ze złotymi zdobieniami połyskiwał w świetle jarzeniówek. Francuz szybko odstąpił od wciąż nieruchomej dziewczyny. Felicja spojrzała tylko na brata kręcąc głową z dezaprobatą.
                -Mieciu, tak dziewczynę lać? –Zapytała zmartwiona patrząc na Arię, która jedynie podniosła wzrok na jej brata.
                -Cicho Feli –syknął na siostrę. –Zobaczmy jak żabojady uczą.
                -A gdzie tu twój honor? –Walnęła Felicja chociaż wiedziała, że nic to nie da.
                -Aria się przecież nie obrazi jak dostanie w papę. –Odpowiedział okularnik aktywując magiczne moce miecza. Delikatne pomarańczowe płomienie zaczęły tańczyć wokół ostrza –prawda?
                -Raczej ty się załamiesz. –Odpowiedziała Aria.
                -Nie strasz, nie strasz. –Rzucił Mieczysław.
                Chłopak wziął lekki rozbieg, a miecz zaczął pulsować gorącem. Jednym zamachem posłał falę ognia w stronę Arii. Płomienie zamieniły się w gorącą parę. Mina Miecia nie ukrywała zdziwienia. No cóż jedyne co mu pozostało to atak ostrzem. Rzucając się na przyjaciółkę z wyskoku nagle zawisł w powietrzu. Trwało to około sekundy potem przeleciał przez całą salę i trafił w ścianę. Aria nawet nie drgnęła. Na ścianie powstało drobne wgłębienie.
                -Co to do cholery miało być? –Zapytał wściekle Mieczysław. –Normalnie zabić mnie chciała!
                -I ty się boisz demonów, jak takiego Miecia załatwiasz nie ruszając się? –Zaczął Pierre –nie ma dyskusji dzisiaj idziemy na polowanie.
                -Nie! –Dalej sprzeciwiała się Aria.
                -Zamknij się. –Rzucił chłodno Pierre, co spowodowało, że dziewczyna zaniemówiła. Francuz wyszedł z pomieszczenia nie oglądając się za sobą.
                -Co to miało być?! –Wrzasnął Mieczysław prosto w ucho Arii.
                -Zamach na twoje życie. –Odpowiedziała ironicznie, a widząc poważne oblicze okularnika dodała –no dobra przyznaję poniosło mnie troszeczkę.
                -Troszeczkę? Kurwa troszeczkę? –Mieciu dalej się darł.
                -Mieczysławie! –Krzyknęła Felicja. –Nie drzyj mordy!
                Szatyn oprzytomniał trochę po wybuchu złości siostry. Głośno wciągnął powietrze, a po chwili je wypuścił.
                -Jestem oazą spokoju. Kwiatuszkiem lotosu na pieprzonej tafli jeziora. Jestem wyluzowany jak chiński mnich z Tybetu, który medytuje. –Mówił spokojnie do siebie chłopak. –Dobra, przebaczę ci to kiedyś Ario, ale serio możesz chociaż trochę punktów HP mi oddać? –Bez słowa Aria tyknęła palcem chłopaka. Od razu poczuł się lepiej. –To już?
                -No a co? Oczekiwałeś fajerwerków? –Skomentowała Felicja.
                -Wiesz po tym jak naoglądałem się tych filmów fantasy to trochę jestem zawiedzony. –Odparł szczerze okularnik.
***
                Praktycznie aż do wieczora Aria w ogóle nie widziała się z Pierre’em. Przez cały czas aż do zachodu słońca dręczyły ją trochę wyrzuty sumienia. Ario zachowałaś się, jakby to powiedział Mieczysław: jak totalny gówniarz. Rozumiem, że nie wierzysz w swoje umiejętności bitewne, ale jak widać Pierre wierzy i wspiera. Powinnaś być dla niego milsza konwersacje samemu ze sobą wcale nie były dziwne no dobra, rozumiem, ale ile ja trenuje? No miesiąc, niecały do tego. Nie powinien chyba już posyłać mnie na pastwę Slendera? Rozmyślania przerwał obiekt ich tematu. Pierre był ubrany cały na czarno i tym razem już miał czarne spinki kontrolujące nieład grzywki. Przez ramię miał przerzuconą katanę schowaną w pochwie. Do tego miał jeszcze noże do rzucania przytroczone do prawego boku. Cóż nawet z tym lichym wyposażeniem był lepiej przygotowany niż Aria, która miała tylko swoją dzidę. Dalej się nie odzywając wyszli na nocne ulice stolicy. Sprawnie przemieścili się na Pragę. Aria wiedziała z opowieści, że demony lubiły tamtą okolicę. Miała gigantyczną ochotę zgłosić sprzeciw, ale to co dzisiaj odwaliła zmuszało ją do zgody. Nie ma co pogarszać sprawy.
                -Nie no ja tak nie mogę. –Nagle odezwała się Aria –przepraszam. –Francuz zachował kamienną twarz, więc kontynuowała –przepraszam, zachowałam się jak jakiś bachor. Naprawdę… nie wiem czemu się tak zachowałam.
                -I nie musisz się tłumaczyć –przerwał jej Pierre.
                -Po prostu nie wierzę, że mogę pokonać coś takiego. –Wyznała.
                -Wystarczy, że spróbujesz. Możesz nawet niczego nie pokonać. –Starał się ją uspokoić. –To w końcu tylko trening. Widzisz tą latającą plazmę w powietrzu?
                -No ja bym nie powiedziała, że to plazma. Raczej to taka nie do końca urodziwa chmurka. –Stwierdziła Aria. –Myślisz, że jak to zamrożę, że spadnie?
                -Powinno. –Ocenił szybko. –Czyń swoją powinność.
                Dziewczyna wypuściła głośno powietrze. Dla szpanu obróciła włócznią zanim wycelowała w dziwnego demona. Mroźne skry wzniosły się w górę i pokryły częściowo stwora. Momentalnie zaczął opadać w dół. Wokół przeciwnika pojawiły się przeźroczyste sztylety, które przebiły go na wskroś. Demon nie zdążył nawet dotknąć podłoża. Dym po nim zmieszał się z nocnym powietrzem.
                -I co? –Zapytał francuz patrząc na dziewczynę.
                -No nic. –Odpowiedziała wzruszając ramionami. –Chyba będę atakować tylko z zaskoczenia.
                -Ładna technika. Tam na dachu czeka na nas chyba jakaś hybryda. –Poinformował i od razu ruszył z miejsca.
                Aria przewróciła oczyma, ale zaraz skarciła się w myślach przecież to było za proste. Idąc w ślady Pierre’a wdrapała się na dach. Liczyła na demona z opowieści bliźniąt, lecz jej oczom ukazało się połączenie człowieka z krukiem. Dłonie zakończone szponami, zresztą nogi tak samo. Z łopatek wyrastające gigantyczne skrzydła. Jednym z niewielu ludzkich elementów była twarz z nieobecnym wzrokiem czarnych oczu.
                -Skrzydlak. –Wyjaśnił Pierre, jednak tym samym zwrócił na nich uwagę demona.
                Gigantyczne ptaszysko rzuciło się prosto na Arię. Odparła atak włócznią i teleportowała się za plecy Skrzydlaka. Jednym zamachem odcięła skrzydło, które rozpłynęło się. Stworzenie wrzasnęło przeraźliwie szybko się obracając. Dynamiczny ruch szponów pozostawił po sobie ślady na lewym ramieniu. Siłą woli Aria wyrzuciła w tył Skrzydlaka. Po sekundzie namysłu posłała w jego stronę płomienie. Czarne pióra zajęły się ogniem. Demon skupiony na próbach ratowania się przed żywiołem nie zwrócił uwagi na Pierre’a, który od tyłu wbił w niego serafickie ostrze.
                -Dzięki. –Rzuciła szatynka patrząc się na pozostawione po przeciwniku czarne pióra. Z powodu braku odpowiedzi przeniosła wzrok na francuza.
                Wpatrywał się w ciemną postać na dachu po drugiej stronie ulicy. Wydawała jej się jakaś znajoma.  Z początku chłopak powoli podszedł bliżej. Ustał na chwilę i wpatrywał się dalej. Aria zmarszczyła brwi. Pierre nagle zerwał się sprintem i spróbował przeskoczyć na drugi dach. Dziewczyna wiedziała, że nie może się to udać. Gdy tylko zobaczyła, że chłopak opada wyrzuciła gwałtownie rękę w powietrze, a tym samym pomagając dostać mu się na drugą stronę. Czarna postać podjęła ucieczkę. Nie mając zbyt wielkiego wyboru dziewczyna przyłączyła się do pościgu.
                Już z samego początku wyciągnęła wniosek, że musi poćwiczyć bieganie i skoki. Nie nadążała. Biegła dając z siebie jak najwięcej, a Pierre i ścigany byli dobre sześć metrów przed nią. Wystrzeliła z włóczni wstęgę lodu, która pokryła ścieżkę przed nogami uciekiniera. Jeżeli Aria nie zdoła dobiec tam to chociaż Pierre miał o wiele większe szanse. Jednak postać nagle zniknęła zeskakując z dachu. Blondyn pochylił się nad jego krawędzią, ale nic tak nie było.
                -Putain –zaklął cicho Pierre.   
                -Co to miało być? –Zapytała zdyszana Aria kiedy w końcu dobiegła.
                -No cóż, to była znajoma osoba. –Wyjaśnił zdawkowo francuz.
                -Nie owijaj w bawełnę –powiedziała Aria. Na dłuższą chwilę zapanowała cisza.
                -To był mój brat. Shane Rogue, czasami przedstawia się jako Cédric.
                Czekaj tylko kłamliwa łajzo, jak cię spotkam... pomyślała Aria pod wpływem emocji jak ja cię spotkam… to w zasadzie nie wiem co zrobię, ale przyjemne to nie będzie.
                -Możemy wracać. –Zarządził Pierre zeskakując z gracją z krawędzi budynku.
                Tymczasem w Instytucie Mieczysław siedział razem z Felicją w nowiuśkich głębokich fotelach w kawiarni. Nagle na korytarzu usłyszeli znajomy krzyk:
                -Stefan!
                -Co?! –Odpowiedz pojawiła się praktycznie od razu.
                -Jest jeszcze Mieczysław w Instytucie?!
                -Jest!
                -Dzięki! Mieciu!
                -Rudy pomiot wrócił z Niemiec. -Okularnik przewrócił oczyma, ale w końcu odkrzyknął –czego?!
                -Mieciuchna! Tęskniłeś? – W drzwiach pojawił się Stanisław. Przerośnięty szesnastolatek o wzroście stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Na pociągłej twarzy rozciągał się wielki bananowy uśmiech. Brązowe oczy wpatrywały się w bliźniaków.
                -Myślałem, że umrę na suchoty z tęsknoty. –Skomentował z pełną ironią.
                -Widzę, że zmieniłeś fryzurę. –Stwierdziła Felicja. Wcześniejsza fryzura wyglądała jak połączenie wkurzonego Chopina i nieczesania włosów od lat. Teraz boki głowy Stanisława były przystrzyżone prawie przy skórze, a reszta układała się łagodną falą idącą trochę do góry. –Już nie wyglądasz jak wkurzony rosomak.
                -A dziękuję.
                -A jak tam było u cioci? –Zapytał Mieczysław. –Przywiozłeś nam coś.
                -Ty materialisto! –Skrytykowała brata różowowłosa.
                -A spoko, wiesz normalnie sobie posiedziałem nad Bałtykiem i trochę w Berlinie, w święta było by fajniej. –Ocenił Stanisław –ale ja do was, a właściwie do Mieciuchny, w tej sprawie. Zobacz co znalazłem jak przyjechałem do domu.
                Rudzielec podstawił pod nos okularnika telefon. W wiadomościach z Anzelmem była informacja o bitwie kapel. Mieczysław zwrócił za to na coś innego uwagę.
                -Kto to Kasiunia?
                -Dziewczyna Anzelma. –Odpowiedział Stanisław. –Zobacz zmienił fryzurę i od razu laski na niego lecą.
                -A maturę zdał? –Zapytała Feli z czystej ciekawości.
                -Zdał i nawet go na polibudę przyjęli. –Opowiadał dalej. –Ale wy mnie ciągle z tematu ściągacie. Mieczysławie pora na reaktywacje Dark Moon Spella!
                -A wiesz, że ja nie mam na czym grać? –Zaczął Mieciu –gitara umarła śmiercią tragiczną.
                -Ale pewnie masz hajs na nowiusieńką? –Bardziej stwierdził niż zapytał Stanisław.
                -Stachu, ja czekam na dotację z unii rodzicielskiej. –Wytłumaczył okularnik z miną poważnego biznesmena.
                -No ale zgadzasz się?
                -Nawet nie wiesz jak mi brakowało tego, żeby grać i śpiewać z kimś. –Odpowiedział uśmiechając się.
                -A właśnie, może wokalistka? –Zaproponował Stachu –no wiesz ta dziewczyna co jak chcieliśmy, żeby z nami występowała to zaczęła cię unikać. Miała takie strasznie muzyczne imię…
                -Aria, ale pewnie się nie zgodzi. –Rzuciła Feli.
                -Spróbować zawsze można. –Odparł optymistycznie Stanisław –szykuj piosenki do repertuaru, eliminacje do konkursu już w październiku.

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 6 Szczęśliwe spotkanie


                W sobotę Aria zaspała. Wiedziała co prawda, że nie powinna była czytać książki aż do drugiej w nocy. Jednak uparcie i wielka ciekawość co się potem wydarzy nie dawała jej położyć się o w miarę przyzwoitej porze. Gdy się w końcu obudziła zobaczyła, że jest jedenasta. Szybko się ubrała i wybiegła z pokoju do łazienki, żeby w równie szybkim tempie zrobić coś z włosami.
                -Aria! –Usłyszała kiedy dotykała już klamki łazienki. –A śniadanie?
                -Zjem coś w Instytucie. –Rzuciła brunetka. W odpowiedzi usłyszała przepełnione ironią Yhm. –Mamo… jestem już spóźniona. Umówiłam się z Pierre’em na trening  na jedenastą. On jest punktualny, zawsze. A ostatnio mnie nawet dręczył na treningu przez to, że się spóźniłam.
                -Nie przejmuj się nim. –Powiedziała lekkim tonem  jej matka –już niedługo może to on będzie się bał ciebie…
                -Co masz na myśli? –Zapytała Aria wchodząc do kuchni.
                -Niedługo poznasz całą magię. –Wytłumaczyła uśmiechając się Helena.
                -Będziesz mnie uczyć? –Bardziej stwierdziła niż zapytała Aria odwzajemniając uśmiech matki.
                -Ja się już z magią nie babram. –Odpowiedziała, lecz po chwili dodała widząc karcące spojrzenie córki –No może nie tak często jak kiedyś. Twoja ciotka Telimena przyjeżdża, zamierzam ja przekonać, żeby pouczyła cię trochę magii i tych spraw.
                -Mamo naprawdę nie możesz ty tego zrobić? –Aria starała się przybrać jak najbardziej skruszoną minę.
                -Nie, wiesz już parę ładnych lat tego nie robiłam. –Wyznała Helena ze zdenerwowaniem drapiąc się po głowie. –Ale Telimena nie jest zła. Naprawdę się na tym zna. Może się okazać trochę oschła, ale we wnętrzu jest naprawdę miłą osobą.
                -I tak wolałabym żebyś to była ty. –Stwierdziła. –Nie znam nawet swojej rodziny, a ma mnie uczyć twoja siostra, o której nie miałam pojęcia całe życie. Ahh ciężkie życie nowego Nocnego Łowcy. –Opuściła głowę na ręce, ale po chwili się poderwała. –Właśnie! To wszystko dlaczego mnie zatrzymałaś?
                -Tak. –Powiedziała spokojnie Helena. –A nie! Jeszcze jedno. Wróć dzisiaj wcześniej, tak około siedemnastej, ciocia przyjedzie.
                -Spróbuję się nie spóźnić. –Obiecała Aria całując matkę w policzek. –Więc lecę, bo pewnie już Pierre wymyśla co zrobi mi za kolejne spóźnienie.
                Szybko wybiegła z domu. Szybkim biegiem, który zawdzięczała nowej runie, przemierzyła ulice Mokotowa. Dopiero kiedy znalazła się na granicach Śródmieścia pomyślała, że mogła się teleportować. Teraz już było za późno, nie ma co ryzykować z mocami w tłumie Warszawiaków. Chociaż oni są przyzwyczajeni do dziwnych akcji, happeningów i częstego zamykania ulic. Z biegu płynnie przeszła w chód. I tak była spóźniona, więc nie było sensu się śpieszyć. Nagle poczuła wibracje w kieszeni spodni i usłyszała przygłuszone odgłosami miasta Did You Hear The Rain George’a Ezry. Wyjęła komórkę nie przerywając dynamicznego marszu. Dzwonił Pierre.
                -Tak?
                -Aria, gdzie ty jesteś? –Zapytał Pierre. Mimo, że jego głos był opanowany z jego tonu można było wyczytać zniecierpliwienie.
                -Na Śródmieściu. –Odpowiedziała Aria najspokojniej w świecie.
                -A może powiesz coś dokładniejszego? –Rzucił do słuchawki. Aria już wyobrażała sobie jak zamyka z dezaprobatą oczy i kręci głową.
                -Jak pobiegnę to zaraz będę pod Pałacem. –Poirytowana powiedziała i zaraz się rozłączyła. 

                Znów podjęła bieg. Runy bardzo dobrze działały. Na początku Aria trochę nie wierzyła, lecz kiedy doznała tego na własnej skórze odczuła ich potęgę. Ludzie wokoło niej stawali się kolorowymi smugami. Nigdy wcześniej nie czuła się tak podczas biegu. Lekka, zwinna i szybka, jakby nie była człowiekiem. Jakby nie miała żadnych ograniczeń. Może zrobić wszystko. Ma wystarczająco siły. Przynajmniej tak jej się wydaje do momentu gdy gwałtownie zwalnia. Nagle braknie jej oddechu, a nogi stają się jak z ołowiu. Znowu zaczyna iść. Z rwącym oddechem idzie dalej, nie może już gorzej się spóźnić. Już widzi Pałac Kultury. Poprzechodzi przez parę przejść. Kiedy już czuje, że jej serce pracuje normalnie znowu zaczyna biec. Aria przebiega przez każde przejście. Już została tylko jedna prosta do przecięcia. Mimo, że zielone światło już miga dziewczyna podejmuje ryzyko. Wokoło niej tłum już czeka na kolejną okazję. Kiedy brunetka stawia pierwszy krok na jezdni światło zmienia swoją barwę. Świat zwalnia. Kątem oka zauważa, że czarny samochód po jej lewej stronie rusza. W tym wypadku wypadałoby się cofnąć, lecz nie ma już na to czasu. Biec przed siebie też nie jest dobrym rozwiązaniem, tym bardziej coś ją rozjedzie.
                Aria nagle wyczuwa, że ktoś łapie ją za nadgarstek i ciągnie w przeciwną stronę. Znowu znajduje się na krawężniku. Jej dłoń jest bezwładnie uniesiona przez czyjąś silną rękę. Druga nagle pojawia się na jej ramieniu. Dopiero teraz Aria wyczuwa swoje szybko bijące serce. Adrenalina i zmęczenie po biegu wypełniają cały jej krwioobieg. Tępo wpatruje się przed siebie błękitnymi oczyma. Oddech jej się rwie. Ludzie wokoło podejmują marsz na znak zielonego światła, a ona dalej stoi myśląc o tym co się dzieje. Zdrowy rozsądek każe jej się powoli odwrócić i zobaczyć kto wciąż trzyma jej rękę w uścisku, tym razem delikatnym lecz stanowczym.
                Obróciła się trochę za szybko, lecz człowiek stojący za nią sprawił, że poczuła się jakby ktoś obrócił nią w tańcu. Był to wysoki chłopak, mniej więcej o pół głowy wyższy od Arii. Delikatne rysy twarzy, leciutko podkreślone kości policzkowe, wąski nos. Miał tak spokojny wyraz twarzy jakby nic się nie stało. Jego szmaragdowe duże oczy patrzyły na nią z cierpliwością. Roztrzepana fryzura z grzywką miała kolor ciemnej czekolady. Mógł być w jej wieku. Nie. On był w jej wieku. Wyczuwała to.
                -Takie ładne dziewczyny nie powinny umierać młodo. –Odezwał się jako pierwszy uśmiechając szeroko. Aria miała świadomość tego, że się gapi, ale nie miała pojęcia co powiedzieć.
                -Dziękuję, że mnie uratowałeś. –Powiedziała w końcu. Dalej trzymał ją za rękę. –Cały czas w pośpiechu, niestety mam zły zwyczaj spóźniania się.
                -Też się często spóźniam, jednak nie przeszkadza mi to. –Wyznał patrząc na wysoki sowiecki gmach. –No to teraz poczekamy sobie jeszcze na przejście. A gdzie się tak spieszyłaś, że aż chciałaś się wpakować pod samochód?
                -Spotkanie ze znajomymi, strasznie niecierpliwi ludzie. –Wyjaśniła. W tym momencie znowu rozbrzmiał dzwonek jej telefonu.
                -George Ezra? –Zapytał, a dziewczyna potwierdziła kiwnięciem głową. –Ten to jest świetny gość, a słyszałaś Budapest?
                -My house in Budapest. My hidden treasure chest, golden grand piano. My beautiful castillo  –zaintonowała śpiewnie patrząc prosto w jego oczy.
                - . I’d leave it All –dokończył śpiewanie za nią. Taki przyjemny ton głosu pomyślała Aria uśmiechając się. Jeśli możesz mi zdradzić swoje imię to chętnie je poznam, gusty muzyczne podobno mocno łączą ludzi. –Stwierdził radośnie.
                -Aria Szumańska.
                -Dwie narodowości jak słyszę. Shane. –Odpowiedział posyłając jej szczery uśmiech.
                -Aria! –Ich rozmowę przerwał krzyk z przeciwnej strony przejścia. Pierre podbiegł do dziewczyny i spojrzał na nią z góry. –Co ty tu robisz?
                -Usiłują przejść przez pasy. –Mówi z całkowitą szczerością, zapominając o tym, że jakaś obca osoba wciąż trzyma ją za rękę.
                -To czemu on cię trzyma? –Zapytał z jawną złością blondyn.
                -Uratowałem tu obecną dziewczynę przed śmiercią przez rozjechanie. –Wytłumaczył za nią Shane puszczając jej rękę. Pierre obrzucił go zdziwionym spojrzeniem, lecz nic nie powiedział. Odwrócił wzrok na sygnalizację.
                -Chodź Aria, wszyscy już czekają. –Rzucił obracając się i wtapiając w tłum przechodniów.
Kiedy odeszli na dobrą odległość Aria zapytała:

                -Znasz go, prawda?
                -Nie, raczej dziwi mnie to, że weszłaś pod samochód. –Stwierdził oglądając się przez ramię na nieznajomego. Machał do niego przyjaźnie uśmiechając się z melancholią. 
                -Za bardzo się przejęłam, że się spóźnię. –Wyznała Aria wzdychając.
                -Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało –stwierdził zerkając na nią obojętnie.
                -Jakoś wcześniej nie dostawałam zadań przekraczających moich możliwości za każde spóźnienie. –Odcięła się szybko.
                -Mogłabyś czasami spasować. Akurat dzisiaj nasze spóźnienia się łączą. –Rzucił przechodząc przez wysokie drzwi.
                -Zgadując: dali ci jakieś zadanie i zamierzasz mnie zostawić bym sama zajęła się treningiem. –Domyślała się Aria, lecz w jej głosie słychać było pewność.
                -Mniej więcej. Jako, że się spóźniłaś nie masz dowolności co do kolejności zajęć. –Przyznał uśmiechając się wrednie.
                -O ty łajdaku. –Trzepnęła go w ramię i się uśmiechnęła –takiej bolesnej kary nikt mi nie dał.
                -Zapamiętałaś moje nazwisko! Czuję się zaszczycony, panno Nightray. –Pierre starał się być poważnym, ale zaczął się śmiać. –Całkiem serio to twój ojciec mnie wzywa z uwagi na jakąś nową magiczną zabawkę, ale o tym mam być cicho. Ups… właśnie ci o tym powiedziałem.
                -Szefowi trzeba być posłusznym. Zresztą pewnie skoro cię wezwali to dostaniesz tą broń. –Aria wzruszyła ramionami.
                -Tego nie byłbym wcale taki pewny, wszystko podobno tym razem zależy od światła duszy. O tym też nie powinienem mówić. –Wyznał.
                -Ale ja przecież nic nie wiem. –Odrzekła zaskoczona mrugając okiem.
                -Jak dobrze, że umiesz kłamać. –Przyznał. –Troszeczkę ci zazdroszczę. Dobra koniec gadaniny, na początku już ci postawiłem parę przeciwników na sali treningowej, potem możesz powtórzyć runy ewentualnie poczytać o demonach. Do zobaczenia. –Pożegnał się kiedy winda dojechała na właściwe piętro.
                Aria posłusznie udała się w stronę miejsca gdzie zazwyczaj pokonywała sztuczny substrat udający przeróżne rodzaje demonów. Ledwo otworzyła drzwi prowadzące do szarego pomieszczenia, a cienie rzuciły się w jej stronę. W ostatniej chwili zgrabnie odskoczyła, a czarna maź rozpłaszczyła się na białej powierzchni drzwi. Szybko zdjęła naszyjnik i aktywowała włócznię. W momencie kiedy cień znowu przybrał jakiś konkretniejszy kształt przecięła go na pół grotem. Czarny oleisty dym rozpłynął się, a tusz obok niej powstał wielki trójgłowy pies.
                Powalił ją naskakując na nią. Poczuła jak ostre pazury orają jej plecy i ramiona. Mocnym podmuchem powietrza zrzuciła go z siebie. Oczywiście nie miała pojęcia jak to zrobiła. Jeszcze nie panowała do końca nad swoimi magicznymi zdolnościami. Jakbym chciała, żeby ten pies spłonął. Jak na życzenie czarna sierść zajęła się ogniem. Płomienie wcale nie przygasały, a psiej kreaturze nic się nie działo. Obnażył kły wszystkich trzech szczęk i zaczął powarkiwać okrążając brunetkę.
                -Świetnie. Zapomniałam, że ogień tylko doda ci mocy.
                Dziewczyna starała się nie spuszczać w oczu przeciwnika. Obracali się wokoło siebie. Aria mogłaby robić to znudzenia, lecz demony nie miały tyle cierpliwości. Może po minucie zabawy w wyczekiwanie dobrego momentu potwór znudził się i rzucił na Arię. Dziewczyna wyciągnęła przed siebie włócznię. Błękitny kryształ lodu zatrzymał demona. Zimno zawsze odbierało im siły. Kiedy lód się rozkruszył pojawił się też charakterystyczny dym.
                Chwila oddechu wystarczyła aby pojawił się kolejny przeciwnik. Na wpół zgniłe dziecko o szarej skórze. Niska dziewczynka w poszarpanej sukience, cała otoczona przez cienie.
                -Pierre twoje nazwisko jednak teraz do ciebie świetnie pasuje. –Powiedziała sama do siebie –zombie dziecko, ty to jednak jesteś okrutny.
                Dziecko nie zbliżyło się nawet na krok do Arii. Dziewczyna nie wiedziała co ma zrobić. Stać, uciekać, szukać innej broni? Może spalić ciało na proch? Obie stały w bezruchu tylko mierząc się wzrokiem. Pierwszy ruch wykonała dziewczynka. Podniesieniem malutkiej ręki, w której trzy palce były już tylko kośćmi, odrzuciła Arię w ścianę. Brunetka bezwładnie spadła na ziemię, a jej broń poleciała w drugi kąt sali. Pojękując podniosła się. Dziecko tylko na to czekało. Machnęła w górę otwartą dłonią, tym samym wzywając cienie, które uniosły Arię do góry. Bez możliwości ruchu brunetka wisiała w powietrzu opleciona mrokiem. Twarz dziewczynki ozdobił uśmiech krwawych ust kiedy zaciskała rękę w pięść. Aria poczuła mocny ucisk na całym ciele. Myśl, zrób coś magicznego, jak myślisz to się udaje! Zimny prąd nagle rozszedł się po całym jej ciele, a nacisk zniknął. Ciężko wylądowała na stopach na posadzce. Chyba to była fala uderzeniowa pomyślała Aria patrząc na dziecko leżące pod ścianą. Wyczuwała to, że jeszcze żyje. Gestem przywołała włócznię. Podbiegła do dziewczynki. Z poprzebijaną kośćmi skórą, dopiero zaczynała podnosić się.
                -Pierre, nienawidzę cię z takich przeciwników –wyszeptała wściekle Aria.
                Wymierzając perfekcyjnie cios przebiła zombie włócznią. Ukrywając się w kłębach czarnej mazi opadła na kolana. Oddychając powoli oparła czoło o chłodny metal. Czuła się tak podle. Nie ważne, że było to zombie, to było kiedyś dziecko. A Aria je zabiła. Chciało jej się płakać i wrzeszczeć, lecz oczy miała suche, a z gardła nie mogła wydać żadnego dźwięku. Na jej kolana opadła kartka z wykaligrafowanym: gratulacje, to koniec –Pierre. Rozerwała kartkę na drobne kawałeczki i usiadła pod ścianą podciągając kolana pod brodę.
                To było dziecko… nie ważne, że zombie, to było dziecko. Miało przed sobą życie. Znajomości. Miłość. Pracę. A ja je zabiłam. Nocni Łowcy są bezwzględni, to chcą we mnie wyrobić. Wyrobić chłód, wytępić wrażliwość. Sprawić mordercą. Jej oddech dopiero teraz zaczął przyśpieszać. Ręce miała mokre. Ci, którzy zabijają nie powinni sami żyć. Chociaż… w zasadzie ta dziewczynka była już martwa… ja też byłabym dzisiaj już martwa gdyby nie ten chłopak. Shane, nawet zapamiętałam jak miał na imię. Pewnie nigdy już go nie spotkam. Szkoda, chciałabym się zapytać czemu mnie uratował. Ludzie od tak siebie nie ratują. Wszyscy raczej martwią się o siebie, o swoją rodzinę. Jakaś przypadkowa nastolatka na ulicy ich nie rusza… chyba, że jest martwa.
                Uspokajając się zejściem na temat tajemniczego nieznajomego wstała i przeszła do biblioteki Instytutu. W tym pomieszczeniu najczęściej się uczyła. Cisza otulona spokojną aurą dawała ukojenie. Wysokie pułki wypełnione po brzegi woluminami w twardych oprawach otaczały czytelników ze wszystkich stron. Często można było tu spotkać Nicole kiedy miała nos w książkach o demonach. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej było jej wtedy nie przeszkadzać. Dzisiaj nie było jej tutaj. Aria była sama. Przysiadła przy Podręczniku Nocnego Łowcy dla początkujących. W owej książce można było znaleźć wszelkie potrzebne informacje od definicji Nefilim przez rodzaje demonów i krótkie charakterystyki Podziemnych do najprzydatniejszych run. Krótko, szybko, bez zbędnych ozdobników, tak jak lubiła się uczyć Aria. Zalecając się do notatek, które pozostawił jej Piere rozpoczęła od przypominania sobie run. W zasadzie wiedziała o oznacza większość z nich, ale wciąż zapominała o istotnych szczegółach przy ich rysowaniu. Poddając się, chociaż sobie wmówiła, iż robi sobie przerwę, oddała się lekturze na temat demonów.
                O szesnastej przerwała nauki. Chciała spokojnie dojść do domu, pomóc trochę mamie. Nie wypada się spóźnić na pierwsze spotkanie z ciotką o staroświeckim imieniu. Wyczuwała, że nie będzie to przyjemny wieczór rodzinny. Próbowała wyjść po angielsku, ale natknęła się na Mieczysława.
                -Cześć. –Rzuciła nie przerywając marszu.
                -Hej, gdzie to się idzie? –Zapytał zraniony zignorowaniem okularnik.
                -Spotkanie rodzinne, ciotka Telimena… -Odparła odwracając się w jego stronę.
                -Starsze panie nie lubią jak ktoś się spóźnia. –Powiedział Mieciu –powodzenia.
                -Bez przesady.
                Znając Mieczysława zaraz powie o wszystkim Nicole i Felicji, jednak nie martwiło to jej. Zrobiła wszystko co miała do roboty w Instytucie na dzisiaj. Przemieszczając się płynnie po przejściach dla pieszych przypominała sobie o dzisiejszym incydencie. Uważała na samochody bardziej niż zwykle. Nie śpieszyło jej się, w końcu miała godzinę na dojście do domu. Idąc blisko kawiarni pełnych hipsterów na Placu Zbawiciela zerkała na tęczę. Znowu była cała. Uśmiechnęła się gdy przypomniała sobie Mieczysława wlatującego w tęczę. Przez nieuwagę wpadła na kogoś. Odruchowo schyliła głowę i przeprosiła.
                -Nie ma za co. –Odezwał się znajomy głos. –To chyba przeznaczenie, nie?
                Podniosła głowę by zobaczyć kto przed nią stoi. Shane. Był ubrany całkowicie na czarno, co nie wzbudziło zdziwienia Arii. Za dużo osób z jej otoczenia miało całą czarną garderobę. Uśmiechał się do niej, czuła, że był to pobłażliwy uśmiech. Nie miał pretensji o to, że na niego wpadła.
                -Wpadłam na ciebie już drugi raz jednego dnia. Wychodzi na to, że coś musi być na rzeczy. –Zgodziła się odwzajemniając uśmiech.
                -Tyle razy już naprawiają tą tęczę. –Zagadnął zerkając na kolorowy łuk. –Jestem ciekawy, kto tym razem to zrobił.
                -Ja też, chociaż jak widziałam w telewizji nagrania to była to trójka osób. –Odpowiedziała po części kłamiąc.
                -Nie wiem co ci ludzie mają do tej tęczy. –Wyznał Shane przeczesując włosy palcami.
                - Brak jednego koloru chociażby… -zaczęła Aria, ale przerwała wpatrując się w dłoń chłopaka. Wierzch zdobił znajomy czarny znak oka. –Nocny Łowca…
                Zdezorientowany zerknął odruchowo na swoją dłoń ze znakiem wzroku. Uśmiechnął się tajemniczo.
                -Skąd wiesz?
                -Znam paru takich… -Przyznała, ale zamilkła kiedy wziął ją za rękę, również z runą.
                -Sama też jesteś Łowcą. –Stwierdził przeciągając kciukiem po czarnych liniach.
                -Czemu nie widziałam cię w Instytucie? –Zapytała jawnie zaintrygowana. Powoli puścił jej dłoń.
                -Jakby to ci powiedzieć… jestem wolnym strzelcem –Odparł chowając ręce w kieszeniach spodni. –Nie należę do Instytutu, nie działam dla Clave.
                -Miło, że dowiedziałam się, że tak można. –Rzuciła z ironią –jednak wydaje mi się, że twoja wersja nie jest do końca prawdziwa.
                -Nie zawsze mówię prawdę. –Wzruszył ramionami –zresztą też nie mówisz do końca prawdy o sobie.
                -Skomplikowana sprawa, dopóki sama jej nie ogarnę nie ma powodu do dumy. –Powiedziała Aria rzucając spojrzenie na wyświetlacz komórki. –A teraz cię opuszczę, jestem już spóźniona.
                -Do kolejnego wpadnięcia na siebie. –Pożegnał się unosząc dłoń.
                -Do zobaczenia. –Odpowiedziała obserwując jak Shane znika w tłumie, a sama ruszyła w przeciwną stronę.
                Kiedy chłopak wtopił się w tłum wykorzystał prostą sztuczkę, której nauczył się od Fryderyka. Wykorzystując więź i jego moc teleportował się do mini pałacu Vivian. Sala skąpana w świetle popołudniowego słońca wyglądała zbyt przyjemnie. Wygląd przeczył przeznaczeniu. Nie tylko w tym przypadku. Obojętna blada twarz spoglądała na chłopaka.
                -I co? –Zapytała, a jej głos odbijał się od filarów nadając mu mocy.
                -Pani, plan się rozpoczął. –Oznajmił Shane –spotkałem właścicielkę Zimowej Włóczni, poznałem ją. Teraz zamierzam się do niej zbliżyć i przeciągnąć ją na naszą stronę.
                -Doskonale. Czekam na kolejne efekty.